20.11.2025, 16:39 ✶
„Spokój” - tak, to słowo uderzyło mnie mocniej niż wszystkie wcześniejsze myśli, gdy pojawiło się w mojej głowie. Wprawdzie zawsze uważałem, że jestem facetem, który nie ma w sobie podobnej miękkości, a już na pewno nic, co „pasuje idealnie” do kogokolwiek, ale przy niej… Cholera, wszystko było inne. Moje ręce „błądziły”, tak, ale prawda była taka, że odnajdywały coś, czego dawno mi brakowało. Jej skóra na mojej, nasze oddechy, ciężar ciała na moim ramieniu. W momencie, gdy patrzyłem na nią, jeszcze wtuloną we mnie, z rozczochranymi włosami i tym rozgrzanym spojrzeniem, nad którym zawsze udawała, że ma kontrolę… Wiedziałem, że to, co właśnie między nami zaszło, nie było tylko jakąś kiepską, porywczą decyzją w odciętej od świata chatce. To było zbyt naturalne, za łatwe, jakbyśmy oboje - ona i ja - po prostu przestali udawać, że nie ciągnęło nas w tę samą stronę od dawna. Nie zastanawiałem się nad tym dotykiem, po prostu był, jakby moje ręce nauczyły się jej wcześniej niż ja sam, drobne, ciepłe ciało wpasowało się w moje ramię tak naturalnie, że miałem wrażenie, iż już tak leżeliśmy kiedyś, w jakimś innym życiu. Byłem lżejszy na duchu, jakbym pierwszy raz od lat nie musiał trzymać się na straży. Miałem w myślach wyłącznie nas, ten absurdalny sposób, w jaki na siebie wpadliśmy, jakbyśmy nie tyle podjęli decyzję, co zostali w nią wepchnięci przez coś, co chwilowo wydawało się silniejsze od rozsądku. Ale nie przeraziło mnie to. Zdziwiło - tak. Zaskoczyło. Ale nie przestraszyło. Nie wiedziałem, czy byliśmy temu „przeznaczeni”, brzmiało to jak coś, z czego bym się droczył, gdybym nie był zajęty tym, żeby nie gapić się na nią zbyt miękko, ale nie mogłem zaprzeczyć, że pasowała do mnie tak naturalnie, że walnęło mnie to obuchem w głowę. Nawet ta różnica wzrostu, o której zawsze żartowałem, nagle stała się czymś normalnym.
Uśmiechnęła się tak lekko, że poczułem, jakby ktoś zwolnił hamulec wewnątrz mojej klatki piersiowej. Wiedziałem, że życie miało talent do psucia rzeczy, które działają zbyt dobrze, ale w tej chwili… Nic nie chciałem zmieniać.
- Natulalnie. Jestem człowiekiem o wielkim selcu. Ofialą własnej potencji, mosna powiedzieś. - Mruknąłem, udając powagę, chociaż kąciki ust same unosiły mi się do góry. Tak - doskonale wiedziałem, co mówię, jakżeby nie. Zerknąłem na nią spod półprzymkniętych powiek, uśmiechając się szeroko, jeszcze wciągnięty w to ciepło, w jej oddech muskający mi ramię, w tę absurdalną lekkość, której nie czułem… Chyba nigdy. Nie robiłem tego nigdy, nikomu nie dawałem aż takiej swobody w dostępie do moich myśli, nie w ten sposób, nie pozwalałem na to, żeby ktoś tak po prostu miał mnie przy sobie, bez żadnej osłony, bez jednego z moich idiotycznych mechanizmów, które zwykle działały jak mur, albo przynajmniej jak drut kolczasty. I wcale nie zamierzałem tego analizować, chociaż brzmiało to jak pierwszy krok do katastrofy.
Parsknąłem, ledwo ruszając się spod niej, podparłem się lekko na łokciu, patrząc na nią z góry. Brzmiało to tak… Trafnie. Nie romantycznie, nie słodko, po prostu prawdziwie - w sposób, który trochę mnie dezorientował.
- Absolutnie. - Odparłem. - Ale wydaje mi się, sze jesteśmy wyjątkowo kompetentnymi idiotami. - Przesunąłem kciukiem po wnętrzu jej dłoni, bardziej odruchowo niż świadomie. Jej skóra była miękka pod moimi dłońmi, a ja nie potrafiłem nie dotykać jej co chwilę, tak jakby brak kontaktu miał sprawić, że zniknie, rozwieje się w powietrzu jak wszystkie dobre rzeczy, które nie powinny były mi się trafić. - W końcu widzisz mój wkład intelektualny. - Pokiwałem głową z udawaną powagą. - Paltnelstwo opalte na lównym poziomie głupoty to balso stabilny fundament.
Nie powiedziałem tego na głos, ale podobała mi się ta jej gotowość, nawet jeśli była pozorna, oboje wiedzieliśmy, że żadna gotowość nie chroni przed tym, co nadchodzi.
A potem ten cholerny dziennik. I te daty. Daty, które nie miały prawa się zgadzać, i to dziwne uczucie, które sam miałem w żołądku, kiedy przeczytałem zakończenie dziennika. Pokój zrobił się cichszy, chociaż niby nic się nie zmieniło.
- Zaczekaj, co—
Dobrze znałem to spojrzenie - skupione, przesuwające się z jednego punktu na drugi, aż w końcu zapalające się tą charakterystyczną iskrą. Wszystko, co robiła, było tak spokojne, tak metodyczne, absolutnie pewne, że nawet nie próbowałem jej przeszkadzać. Milczałem, opierając się na łokciu, jedną ręką przesuwając po jeszcze ciepłym miejscu na kocach, gdzie leżała chwilę temu. Nie chciałem jej przerywać, ale nie potrafiłem też nie patrzeć.
