20.11.2025, 02:26 ✶
Zacząłem mówić zanim zdążyłem to przemyśleć - klasyk. Prudence zawsze wyciągała ze mnie reakcje, których normalnie bym nie wypuścił z ust, i tym razem też tak było, gdy tylko uniosła na mnie wzrok, a na jej ustach pojawił się ten drobny uśmiech, wiedziałem, że mnie miała, całego, bez obrony, bez dystansu, bez udawania. Łatwiej było żartować, kiedy nasze ciała już dawno porzuciły dystans - ta bliskość była oszałamiająca w najdelikatniejszy sposób. Leżeliśmy otwarcie, ciepło w obliczu ciepła, bez żadnej gry, z jej włosami rozsypanymi po mojej piersi, z moimi palcami wędrującymi po jej skórze, jakbym spieszył się, żeby nadrobić wszystkie lata, podczas których nie miałem do niej dostępu. Każdy centymetr jej ciała pachniał porankiem, ciepły oddech łaskotał mi szyję, a ja tonąłem w tym tak chętnie, że aż mnie to samego zaskakiwało. Coś we mnie drgnęło - nie ten tani, prosty impuls pożądania, ale coś bardziej ukorzenionego, znajomego, wypartego zbyt dawno temu, żebym umiał to nazwać.
Prue zaczęła wertować kolejne kartki dziennika, a jej uwaga zawisła na moich notatkach - była tak skupiona, że niemal mogłem poczuć ciężar jej spojrzenia. Musiałem przyznać sam przed sobą, że w takich chwilach potrafiłem być wyjątkowo masochistyczny wobec siebie samego, bo obserwowanie jej - tego, jak się poruszała, marszczyła nos, wodziła palcami po papierze - naprawdę wciągało mnie całkowicie, na tyle, żebym pozwolił jej zagłębiać się w moje najbardziej prywatne treści z przeszłości. Było w niej coś, co sprawiało, że nawet najgłębsze napięcie znikało w powietrzu, jakby nigdy nie istniało. Wiedziałem, że to nie była tylko fizyczność - to była nasza wspólna chwila, moment, w którym wszystko, co było skomplikowane, stawało się proste. Pozwalaliśmy sobie być tym, kim naprawdę byliśmy, bez zasłon, bez ukrywania emocji. Jej obecność łagodziła wszystko w mojej głowie, czując coś takiego, łatwo było uwierzyć, że to, co przeszliśmy, nie poszło na marne. Oczywiście, że przeszłość wciąż miała ostre krawędzie, ale gdy tak leżeliśmy, nagrzani ciepłem kominka i tym własnym, całkowicie nieplanowanym, to wszystko traciło swój ciężar. Mieliśmy prawo, choćby na tę jedną chwilę, nie zastanawiać się nad tym, co wtedy zrobiliśmy źle, nad słowami, których nie powiedzieliśmy, nad gestami, których zabrakło.
To, że teraz mogliśmy wreszcie robić właściwie - to było coś, czego nigdy bym się po nas nie spodziewał, nie po ostatniej dekadzie, nie aż do początku września, a jednak. Czułem, jak wtuliła się we mnie jeszcze odrobinę bardziej, tak naturalnie, jakbyśmy już od lat budzili się razem w tej plątaninie koców. Jej oddech ocierał mi się o obojczyk - lekki, niespieszny - spokojny w sposób, który sam z siebie bym jej nigdy kiedyś nie przypisał.
- No, tak. - Mruknąłem teatralnie urażony. Parsknąłem pod nosem, bo w tym jednym zdaniu zmieściła pół mojego dzieciństwa. Oczywiście, wiedziałem, że miała rację - nigdy się tym nie chwaliłem, nawet nie próbowałem się jej posłuchać i pisać ładnie. Nie chwaliłem się jej wieloma rzeczami, które mogłyby coś zmienić, byłem wtedy zbyt durny, zbyt sfrustrowany i rozkojarzony wszystkim, co nie było nią, a powinno, oj, powinno. A teraz? Teraz leżała na mnie, a ja naprawdę rozważałem, czy nie dać jej do ręki elegancko wykaligrafowanej kartki i udowodnić, że nie jestem analfabetą. Musiałem odchrząknąć, żeby się nie roześmiać z czystej, odrobiny zbyt intensywnej radości - z tego spokoju, którego brakowało mi przez lata, nawet jeśli wtedy nie wiedziałem, jak go nazwać. Teraz czułem go w każdym miejscu, w którym stykała się ze mną jej skóra, i nawet jeśli daliśmy sobie absurdalne, niedorzeczne wręcz usprawiedliwienie, że to moment, „chwila w teraźniejszości, wakacyjny romans”… To właśnie ta chwilowość szczypała najbardziej, bo coś we mnie chciało więcej.
