20.11.2025, 14:06 ✶
Kamień-papier-coś… Nawet się skrzywiłem, prawie rozbawiony, ale rozbawienie ze mnie uleciało, zanim zdążyło się zagnieździć. Wyplułem z siebie ciche „jasne”, bardziej odruchowe niż świadome, bo tak naprawdę nic już nie było dla mnie jasne.
Szliśmy w tym deszczu, patrząc na ciemność, w której gdzieniegdzie migotały światełka w oknach. Woda w butach chlupała przy każdym kroku, włosy przyklejały się do mokrej skóry, a ubranie wchłaniało kolejne litry wody. Słuchałem jej słów, rozchodzących się pomiędzy przybliżającymi się, ciaśniejącymi budynkami, odbijającym się echem w pustych uliczkach. Nie było w tym gniewu, który zwykle towarzyszył mi, gdy ktoś wtrącał się w moje sprawy, tylko… Powaga, chłodna, ale nie pogardliwa. Nie było we mnie nawet cienia oburzenia, kiedy Geraldine rzucała kolejnymi oskarżeniami w moją stronę, bo wszystko, co mówiła, już dawno zdążyłem sobie powiedzieć sam - jej słowa tylko wbijały to głębiej, porządkowały bałagan, który nosiłem w głowie, i może bolało to bardziej, niż bym chciał przyznać, ale przynajmniej było uczciwe. Uczciwość bolała najzdrowiej. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, bo wszystko trafiało w mnie tak, że odruchowo milczałem - nie chodziło o to, że nagle nie chciałem mówić, tylko że każde słowo, które próbowałem wyrzucić z ust, wydawało się nieadekwatne. Nie mogłem od razu odpowiedzieć, bo nie było prostego sposobu, żeby to wszystko ułożyć w zdania, zamiast tego serce waliło mi szybciej niż zwykle, a głowa nieustannie przewijała wspomnienia, błędy, momenty, które mogły się skończyć tragicznie.
Wdech, wydech, fajka, która zgasła w deszczu, i nagle byłem sam ze swoimi myślami - z własnym gównem, a idąca obok mnie kobieta wydawała mi się po prostu personifikacją moich własnych wyrzutów sumienia.
Nie było dnia, żebym o tym nie myślał - nie było nocy, kiedy nie czułbym pustki, gdy brakowało jej obecności, oddechu, tego cichego poczucia, że wszystko jest mniej skomplikowane, kiedy ona jest blisko - mimo że wiedziałem, że nie powinienem, powrót byłby katastrofą, serce krzyczało inaczej, chciałem - chciałem być, mieć ją obok, czuć, wrócić, zrobić coś, by to naprawić, chciałem… Chociaż przez chwilę poczuć, że nic się nie zmieniło.
Wdech, wydech. Krople ulewy spadały na moje plecy, zamieniając koszulkę w mokrą szmatę.
Tęsknota była zbyt silna, do granic absurdu, ale rzeczywistość była bardziej okrutna, i nawet mimo że Geraldine dawała mi możliwość zahaczenia się na Wyspach, sugerowała, że mogłoby być inaczej, nie mogłem zaprzeczyć faktom. W tym momencie byłem tylko cieniem, który ślizgał się po krawędziach życia innych. Nie było w tym logiki, żadnego sensu - obiektywnie patrząc, byłem straconym przypadkiem, facetem, który miał szczęście przeżyć więcej, niż powinien, a mimo to nie potrafił utrzymać normalnych relacji. Kiedy zapytała, czemu Sunny dopiero zaczęła żyć, poczułem nagły ścisk w gardle - nie odpowiedziałem, nie wiedziałem, co powiedzieć, nie widziałem powodu - naprawdę. Może rzeczywiście byłem ślepy, może byłem tchórzem, może byłem… Idiotą, tak, to na pewno, ale nie śmiałem zapytać Sun, dlaczego zaczęła żyć przy mnie, nie śmiałem o tym wnioskować, bo gdzieś tam bardzo głęboko, pod tonami mechanizmów obronnych, chyba po prostu obawiałem się odpowiedzi. Bałem się, że to przypadek. Bałem się, że to była projekcja, że zaraz jej się znudzi, że zobaczy, że nie ma za co, po co mnie trzymać. Nie było w tym żadnego dramatyzowania, to była zwykła, surowa niewiedza, dlaczego - taka, która żarła od środka.
