20.11.2025, 08:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2025, 08:38 przez Cathal Shafiq.)
– Mam wielką nadzieję, że tak zostanie – skwitował jej słowa o Walii. Tylko jak długo? Nie wątpił, że jeżeli ktoś dowie się o filarach i ich odkryciach, może to przyciągnąć uwagę Ministerstwa i czarnoksiężnika, a obie alternatywy bardzo mu nie odpowiadały.
Cathal miał jak najgorsze zdanie o Ministerstwie Magii, zwłaszcza Ministrze oraz pracownikach departamentu przestrzegania prawa. Do tej pory gorsze chyba niż o śmierciożercach - ci, w przeciwieństwie do funkcjonariuszy, dotąd mu nie wadzili, a na pewne sprawy dotyczące Ulyssesa Shafiq nie tyle był ślepy, ile ślepego udawał, a zapytany wprost opowiadałby najpiękniejsze kłamstwa. Wkurzony na nich chodził dopiero teraz, kiedy okazało się, że nie może wrócić do własnego mieszkania. A przecież sąsiad, który wybrał sobie ten moment na atakowanie kogoś, kto w dość oczywisty sposób nie biegał w masce, podpalając budynki, a stał we własnym ogródku, też go wnerwił. Dla niego więc ta cała biurokracja i sposób zarządzania krajem też był objawem upadku. Za niemożność zrobienia zakupów w ulubionym sklepie obwiniał obie strony po równi: dość typowa dla człowieka, którego nie dałoby się nazwać po prostu dobrym i który miał ten komfort, że przynajmniej do tej pory nie musiał angażować się bezpośrednio... i chciał, aby tak pozostało.
Wrzesień upływał mu więc pod znakiem zirytowania na cały świat. Może gdyby wiedział, że dom Isabelli ocalał z powodu decyzji samego Czarnego Pana myślałby o nim przychylniej... a może wręcz przeciwnie, stałby teraz przed budynkiem i rozważał jego podpalenie osobiście.
- Nie mam pojęcia. Uważam, że w ogólnym rozrachunku, może poza jednostkami, do niczego się nie nadają - sprostował. O tej jednostce dodając z pewnej lojalności wobec Ulyssesa i Sebastiana. Nie wątpił, że w Ministerstwie były jednostki wspierające Voldemorta, ale sądził, że większość jednak działa przeciwko niemu. Ot nie miał dobrego zdania o ich wysiłkach. - Rany czasem zamiast się zabliźnić zaczynają się jątrzyć - mruknął. Lakonicznie, bo znał i jej poglądy, i optymizm: i nie było potrzeby, aby w te pierwsze uderzać, a drugi próbować zniszczyć. Zamiast tego wydobył więc z kieszeni parę monet, też trochę zainteresowany tymi owocami. Jeśli nawet nie zdecyduje się ich zjeść, by sprawdzić, czy pomogą na powracające coraz częściej koszmary, pokaże je Nell.
- Też wezmę kilka - zdecydował, wybierając niewielki woreczek.
Cathal miał jak najgorsze zdanie o Ministerstwie Magii, zwłaszcza Ministrze oraz pracownikach departamentu przestrzegania prawa. Do tej pory gorsze chyba niż o śmierciożercach - ci, w przeciwieństwie do funkcjonariuszy, dotąd mu nie wadzili, a na pewne sprawy dotyczące Ulyssesa Shafiq nie tyle był ślepy, ile ślepego udawał, a zapytany wprost opowiadałby najpiękniejsze kłamstwa. Wkurzony na nich chodził dopiero teraz, kiedy okazało się, że nie może wrócić do własnego mieszkania. A przecież sąsiad, który wybrał sobie ten moment na atakowanie kogoś, kto w dość oczywisty sposób nie biegał w masce, podpalając budynki, a stał we własnym ogródku, też go wnerwił. Dla niego więc ta cała biurokracja i sposób zarządzania krajem też był objawem upadku. Za niemożność zrobienia zakupów w ulubionym sklepie obwiniał obie strony po równi: dość typowa dla człowieka, którego nie dałoby się nazwać po prostu dobrym i który miał ten komfort, że przynajmniej do tej pory nie musiał angażować się bezpośrednio... i chciał, aby tak pozostało.
Wrzesień upływał mu więc pod znakiem zirytowania na cały świat. Może gdyby wiedział, że dom Isabelli ocalał z powodu decyzji samego Czarnego Pana myślałby o nim przychylniej... a może wręcz przeciwnie, stałby teraz przed budynkiem i rozważał jego podpalenie osobiście.
- Nie mam pojęcia. Uważam, że w ogólnym rozrachunku, może poza jednostkami, do niczego się nie nadają - sprostował. O tej jednostce dodając z pewnej lojalności wobec Ulyssesa i Sebastiana. Nie wątpił, że w Ministerstwie były jednostki wspierające Voldemorta, ale sądził, że większość jednak działa przeciwko niemu. Ot nie miał dobrego zdania o ich wysiłkach. - Rany czasem zamiast się zabliźnić zaczynają się jątrzyć - mruknął. Lakonicznie, bo znał i jej poglądy, i optymizm: i nie było potrzeby, aby w te pierwsze uderzać, a drugi próbować zniszczyć. Zamiast tego wydobył więc z kieszeni parę monet, też trochę zainteresowany tymi owocami. Jeśli nawet nie zdecyduje się ich zjeść, by sprawdzić, czy pomogą na powracające coraz częściej koszmary, pokaże je Nell.
- Też wezmę kilka - zdecydował, wybierając niewielki woreczek.