Zapaliła świeczki jednym ruchem różdżki, bez wahania, bez patrzenia nawet na mnie, jakby świat poza kręgiem przestał istnieć.
Usiadła w nim, nogi skrzyżowane, plecy wyprostowane, włosy lekko rozsypane po ramionach. Spojrzałem na notes, spoczywający w jej dłoni, jak artefakt - na ten dziwny, cholernie niewygodny ciężar wiedzy, który nagle spadł nam na głowy. Wyglądała jak ktoś całkiem inny niż ta kobieta, która jeszcze chwilę temu żartowała mi do ucha, denerwując mnie w najbardziej przyjemny sposób z możliwych. Przyglądałem się jej jak ostatni idiota, z otwartymi oczami, wiedząc, że wpadłem po uszy. Nie przez bliskość, nie przez ciało.
Przez to właśnie.
Przez tę cholerną kobietę siedzącą nago w kręgu świec, próbującą wydobyć tajemnicę z notesu, który nie miał prawa istnieć w tej formie.
Ale nie odezwałem się ani słowem.
Nie śmiałem.
To był jej moment.
A ja byłem debilem, który nie umiał przestać jej podziwiać.
Uśmiechnęła się tak lekko, że poczułem, jakby ktoś zwolnił hamulec wewnątrz mojej klatki piersiowej. Wiedziałem, że życie miało talent do psucia rzeczy, które działają zbyt dobrze, ale w tej chwili… Nic nie chciałem zmieniać.
- Natulalnie. Jestem człowiekiem o wielkim selcu. Ofialą własnej potencji, mosna powiedzieś. - Mruknąłem, udając powagę, chociaż kąciki ust same unosiły mi się do góry. Tak - doskonale wiedziałem, co mówię, jakżeby nie. Zerknąłem na nią spod półprzymkniętych powiek, uśmiechając się szeroko, jeszcze wciągnięty w to ciepło, w jej oddech muskający mi ramię, w tę absurdalną lekkość, której nie czułem… Chyba nigdy. Nie robiłem tego nigdy, nikomu nie dawałem aż takiej swobody w dostępie do moich myśli, nie w ten sposób, nie pozwalałem na to, żeby ktoś tak po prostu miał mnie przy sobie, bez żadnej osłony, bez jednego z moich idiotycznych mechanizmów, które zwykle działały jak mur, albo przynajmniej jak drut kolczasty. I wcale nie zamierzałem tego analizować, chociaż brzmiało to jak pierwszy krok do katastrofy.
Parsknąłem, ledwo ruszając się spod niej, podparłem się lekko na łokciu, patrząc na nią z góry. Brzmiało to tak… Trafnie. Nie romantycznie, nie słodko, po prostu prawdziwie - w sposób, który trochę mnie dezorientował.
- Absolutnie. - Odparłem. - Ale wydaje mi się, sze jesteśmy wyjątkowo kompetentnymi idiotami. - Przesunąłem kciukiem po wnętrzu jej dłoni, bardziej odruchowo niż świadomie. Jej skóra była miękka pod moimi dłońmi, a ja nie potrafiłem nie dotykać jej co chwilę, tak jakby brak kontaktu miał sprawić, że zniknie, rozwieje się w powietrzu jak wszystkie dobre rzeczy, które nie powinny były mi się trafić. - W końcu widzisz mój wkład intelektualny. - Pokiwałem głową z udawaną powagą. - Paltnelstwo opalte na lównym poziomie głupoty to balso stabilny fundament.
Nie powiedziałem tego na głos, ale podobała mi się ta jej gotowość, nawet jeśli była pozorna, oboje wiedzieliśmy, że żadna gotowość nie chroni przed tym, co nadchodzi.
A potem ten cholerny dziennik. I te daty. Daty, które nie miały prawa się zgadzać, i to dziwne uczucie, które sam miałem w żołądku, kiedy przeczytałem zakończenie dziennika. Pokój zrobił się cichszy, chociaż niby nic się nie zmieniło.
- Zaczekaj, co—
Dobrze znałem to spojrzenie - skupione, przesuwające się z jednego punktu na drugi, aż w końcu zapalające się tą charakterystyczną iskrą. Wszystko, co robiła, było tak spokojne, tak metodyczne, absolutnie pewne, że nawet nie próbowałem jej przeszkadzać. Milczałem, opierając się na łokciu, jedną ręką przesuwając po jeszcze ciepłym miejscu na kocach, gdzie leżała chwilę temu. Nie chciałem jej przerywać, ale nie potrafiłem też nie patrzeć.
Zapaliła świeczki jednym ruchem różdżki, bez wahania, bez patrzenia nawet na mnie, jakby świat poza kręgiem przestał istnieć.
Usiadła w nim, nogi skrzyżowane, plecy wyprostowane, włosy lekko rozsypane po ramionach. Spojrzałem na notes, spoczywający w jej dłoni, jak artefakt - na ten dziwny, cholernie niewygodny ciężar wiedzy, który nagle spadł nam na głowy. Wyglądała jak ktoś całkiem inny niż ta kobieta, która jeszcze chwilę temu żartowała mi do ucha, denerwując mnie w najbardziej przyjemny sposób z możliwych. Przyglądałem się jej jak ostatni idiota, z otwartymi oczami, wiedząc, że wpadłem po uszy. Nie przez bliskość, nie przez ciało.
Przez to właśnie.
Przez tę cholerną kobietę siedzącą nago w kręgu świec, próbującą wydobyć tajemnicę z notesu, który nie miał prawa istnieć w tej formie.
Ale nie odezwałem się ani słowem.
Nie śmiałem.
To był jej moment.
A ja byłem debilem, który nie umiał przestać jej podziwiać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)