- Jasne, sze to sobie ujebałem… - Mruknąłem, przewracając oczami, co było błędem w tym stanie, przy bólu głowy i jej lekkich zawrotach, bo momentalnie zachciało mi się rzygać. To nie była kwestia ambicji ani głupoty, to była zwykła desperacja, żeby ochronić kogoś przed tym, co ja sam byłem w stanie przynieść do stołu. To nie było tylko niewiele, ha, wręcz przeciwnie - to było zbyt wiele, w tym niewłaściwym sensie. Wspomnienie sabatu uderzyło we mnie jak mokra szmata - stół, elegancki obrus, ciśnienie, które wisiało w powietrzu, a potem ojciec Prudence, który zaciągnął mnie na stronę, jakbym był szczeniakiem, który wlazł tam, gdzie nie powinien i obszczał doniczkę z fikusem. Pamiętałem dokładnie jego spojrzenie, tę mieszaninę oceny i politowania. Nie musiał nic mówić, chociaż i tak to zrobił, od samego początku wiedziałem, że według niego nie powinienem być częścią tamtego świata, bo byłem błędem. Tak, jak on, nie wiedziałem, czemu mnie chciała - to nie była fałszywa skromność, nie jakiś popieprzony akt.
„Otwórz oczy, głupku”. No, jasne - otwieranie oczu było czymś, w czym byłem wyjątkowo chujowy. Może faktycznie powinienem, ale powieki miałem ciężkie, oczy przesiąknięte rzeczami, których się nie zapominało. Miałem tyle szczęścia, że aż chciało się rzygać. Czasami myślałem, że wyczerpałem limit, następnym razem już nie będzie drugiej okazji.
- Tak, wiem. - Wyrwało mi się cicho, do siebie, chociaż może i w jej stronę. - Wszystko wiem. - Westchnąłem, ciężko, aż zabolało mnie w przełyku - gardło nadal dawało mi o sobie znać, nawet deszcz nie zagłuszył tego przytłumionego chrypnięcia.
Nie potrzebowałem, żeby ktoś mi tłumaczył, jak to wygląda. W środku wiedziałem, że Sun nie powinna mnie przyjmować ponownie - nie teraz, może nigdy - każdy gest, jedno moje działanie, wszystko to mogło doprowadzić do kolejnej katastrofy, a ona zasługiwała na coś lepszego - na normalność, nie tylko przez tę naszą chwilę, nie na mój chaos i moje błędy. Moja droga do względnej normalności była długa, wyboista, pełna przepaści, które omijałem tylko dzięki przypadkowi, i cholera, czy naprawdę miałem możliwość postawić wszystko na tę jedną kartę, bez bycia egoistą?
Nie. Wiedziałem, że zrobiłem źle, skrzywdziłem ją w najbardziej sadystycznie-wyrachowanie-debilny sposób, jaki dało się wymyślić. I wiedziałem, że nie zasługiwałem na trzecią - tak, trzecią - szansę, że jej zaufanie… To coś, co mogło się nigdy nie odnowić, ba, tym razem już nie powinno. Nie po tym wszystkim, nie po moim byciu sobą zbyt wiele razy, bym nawet ja sam sobie ufał. Byłem jak pies, który nauczył się, że ręka zawsze bije, więc nie ufa nawet wtedy, kiedy próbuje go pogłaskać. Przechyliłem głowę do tyłu, pozwalając deszczowi zmyć zmęczenie z twarzy, ale nie z serca, kiwając głową.
- Wiem, sze za balso ją skszywdziłem, szeby miała ochotę daś mi tszecią szansę. - Tym razem głos miałem bardziej stabilny, chociaż brzmiał, jakby ktoś inny nim mówił - ostatnio to zdarzało się za często. - Naplawdę to wiem. Nie musisz mi tego powtaszaś. - Przejechałem dłonią po twarzy, zrzucając z policzków krople wody, która i tak zaraz wróciły, jakby deszcz śmiał mi się prosto w mordę.
