Uśmiechnęła się do niego tylko i kiwnęła głową. Sama nie miała w sobie żadnego poczucia wstydu względem podejścia tam i zapukania, a nawet zawołania, czy może ktoś tam jest, ale jeśli Cal nie chciał, to nie zamierzała go ciągać. Zawsze na pierwszym miejscu stawiała komfort drugiej osoby, choć mogło się wydawać, że jest inaczej z tymi jej zaczepkami i uszczypliwościami… Zwłaszcza, że Shafiqowi ich nie szczędziła. Ale kto się lubi ten się czubi – to było chyba jasne, w innym wypadku nie dałaby się namówić na przyjazd z Egiptu tutaj do pracy, nie poszłaby z nim do mugolskiego klubu, nie pojechałaby nad jezioro Windermere i nie dałaby się wciągnąć w masę innych sytuacji.
– Spójrz na to z innej strony. Walią nikt się nie interesuje, a jesteśmy świadkami tej historii, która zdecydowanie zostanie zapisana w książkach. Jednocześnie blisko i daleko – blisko bo wciąż w Wielkiej Brytanii i daleko, bo do Walii żaden dziwaczny pył nie zawitał. Całe szczęście prawdę mówiąc. Sama Ginny nie umiała powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, że tutaj byli, że wręcz namacalnie uczestniczyli w tej historii, ale wiedziała też, że będzie to miało ogromną wartość z punktu widzenia historyka magii. Wartość, którą przyszłe pokolenia archeologów będą odkrywać tak, jak oni odkrywali tajemnicę filarów i przedziwnych przepowiedni. – Och, tak, ludzie biegają jak kurczaki z odciętą głową – przyznała. – Z drugiej strony nie ma się co dziwić. Nigdy nie są w pełni gotowi na to, na co od dawna się zanosi – ludzie mieli zadziwiającą zdolność do zaprzeczania faktom, mądrzy często byli dopiero po szkodzie. – Anglia się podniesie, ale to potrzebuje czasu. Rany muszą się zabliźnić – miał jednak rację w tym, że Ministerstwo niewiele robiło. Sama widziała na własne oczy chaos Spalonej Nocy, ale od tego czasu minęły dwa tygodnie i Ministerstwo… no cóż. Nie spieszyło się ewidentnie. Było to niepokojące, to prawda. – Wiemy… Myślisz, że może być w to zamieszane? – zapytała po chwili, myśląc ciągle o tym Ministerstwie, rejestrując, że Cathal odpowiedział jej bardzo wymijająco.
– O, więc są całkowicie jadalne? Ależ szczęście, że się nie zmarnowały – odpowiedziała mężczyźnie i uśmiechnęła się łagodnie, nachylając nad koszyczkami zwęglonych owoców. Nie czulą tutaj szczególnego zapachu, głównie trochę dymu, ale to nic.
Oczy trochę jej się zaświeciły, bo po pierwsze brzmiało to jak nowa rzecz do spróbowania (a próbować bardzo lubiła), a po drugie – pomagały zasnąć. Coś, z czym miała ostatnio problemy… Wahała się tak naprawdę przez chwilę.
– Hmmm… Wezmę koszyczek – sięgnęła do kieszeni, by wyciągnąć mały portfelik, z którego wydobyła odliczone monety. Może będzie mogła w końcu zasnąć… A sadownik, bo chyba nim był, będzie coś z tej tragedii chociaż mieć.