- Cały mój diabelski plan, ploszę ja ciebie, pszes te lata polegał na tym, szebyś myślała, sze piszę jak półanalfabeta. Maskowałem mój talent. Specjalnie. - Przesunąłem dłonią po jej udzie, kiwając głową, by sobie przytaknąć. - Nie chciałem cię na wstępie zauloczyś zbyt pięknym zawijasem, bo byłoby po tobie, a ja czekałem na odpowiedni moment. Oto nadszedł. Podaj mi piólo.
Nie poruszyłem się jednak ani o centymetr, jej też nie zamierzałem wypuszczać z moich ramion - byliśmy splątani zbyt wygodnie, a ja nie miałem najmniejszej ochoty zmieniać czegokolwiek. Podobało mi się to, jak się we mnie wtulała, podobało mi się jeszcze bardziej, co jej ciało robiło, gdy przesuwałem dłonią po jej skórze. Spojrzałem na nią z tego bliskiego dystansu, a moje serce, zamiast grzecznie bić, odwaliło coś kompletnie nieodpowiedzialnego.
- No… Dobsze. - Mruknąłem półszeptem. - To mnie tlochę latuje. Bo nienawidziłbym byś jedynym idiotą w tej lelasji. - Wywróciłem oczami, uśmiechając się lekko, tak jakby było to oczywiste, że w tym momencie nie mogłem zachować powagi. - Cholela, Pludence… - Mruknąłem, przesuwając dłonią po jej plecach, nie spuszczając wzroku z notesu. - Zawsze masochistycznie to sobie lobiłem, selio. Nie mam pojęsia, jakim cudem nie zauwaszyłaś wszystkiego. Te… - Przerwałem, nieco teatralnie unosząc rękę, by delikatnie przesunąć jej kosmyk włosów za ucho, tak, jak robiłem to już wcześniej, z niejaką bezczelnością, której nigdy nie ukrywałem. Nawet jeśli tego nie wiedziała, obserwowałem każdy drobiazg, gest, krzywiznę jej uśmiechu - to wciąż tam było, we mnie, w tych wszystkich drobnych sygnałach, które ignorowała.
„Po tym, co mówisz, nie mogę się oprzeć, aby to przeczytać.”
Parsknąłem krótkim śmiechem.
- Tak, tak, wiem. Wzbudziłem w tobie naukowo-badawczy głód wiedzy. Kto by pomyślał, sze mój chaos notatkowy będzie elotycznym bodźcem piętnaście lat później. - Mruknąłem, celowo drażniąc się z nią tym tonem. Westchnąłem cicho, unosząc brew, żeby podkreślić całą absurdalność tej mojej rzekomej, chociaż w praktyce nieistniejącej, bezwstydnej szczerości.
Zerknąłem na stronę, którą właśnie przewróciłem, potem dalej, potem jeszcze dalej - najpierw myślałem, że to po prostu jakieś moje stare bazgroły, których nie pamiętałem, ale nie. Pismo było świeższe, równiej prowadzone - kurwa, nawet ładniejsze. Miało zawijaski.
- Nie jestem jasnowidzem. - Mruknąłem, wyjątkowo nie podłapując żartu, przeglądając kolejną stronę, na której nietypowo ładny charakter pisma opisywał scenę, której nigdy nie przeżyłem. Przekładałem kartki jedna po drugiej, czując, że powoli podnosiło mi się tętno - nie jakoś dramatycznie, po prostu czułem ten znajomy, przyspieszony puls gdzieś w nadgarstkach, który pojawiał się, kiedy próbowałem zrozumieć coś, co nie miało prawa istnieć. - Nie mam nawet… Najmniejszego talentu w tym kielunku. - Zaprzeczyłem, bez skupienia. Faktycznie, gdybym był, na pewno bym się tym chwalił, choćby po to, żeby zrobić na niej wrażenie. Gdybym był… Nie spieprzyłbym tamtej zimy. Gdybym był, pewnie nie zjebałbym tylu rzeczy po drodze.
- N— - Zacząłem, i wtedy dostrzegłem margines.
Na nim - data.
Nie dzisiejsza.
Nie wczorajsza.
Jutrzejsza.
Jutro, pojutrze.
Trzy następne dni.