- Ja… Nie odkupiłbym się. - Wyrzuciłem to z siebie, zanim zdążyłem przeanalizować, czy powinienem. Spojrzałem w ciemność, na kamienice, w miejsca, gdzie gdzieniegdzie migotało światło, i czułem, jak całe moje życie przesuwa się w poprzek drogi, której nie mogłem cofnąć. Przebiegłem wzrokiem po mokrych ulicach, próbując złapać punkt odniesienia - coś, co nie byłoby tylko cieniem mojej porażki, ale każdy jasny punkcik w oknach, który mignął gdzieś w ciemności, wydawał się obojętne, jakby mówił „tu nic nie zdziałasz”. Nie było pubu, nie było baru, nie było niczego, najrozsądniej byłoby zawrócić, ale uparcie szedłem dalej. Mokre włosy kleiły mi się do twarzy, ale ulewa przestała mnie obchodzić - byliśmy przemoczeni do kości, ale jakoś to nie miało znaczenia, bo i tak czułem się, jakbym tonął.
Ger nie miała w zwyczaju owijać w bawełnę, tylko waliła prosto między żebra. Było w tym coś... Ożywczego - albo masochistycznego - nie wiedziałem. Kiedy zagroziła, że mi nakopie do dupy, parsknąłem tym swoim nie-do-końca-śmiechem.
- Jusz to lobisz. - Mruknąłem. - Od czteldziestu minut, a wcześniej wyjebałaś mnie z balkonu. - Przypomniałem jej, w razie, gdyby postanowiła o tym zapomnieć.
Nawet jeśli mnie chciała… No właśnie, jeśli. Nigdy nie rozumiałem, czemu, ludzie jej pokroju zakochiwali się w kimś stabilnym, w kimś z historią, którą dało się opowiedzieć w formie anegdoty na rodzinnej kolacji, pójść na imprezę w pracy, kupić domek na przedmieściach, wychować gromadkę dzieci, rozpieszczać wnuki. Tymczasem ja potrafiłem spierdolić własne urodziny. Nie byłem dla niej dobry - ona myślała, że jestem twardy, umiem chronić ludzi, ale ja… Ja byłem dobry w padaniu na ziemię i wstawaniu, nie w trzymaniu kogoś w całości.
- Tęsknię za nią. - Przyznałem w końcu, cicho, niemal szeptem, jakby sama świadomość tego sprawiała, że musiałem mówić powoli. - Tęsknię, cholelnie… Ale wiem, sze nie mogę. Zaleszy mi, to nie znaczy, sze mam do niej wlacaś, jak zbity pies, i czekaś, asz znowu ją upieldolę.
W głowie wciąż przewijały mi się obrazy, momenty, w których próbowałem być kimś innym, lepszym, a wychodziło jak zawsze - zostawiałem ludzi, którzy na mnie liczyli, podejmowałem decyzje bez pytania. Zbyt wiele razy ocierałem się o śmierć, cudem wychodząc cało z sytuacji, które miały prawo zakończyć się dla mnie fatalnie. Widziałem ludzi, którzy mieli plany na jutro, na święta, na przyszłe lato, a potem zostawały po nich tylko spalone kartki i parę rzeczy do oddania rodzinie, o ile w ogóle jakąś mieli. Nie byłem wyjątkiem, nie było powodu zakładać, że będę.
Wciągnąłem powietrze, jakbym miał powiedzieć coś sensownego, ale zamiast tego przyszło mi do głowy tylko jedno - stare, żałosne déjà vu, które wracało za każdym razem, gdy mówiłem o swoich błędach na głos.
„Przepraszam, daj mi jeszcze jedną szansę, obiecuję, że następnym razem jak będę się wykrwawiał, to spróbuję nie zrobić z tego dramatu”.
Tyle razy to mówiłem. Tyle razy obiecywałem, że ogarnę swoje życie, przestanę wracać do domu zakrwawiony, zostawiać żonę samą na kolejne noce, nie będę znikał w środku tygodnia bez słowa. Alice patrzyła na mnie tymi dużymi, zmęczonymi oczami i kiwała głową, a ja wierzyłem, że w tej głupiej przysiędze jest coś prawdziwego, następnym razem faktycznie postaram się nie robić z siebie problemu.
