19.11.2025, 23:15 ✶
- Wiem - odparła Brenna, na moment opierając dłoń na ramieniu Heather. - I mam nadzieję, że inni też rozumieją, że walczyć można na różne sposoby.
Liczyła, że doszło tu do pewnego niezrozumienia, bo nie, nie mogła sobie wyobrazić, że nagle wymagają od medyka, by ruszył na pierwszą linię. To mogło skończyć się tylko w jeden sposób, a mianowicie tak, że nie będą mieli medyków. Niektórych prosiła, by zaryzykowali dla nich wszystko: by narażali życie każdego dnia. Ale potrzebowali zasobów, a nie każdy wytwórca był przy okazji wojownikiem.
– Nie mam na to odpowiedzi, Erik – westchnęła, gdy wspomniał o tym, jak daleko mają się posunąć i że wyjdzie z tego burdel. Bo nie wątpiła, że miał z tym rację. Czarna magia spaczała duszę. Zabicie kogoś, obojętnie w jaki sposób, nie będzie mile widziane w Ministerstwie. Skoro mieli rekrutować nie tylko osoby na sto procent pewne, wyjście na jaw istnienia Zakonu było kwestią czasu, a to oznaczało podwójne kłopoty. – Chciałabym ci powiedzieć, że nie będziemy robić czegoś takiego, ale jesteśmy na wojnie. Mogę jedynie obiecać, że zrobię, co tylko w mojej mocy, aby tego uniknąć. I że na pewno nie będę wymagała najwyższego poświęcenia od ludzi, którzy nie są na to gotowi.
To Voldemort stosował takie metody. Przynależność do Zakonu była dobrowolna. Tak, gdyby ktoś odmówił wykonania rozkazu, w sytuacji, gdy mogło to kosztować ich zbyt wiele, kolejny zapewne już nigdy by nie przyszedł, ale miał prawo odmówić: i każdy z osób je wydających powinien zastanowić się, jakie będą rozkazy jego wykonania. Musiała zorientować się, jak dokładnie wyglądała tu sytuacja.
- Myślę, że Jonathan doskonale zdaje sobie sprawę z ryzyka, Heath. Może czasem wydawać się beztroski, ale to człowiek, który wie wiele o innych ludziach. Na razie nie wiem jeszcze, co dokładnie planuje, nie ma więc po co tego dokładnie omawiać. Prasę i całe to... budowanie otoczki... na pewno rozumie dużo lepiej ode mnie.
Próbowała zachowywać spokój. Szukać rozwiązań. Układać sobie w głowie, co zrobić dalej. Jej jasność myśli była jednak wciąż zaćmiona, a w umyśle raz po raz odtwarzała się ta scena: płonące drzwi Warowni. Jej różdżka, zaklęcie, które miało ugasić ogień, a zamiast tego go przywołało. Udawała, że wszystko jest w porządku, choć nie było - głównie dlatego, że zamierzała jutro iść do specjalisty i...
I wtedy się okaże. Co i ile musi im powiedzieć. O tym, że ma pewne problemy z ogniem, już wspomniała na zebraniu, nie chciała wdawać się w więcej szczegółów. Nie tutaj. Nie, gdy oboje zdawali się tak przygnębieni i niepewni, i nie potrzebowali, aby dołożyła im na ramiona większy ciężar.
- Ja na razie... myślę, że rozpaczliwie potrzebuje sposobu na kontaktowanie się ze sobą. Ja i Heather znamy fale... i na Lammas wygrałam też takie lusterko - powiedziała, wyciągając z kieszeni jedno z lusterek dwukierunkowych. - Dałam drugie Dorze, ale potrzebujemy tego bezwzględnie więcej. Byłoby dobrze, gdybym mogła kontaktować się z tobą, Erik, z Jonathanem, skoro został wybrany, żebyśmy mogli szybko się porozumiewać... a idealnie gdyby któreś z nas mogło kontaktować się też z Albusem, ale zwykłe lusterka nie mają do tego dostatecznie dużego zasięgu. Któreś z was brało udział w tamtej loterii?
To przynajmniej było coś, co była w stanie ogarnąć myślami w tej chwili, gdy co rusz dotykały ją omamy, i gdy po Spalonej Nocy próbowała jakoś poskładać siebie i to, co ją otaczało.