Przez sekundę miałem ochotę zamknąć notes, rzucić go gdzieś obok, wciągnąć ją na siebie i nie myśleć o niczym. Jej ciepło, ciężar na moim ciele, dotyk dłoni, oddech na mojej skórze - wszystko to krzyczało, że przyszłość może poczekać. Szczególnie, gdy już była napisana.
- Tak. - Mój głos był cichy, ale w środku czułem, że coś się właśnie ścisnęło - ktoś bardzo szczegółowo, detalicznie, chwila po chwili, wydarzenie po wydarzeniu, dopisał fragment mojego życia, o którym nie wiedziałem, i cholernie mi się to nie podobało.
Prue zaczęła wertować kolejne kartki dziennika, a jej uwaga zawisła na moich notatkach - była tak skupiona, że niemal mogłem poczuć ciężar jej spojrzenia. Musiałem przyznać sam przed sobą, że w takich chwilach potrafiłem być wyjątkowo masochistyczny wobec siebie samego, bo obserwowanie jej - tego, jak się poruszała, marszczyła nos, wodziła palcami po papierze - naprawdę wciągało mnie całkowicie, na tyle, żebym pozwolił jej zagłębiać się w moje najbardziej prywatne treści z przeszłości. Było w niej coś, co sprawiało, że nawet najgłębsze napięcie znikało w powietrzu, jakby nigdy nie istniało. Wiedziałem, że to nie była tylko fizyczność - to była nasza wspólna chwila, moment, w którym wszystko, co było skomplikowane, stawało się proste. Pozwalaliśmy sobie być tym, kim naprawdę byliśmy, bez zasłon, bez ukrywania emocji. Jej obecność łagodziła wszystko w mojej głowie, czując coś takiego, łatwo było uwierzyć, że to, co przeszliśmy, nie poszło na marne. Oczywiście, że przeszłość wciąż miała ostre krawędzie, ale gdy tak leżeliśmy, nagrzani ciepłem kominka i tym własnym, całkowicie nieplanowanym, to wszystko traciło swój ciężar. Mieliśmy prawo, choćby na tę jedną chwilę, nie zastanawiać się nad tym, co wtedy zrobiliśmy źle, nad słowami, których nie powiedzieliśmy, nad gestami, których zabrakło.
To, że teraz mogliśmy wreszcie robić właściwie - to było coś, czego nigdy bym się po nas nie spodziewał, nie po ostatniej dekadzie, nie aż do początku września, a jednak. Czułem, jak wtuliła się we mnie jeszcze odrobinę bardziej, tak naturalnie, jakbyśmy już od lat budzili się razem w tej plątaninie koców. Jej oddech ocierał mi się o obojczyk - lekki, niespieszny - spokojny w sposób, który sam z siebie bym jej nigdy kiedyś nie przypisał.
- No, tak. - Mruknąłem teatralnie urażony. Parsknąłem pod nosem, bo w tym jednym zdaniu zmieściła pół mojego dzieciństwa. Oczywiście, wiedziałem, że miała rację - nigdy się tym nie chwaliłem, nawet nie próbowałem się jej posłuchać i pisać ładnie. Nie chwaliłem się jej wieloma rzeczami, które mogłyby coś zmienić, byłem wtedy zbyt durny, zbyt sfrustrowany i rozkojarzony wszystkim, co nie było nią, a powinno, oj, powinno. A teraz? Teraz leżała na mnie, a ja naprawdę rozważałem, czy nie dać jej do ręki elegancko wykaligrafowanej kartki i udowodnić, że nie jestem analfabetą. Musiałem odchrząknąć, żeby się nie roześmiać z czystej, odrobiny zbyt intensywnej radości - z tego spokoju, którego brakowało mi przez lata, nawet jeśli wtedy nie wiedziałem, jak go nazwać. Teraz czułem go w każdym miejscu, w którym stykała się ze mną jej skóra, i nawet jeśli daliśmy sobie absurdalne, niedorzeczne wręcz usprawiedliwienie, że to moment, „chwila w teraźniejszości, wakacyjny romans”… To właśnie ta chwilowość szczypała najbardziej, bo coś we mnie chciało więcej.
- Cały mój diabelski plan, ploszę ja ciebie, pszes te lata polegał na tym, szebyś myślała, sze piszę jak półanalfabeta. Maskowałem mój talent. Specjalnie. - Przesunąłem dłonią po jej udzie, kiwając głową, by sobie przytaknąć. - Nie chciałem cię na wstępie zauloczyś zbyt pięknym zawijasem, bo byłoby po tobie, a ja czekałem na odpowiedni moment. Oto nadszedł. Podaj mi piólo.