A potem oczywiście znowu to samo - kolejny uraz, kolejna scena, kolejny raz, gdy próbowałem udawać, że wszystko gra, a ona wyciągała ze mnie, co tak naprawdę się wydarzyło. Kończyło się przeprosinami - moimi, jej łzami, moją obietnicą poprawy, jej kolejnym „dobrze, Lou”, które zawsze brzmiało jak podpis pod wekslem, którego nie byłem w stanie spłacić. Aż wreszcie zasugerowała mi „po prostu wreszcie umrzeć” - tego się nie zapominało.
Wtedy myślałem, że miłość polega na tym, że ktoś ci wybacza w nieskończoność - jeśli jest z tobą, to znaczy, że zniesie wszystko - krew, nieobecność, kłamstwa z dobrych intencji. Dopiero później zrozumiałem, że można kogoś wykończyć nawet bez dotykania. Wystarczy być sobą - absolutny festiwal idiotyzmu - przy pierwszych razach próbowałem ją rozśmieszyć, jakby humor miał przykryć fakt, że znowu wróciłem na wpół nieżywy, jak gdyby to było normalne małżeńskie „spóźniłem się na kolację”. Przy kolejnych żarliśmy się, jak wściekłe psy. Ostatnie były przepełnione milczeniem.
- Statystyki, lysyko… - Powiedziałem, wpatrując się w błyski w mroku, myśli kłębiły mi się w głowie jak burza nad horyzontem - kiedy wiesz, jak potrafisz się psuć, zaczynasz liczyć ofiary zawczasu. - Masz lację, nie wszyscy giną. Ale szczęście ma swoje glanice, jeden las za duszo, a wszystko się kończy. Jeden fałszywy ruch, a… - Przełknąłem ślinę. - Koniec. - Spojrzałem na Ger, zmęczony, mokry, wkurwiony na siebie bardziej, niż przyznałbym komukolwiek innemu. - Ostloszność nie wystalsza. - Odpowiedziałem na jej kolejną, światłą myśl. - Wiesz dobsze, sze nie wystalsza.
Czasem możesz zrobić wszystko idealnie, a i tak trafisz na ten jeden, jedyny raz - ten, który przypieprzy cię do ściany. Każdy, z kim pracowałem dłużej, w końcu gdzieś zniknął. Niektórzy bez śladu, inni… A ja za każdym razem byłem wystarczająco blisko, żeby to zaczęło mi ciążyć, ta świadomość. Raz się wywinąłem, drugi, piąty, a potem było to gardło. Nie wiedziałem, ile razy człowiek ma prawo ocaleć, ale na pewno nie setki.
Spojrzałem na Geraldine dopiero wtedy, kiedy powiedziała o tym, jak życie beze mnie mogło wyglądać dla kogoś, kto postanowił dać mi szansę. Jak to mogło ją wypruć od środka. To trafiło - trafiło tam, gdzie jeszcze nie miałem blizn.
- Była… Jest… Ponad tym wszystkim. Nie pasuję tam. Nie jestem częścią jej świata. Nawet nie umiałem odbyś jednej, świątecznej kolacji s jej losiną bes… - Urwałem, bo wspomnienie jej ojca nadal potrafiło mi zacisnąć gardło mocniej niż blizna po tym, co mnie kiedyś prawie zabiło. - Chuj s tym. Niewaszne. - Wyrzuciłem z siebie, tak cicho, że deszcz mógł to zamaskować. Tyle potrafiłem przyznać, a może raczej - tyle byłem w stanie udźwignąć, zanim żołądek podszedł mi do gardła. Nie pasowałem do jej świata, nie byłem jego fragmentem, nie mogłem nawet zaliczyć jednej zwykłej sabatowej kolacji bez tego, żeby ktoś nie sprawdził mnie, nie wystawił na próbę, nie ustawił mnie w roli, której nigdy nie mogłem wypełnić.
Adrenalina, ryzyko, niebezpieczeństwo, poczucie odpowiedzialności, które nie pozwalało mi odwrócić się plecami - to wszystko wciągało mnie w nią i w to, co było między nami, chociaż wiedziałem, że to wszystko musiało skończyć się źle. Chciałem być ostrożny, a mimo to wielokrotnie przekraczałem granice zdrowego rozsądku. O raz za dużo, zbyt głęboko.