- Jest coś jeszcze, co chcecie omówić, poza tym?
Liczyła, że doszło tu do pewnego niezrozumienia, bo nie, nie mogła sobie wyobrazić, że nagle wymagają od medyka, by ruszył na pierwszą linię. To mogło skończyć się tylko w jeden sposób, a mianowicie tak, że nie będą mieli medyków. Niektórych prosiła, by zaryzykowali dla nich wszystko: by narażali życie każdego dnia. Ale potrzebowali zasobów, a nie każdy wytwórca był przy okazji wojownikiem.
– Nie mam na to odpowiedzi, Erik – westchnęła, gdy wspomniał o tym, jak daleko mają się posunąć i że wyjdzie z tego burdel. Bo nie wątpiła, że miał z tym rację. Czarna magia spaczała duszę. Zabicie kogoś, obojętnie w jaki sposób, nie będzie mile widziane w Ministerstwie. Skoro mieli rekrutować nie tylko osoby na sto procent pewne, wyjście na jaw istnienia Zakonu było kwestią czasu, a to oznaczało podwójne kłopoty. – Chciałabym ci powiedzieć, że nie będziemy robić czegoś takiego, ale jesteśmy na wojnie. Mogę jedynie obiecać, że zrobię, co tylko w mojej mocy, aby tego uniknąć. I że na pewno nie będę wymagała najwyższego poświęcenia od ludzi, którzy nie są na to gotowi.
To Voldemort stosował takie metody. Przynależność do Zakonu była dobrowolna. Tak, gdyby ktoś odmówił wykonania rozkazu, w sytuacji, gdy mogło to kosztować ich zbyt wiele, kolejny zapewne już nigdy by nie przyszedł, ale miał prawo odmówić: i każdy z osób je wydających powinien zastanowić się, jakie będą rozkazy jego wykonania. Musiała zorientować się, jak dokładnie wyglądała tu sytuacja.
- Myślę, że Jonathan doskonale zdaje sobie sprawę z ryzyka, Heath. Może czasem wydawać się beztroski, ale to człowiek, który wie wiele o innych ludziach. Na razie nie wiem jeszcze, co dokładnie planuje, nie ma więc po co tego dokładnie omawiać. Prasę i całe to... budowanie otoczki... na pewno rozumie dużo lepiej ode mnie.
Próbowała zachowywać spokój. Szukać rozwiązań. Układać sobie w głowie, co zrobić dalej. Jej jasność myśli była jednak wciąż zaćmiona, a w umyśle raz po raz odtwarzała się ta scena: płonące drzwi Warowni. Jej różdżka, zaklęcie, które miało ugasić ogień, a zamiast tego go przywołało. Udawała, że wszystko jest w porządku, choć nie było - głównie dlatego, że zamierzała jutro iść do specjalisty i...
I wtedy się okaże. Co i ile musi im powiedzieć. O tym, że ma pewne problemy z ogniem, już wspomniała na zebraniu, nie chciała wdawać się w więcej szczegółów. Nie tutaj. Nie, gdy oboje zdawali się tak przygnębieni i niepewni, i nie potrzebowali, aby dołożyła im na ramiona większy ciężar.
- Ja na razie... myślę, że rozpaczliwie potrzebuje sposobu na kontaktowanie się ze sobą. Ja i Heather znamy fale... i na Lammas wygrałam też takie lusterko - powiedziała, wyciągając z kieszeni jedno z lusterek dwukierunkowych. - Dałam drugie Dorze, ale potrzebujemy tego bezwzględnie więcej. Byłoby dobrze, gdybym mogła kontaktować się z tobą, Erik, z Jonathanem, skoro został wybrany, żebyśmy mogli szybko się porozumiewać... a idealnie gdyby któreś z nas mogło kontaktować się też z Albusem, ale zwykłe lusterka nie mają do tego dostatecznie dużego zasięgu. Któreś z was brało udział w tamtej loterii?
To przynajmniej było coś, co była w stanie ogarnąć myślami w tej chwili, gdy co rusz dotykały ją omamy, i gdy po Spalonej Nocy próbowała jakoś poskładać siebie i to, co ją otaczało.
- Jest coś jeszcze, co chcecie omówić, poza tym?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.