Nie poruszyłem się jednak ani o centymetr, jej też nie zamierzałem wypuszczać z moich ramion - byliśmy splątani zbyt wygodnie, a ja nie miałem najmniejszej ochoty zmieniać czegokolwiek. Podobało mi się to, jak się we mnie wtulała, podobało mi się jeszcze bardziej, co jej ciało robiło, gdy przesuwałem dłonią po jej skórze. Spojrzałem na nią z tego bliskiego dystansu, a moje serce, zamiast grzecznie bić, odwaliło coś kompletnie nieodpowiedzialnego.
- No… Dobsze. - Mruknąłem półszeptem. - To mnie tlochę latuje. Bo nienawidziłbym byś jedynym idiotą w tej lelasji. - Wywróciłem oczami, uśmiechając się lekko, tak jakby było to oczywiste, że w tym momencie nie mogłem zachować powagi. - Cholela, Pludence… - Mruknąłem, przesuwając dłonią po jej plecach, nie spuszczając wzroku z notesu. - Zawsze masochistycznie to sobie lobiłem, selio. Nie mam pojęsia, jakim cudem nie zauwaszyłaś wszystkiego. Te… - Przerwałem, nieco teatralnie unosząc rękę, by delikatnie przesunąć jej kosmyk włosów za ucho, tak, jak robiłem to już wcześniej, z niejaką bezczelnością, której nigdy nie ukrywałem. Nawet jeśli tego nie wiedziała, obserwowałem każdy drobiazg, gest, krzywiznę jej uśmiechu - to wciąż tam było, we mnie, w tych wszystkich drobnych sygnałach, które ignorowała.
„Po tym, co mówisz, nie mogę się oprzeć, aby to przeczytać.”
Parsknąłem krótkim śmiechem.
- Tak, tak, wiem. Wzbudziłem w tobie naukowo-badawczy głód wiedzy. Kto by pomyślał, sze mój chaos notatkowy będzie elotycznym bodźcem piętnaście lat później. - Mruknąłem, celowo drażniąc się z nią tym tonem. Westchnąłem cicho, unosząc brew, żeby podkreślić całą absurdalność tej mojej rzekomej, chociaż w praktyce nieistniejącej, bezwstydnej szczerości.
Zerknąłem na stronę, którą właśnie przewróciłem, potem dalej, potem jeszcze dalej - najpierw myślałem, że to po prostu jakieś moje stare bazgroły, których nie pamiętałem, ale nie. Pismo było świeższe, równiej prowadzone - kurwa, nawet ładniejsze. Miało zawijaski.
- Nie jestem jasnowidzem. - Mruknąłem, wyjątkowo nie podłapując żartu, przeglądając kolejną stronę, na której nietypowo ładny charakter pisma opisywał scenę, której nigdy nie przeżyłem. Przekładałem kartki jedna po drugiej, czując, że powoli podnosiło mi się tętno - nie jakoś dramatycznie, po prostu czułem ten znajomy, przyspieszony puls gdzieś w nadgarstkach, który pojawiał się, kiedy próbowałem zrozumieć coś, co nie miało prawa istnieć. - Nie mam nawet… Najmniejszego talentu w tym kielunku. - Zaprzeczyłem, bez skupienia. Faktycznie, gdybym był, na pewno bym się tym chwalił, choćby po to, żeby zrobić na niej wrażenie. Gdybym był… Nie spieprzyłbym tamtej zimy. Gdybym był, pewnie nie zjebałbym tylu rzeczy po drodze.
- N— - Zacząłem, i wtedy dostrzegłem margines.
Na nim - data.
Nie dzisiejsza.
Nie wczorajsza.
Jutrzejsza.
Jutro, pojutrze.
Trzy następne dni.
Przez sekundę miałem ochotę zamknąć notes, rzucić go gdzieś obok, wciągnąć ją na siebie i nie myśleć o niczym. Jej ciepło, ciężar na moim ciele, dotyk dłoni, oddech na mojej skórze - wszystko to krzyczało, że przyszłość może poczekać. Szczególnie, gdy już była napisana.
- Tak. - Mój głos był cichy, ale w środku czułem, że coś się właśnie ścisnęło - ktoś bardzo szczegółowo, detalicznie, chwila po chwili, wydarzenie po wydarzeniu, dopisał fragment mojego życia, o którym nie wiedziałem, i cholernie mi się to nie podobało.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)