Szliśmy w tym deszczu, patrząc na ciemność, w której gdzieniegdzie migotały światełka w oknach. Woda w butach chlupała przy każdym kroku, włosy przyklejały się do mokrej skóry, a ubranie wchłaniało kolejne litry wody. Słuchałem jej słów, rozchodzących się pomiędzy przybliżającymi się, ciaśniejącymi budynkami, odbijającym się echem w pustych uliczkach. Nie było w tym gniewu, który zwykle towarzyszył mi, gdy ktoś wtrącał się w moje sprawy, tylko… Powaga, chłodna, ale nie pogardliwa. Nie było we mnie nawet cienia oburzenia, kiedy Geraldine rzucała kolejnymi oskarżeniami w moją stronę, bo wszystko, co mówiła, już dawno zdążyłem sobie powiedzieć sam - jej słowa tylko wbijały to głębiej, porządkowały bałagan, który nosiłem w głowie, i może bolało to bardziej, niż bym chciał przyznać, ale przynajmniej było uczciwe. Uczciwość bolała najzdrowiej. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, bo wszystko trafiało w mnie tak, że odruchowo milczałem - nie chodziło o to, że nagle nie chciałem mówić, tylko że każde słowo, które próbowałem wyrzucić z ust, wydawało się nieadekwatne. Nie mogłem od razu odpowiedzieć, bo nie było prostego sposobu, żeby to wszystko ułożyć w zdania, zamiast tego serce waliło mi szybciej niż zwykle, a głowa nieustannie przewijała wspomnienia, błędy, momenty, które mogły się skończyć tragicznie.
Wdech, wydech, fajka, która zgasła w deszczu, i nagle byłem sam ze swoimi myślami - z własnym gównem, a idąca obok mnie kobieta wydawała mi się po prostu personifikacją moich własnych wyrzutów sumienia.
Nie było dnia, żebym o tym nie myślał - nie było nocy, kiedy nie czułbym pustki, gdy brakowało jej obecności, oddechu, tego cichego poczucia, że wszystko jest mniej skomplikowane, kiedy ona jest blisko - mimo że wiedziałem, że nie powinienem, powrót byłby katastrofą, serce krzyczało inaczej, chciałem - chciałem być, mieć ją obok, czuć, wrócić, zrobić coś, by to naprawić, chciałem… Chociaż przez chwilę poczuć, że nic się nie zmieniło.
Wdech, wydech. Krople ulewy spadały na moje plecy, zamieniając koszulkę w mokrą szmatę.
Tęsknota była zbyt silna, do granic absurdu, ale rzeczywistość była bardziej okrutna, i nawet mimo że Geraldine dawała mi możliwość zahaczenia się na Wyspach, sugerowała, że mogłoby być inaczej, nie mogłem zaprzeczyć faktom. W tym momencie byłem tylko cieniem, który ślizgał się po krawędziach życia innych. Nie było w tym logiki, żadnego sensu - obiektywnie patrząc, byłem straconym przypadkiem, facetem, który miał szczęście przeżyć więcej, niż powinien, a mimo to nie potrafił utrzymać normalnych relacji. Kiedy zapytała, czemu Sunny dopiero zaczęła żyć, poczułem nagły ścisk w gardle - nie odpowiedziałem, nie wiedziałem, co powiedzieć, nie widziałem powodu - naprawdę. Może rzeczywiście byłem ślepy, może byłem tchórzem, może byłem… Idiotą, tak, to na pewno, ale nie śmiałem zapytać Sun, dlaczego zaczęła żyć przy mnie, nie śmiałem o tym wnioskować, bo gdzieś tam bardzo głęboko, pod tonami mechanizmów obronnych, chyba po prostu obawiałem się odpowiedzi. Bałem się, że to przypadek. Bałem się, że to była projekcja, że zaraz jej się znudzi, że zobaczy, że nie ma za co, po co mnie trzymać. Nie było w tym żadnego dramatyzowania, to była zwykła, surowa niewiedza, dlaczego - taka, która żarła od środka.
- Jasne, sze to sobie ujebałem… - Mruknąłem, przewracając oczami, co było błędem w tym stanie, przy bólu głowy i jej lekkich zawrotach, bo momentalnie zachciało mi się rzygać. To nie była kwestia ambicji ani głupoty, to była zwykła desperacja, żeby ochronić kogoś przed tym, co ja sam byłem w stanie przynieść do stołu. To nie było tylko niewiele, ha, wręcz przeciwnie - to było zbyt wiele, w tym niewłaściwym sensie. Wspomnienie sabatu uderzyło we mnie jak mokra szmata - stół, elegancki obrus, ciśnienie, które wisiało w powietrzu, a potem ojciec Prudence, który zaciągnął mnie na stronę, jakbym był szczeniakiem, który wlazł tam, gdzie nie powinien i obszczał doniczkę z fikusem. Pamiętałem dokładnie jego spojrzenie, tę mieszaninę oceny i politowania. Nie musiał nic mówić, chociaż i tak to zrobił, od samego początku wiedziałem, że według niego nie powinienem być częścią tamtego świata, bo byłem błędem. Tak, jak on, nie wiedziałem, czemu mnie chciała - to nie była fałszywa skromność, nie jakiś popieprzony akt.
„Otwórz oczy, głupku”. No, jasne - otwieranie oczu było czymś, w czym byłem wyjątkowo chujowy. Może faktycznie powinienem, ale powieki miałem ciężkie, oczy przesiąknięte rzeczami, których się nie zapominało. Miałem tyle szczęścia, że aż chciało się rzygać. Czasami myślałem, że wyczerpałem limit, następnym razem już nie będzie drugiej okazji.
- Tak, wiem. - Wyrwało mi się cicho, do siebie, chociaż może i w jej stronę. - Wszystko wiem. - Westchnąłem, ciężko, aż zabolało mnie w przełyku - gardło nadal dawało mi o sobie znać, nawet deszcz nie zagłuszył tego przytłumionego chrypnięcia.
Nie potrzebowałem, żeby ktoś mi tłumaczył, jak to wygląda. W środku wiedziałem, że Sun nie powinna mnie przyjmować ponownie - nie teraz, może nigdy - każdy gest, jedno moje działanie, wszystko to mogło doprowadzić do kolejnej katastrofy, a ona zasługiwała na coś lepszego - na normalność, nie tylko przez tę naszą chwilę, nie na mój chaos i moje błędy. Moja droga do względnej normalności była długa, wyboista, pełna przepaści, które omijałem tylko dzięki przypadkowi, i cholera, czy naprawdę miałem możliwość postawić wszystko na tę jedną kartę, bez bycia egoistą?
Nie. Wiedziałem, że zrobiłem źle, skrzywdziłem ją w najbardziej sadystycznie-wyrachowanie-debilny sposób, jaki dało się wymyślić. I wiedziałem, że nie zasługiwałem na trzecią - tak, trzecią - szansę, że jej zaufanie… To coś, co mogło się nigdy nie odnowić, ba, tym razem już nie powinno. Nie po tym wszystkim, nie po moim byciu sobą zbyt wiele razy, bym nawet ja sam sobie ufał. Byłem jak pies, który nauczył się, że ręka zawsze bije, więc nie ufa nawet wtedy, kiedy próbuje go pogłaskać. Przechyliłem głowę do tyłu, pozwalając deszczowi zmyć zmęczenie z twarzy, ale nie z serca, kiwając głową.
- Wiem, sze za balso ją skszywdziłem, szeby miała ochotę daś mi tszecią szansę. - Tym razem głos miałem bardziej stabilny, chociaż brzmiał, jakby ktoś inny nim mówił - ostatnio to zdarzało się za często. - Naplawdę to wiem. Nie musisz mi tego powtaszaś. - Przejechałem dłonią po twarzy, zrzucając z policzków krople wody, która i tak zaraz wróciły, jakby deszcz śmiał mi się prosto w mordę.
- Ja… Nie odkupiłbym się. - Wyrzuciłem to z siebie, zanim zdążyłem przeanalizować, czy powinienem. Spojrzałem w ciemność, na kamienice, w miejsca, gdzie gdzieniegdzie migotało światło, i czułem, jak całe moje życie przesuwa się w poprzek drogi, której nie mogłem cofnąć. Przebiegłem wzrokiem po mokrych ulicach, próbując złapać punkt odniesienia - coś, co nie byłoby tylko cieniem mojej porażki, ale każdy jasny punkcik w oknach, który mignął gdzieś w ciemności, wydawał się obojętne, jakby mówił „tu nic nie zdziałasz”. Nie było pubu, nie było baru, nie było niczego, najrozsądniej byłoby zawrócić, ale uparcie szedłem dalej. Mokre włosy kleiły mi się do twarzy, ale ulewa przestała mnie obchodzić - byliśmy przemoczeni do kości, ale jakoś to nie miało znaczenia, bo i tak czułem się, jakbym tonął.
Ger nie miała w zwyczaju owijać w bawełnę, tylko waliła prosto między żebra. Było w tym coś... Ożywczego - albo masochistycznego - nie wiedziałem. Kiedy zagroziła, że mi nakopie do dupy, parsknąłem tym swoim nie-do-końca-śmiechem.
- Jusz to lobisz. - Mruknąłem. - Od czteldziestu minut, a wcześniej wyjebałaś mnie z balkonu. - Przypomniałem jej, w razie, gdyby postanowiła o tym zapomnieć.
Nawet jeśli mnie chciała… No właśnie, jeśli. Nigdy nie rozumiałem, czemu, ludzie jej pokroju zakochiwali się w kimś stabilnym, w kimś z historią, którą dało się opowiedzieć w formie anegdoty na rodzinnej kolacji, pójść na imprezę w pracy, kupić domek na przedmieściach, wychować gromadkę dzieci, rozpieszczać wnuki. Tymczasem ja potrafiłem spierdolić własne urodziny. Nie byłem dla niej dobry - ona myślała, że jestem twardy, umiem chronić ludzi, ale ja… Ja byłem dobry w padaniu na ziemię i wstawaniu, nie w trzymaniu kogoś w całości.
- Tęsknię za nią. - Przyznałem w końcu, cicho, niemal szeptem, jakby sama świadomość tego sprawiała, że musiałem mówić powoli. - Tęsknię, cholelnie… Ale wiem, sze nie mogę. Zaleszy mi, to nie znaczy, sze mam do niej wlacaś, jak zbity pies, i czekaś, asz znowu ją upieldolę.
W głowie wciąż przewijały mi się obrazy, momenty, w których próbowałem być kimś innym, lepszym, a wychodziło jak zawsze - zostawiałem ludzi, którzy na mnie liczyli, podejmowałem decyzje bez pytania. Zbyt wiele razy ocierałem się o śmierć, cudem wychodząc cało z sytuacji, które miały prawo zakończyć się dla mnie fatalnie. Widziałem ludzi, którzy mieli plany na jutro, na święta, na przyszłe lato, a potem zostawały po nich tylko spalone kartki i parę rzeczy do oddania rodzinie, o ile w ogóle jakąś mieli. Nie byłem wyjątkiem, nie było powodu zakładać, że będę.
Wciągnąłem powietrze, jakbym miał powiedzieć coś sensownego, ale zamiast tego przyszło mi do głowy tylko jedno - stare, żałosne déjà vu, które wracało za każdym razem, gdy mówiłem o swoich błędach na głos.
„Przepraszam, daj mi jeszcze jedną szansę, obiecuję, że następnym razem jak będę się wykrwawiał, to spróbuję nie zrobić z tego dramatu”.
Tyle razy to mówiłem. Tyle razy obiecywałem, że ogarnę swoje życie, przestanę wracać do domu zakrwawiony, zostawiać żonę samą na kolejne noce, nie będę znikał w środku tygodnia bez słowa. Alice patrzyła na mnie tymi dużymi, zmęczonymi oczami i kiwała głową, a ja wierzyłem, że w tej głupiej przysiędze jest coś prawdziwego, następnym razem faktycznie postaram się nie robić z siebie problemu.
A potem oczywiście znowu to samo - kolejny uraz, kolejna scena, kolejny raz, gdy próbowałem udawać, że wszystko gra, a ona wyciągała ze mnie, co tak naprawdę się wydarzyło. Kończyło się przeprosinami - moimi, jej łzami, moją obietnicą poprawy, jej kolejnym „dobrze, Lou”, które zawsze brzmiało jak podpis pod wekslem, którego nie byłem w stanie spłacić. Aż wreszcie zasugerowała mi „po prostu wreszcie umrzeć” - tego się nie zapominało.
Wtedy myślałem, że miłość polega na tym, że ktoś ci wybacza w nieskończoność - jeśli jest z tobą, to znaczy, że zniesie wszystko - krew, nieobecność, kłamstwa z dobrych intencji. Dopiero później zrozumiałem, że można kogoś wykończyć nawet bez dotykania. Wystarczy być sobą - absolutny festiwal idiotyzmu - przy pierwszych razach próbowałem ją rozśmieszyć, jakby humor miał przykryć fakt, że znowu wróciłem na wpół nieżywy, jak gdyby to było normalne małżeńskie „spóźniłem się na kolację”. Przy kolejnych żarliśmy się, jak wściekłe psy. Ostatnie były przepełnione milczeniem.
- Statystyki, lysyko… - Powiedziałem, wpatrując się w błyski w mroku, myśli kłębiły mi się w głowie jak burza nad horyzontem - kiedy wiesz, jak potrafisz się psuć, zaczynasz liczyć ofiary zawczasu. - Masz lację, nie wszyscy giną. Ale szczęście ma swoje glanice, jeden las za duszo, a wszystko się kończy. Jeden fałszywy ruch, a… - Przełknąłem ślinę. - Koniec. - Spojrzałem na Ger, zmęczony, mokry, wkurwiony na siebie bardziej, niż przyznałbym komukolwiek innemu. - Ostloszność nie wystalsza. - Odpowiedziałem na jej kolejną, światłą myśl. - Wiesz dobsze, sze nie wystalsza.
Czasem możesz zrobić wszystko idealnie, a i tak trafisz na ten jeden, jedyny raz - ten, który przypieprzy cię do ściany. Każdy, z kim pracowałem dłużej, w końcu gdzieś zniknął. Niektórzy bez śladu, inni… A ja za każdym razem byłem wystarczająco blisko, żeby to zaczęło mi ciążyć, ta świadomość. Raz się wywinąłem, drugi, piąty, a potem było to gardło. Nie wiedziałem, ile razy człowiek ma prawo ocaleć, ale na pewno nie setki.
Spojrzałem na Geraldine dopiero wtedy, kiedy powiedziała o tym, jak życie beze mnie mogło wyglądać dla kogoś, kto postanowił dać mi szansę. Jak to mogło ją wypruć od środka. To trafiło - trafiło tam, gdzie jeszcze nie miałem blizn.
- Była… Jest… Ponad tym wszystkim. Nie pasuję tam. Nie jestem częścią jej świata. Nawet nie umiałem odbyś jednej, świątecznej kolacji s jej losiną bes… - Urwałem, bo wspomnienie jej ojca nadal potrafiło mi zacisnąć gardło mocniej niż blizna po tym, co mnie kiedyś prawie zabiło. - Chuj s tym. Niewaszne. - Wyrzuciłem z siebie, tak cicho, że deszcz mógł to zamaskować. Tyle potrafiłem przyznać, a może raczej - tyle byłem w stanie udźwignąć, zanim żołądek podszedł mi do gardła. Nie pasowałem do jej świata, nie byłem jego fragmentem, nie mogłem nawet zaliczyć jednej zwykłej sabatowej kolacji bez tego, żeby ktoś nie sprawdził mnie, nie wystawił na próbę, nie ustawił mnie w roli, której nigdy nie mogłem wypełnić.
Adrenalina, ryzyko, niebezpieczeństwo, poczucie odpowiedzialności, które nie pozwalało mi odwrócić się plecami - to wszystko wciągało mnie w nią i w to, co było między nami, chociaż wiedziałem, że to wszystko musiało skończyć się źle. Chciałem być ostrożny, a mimo to wielokrotnie przekraczałem granice zdrowego rozsądku. O raz za dużo, zbyt głęboko.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)