• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda

[5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
20.11.2025, 20:28  ✶  
Miałem ochotę wsadzić łeb pod rynnę i pozwolić temu wypłukać mnie do środka, ale nic, absolutnie nic, nie było w stanie przepłukać tego, co zostało po ostatnich tygodniach - coś pękło, cicho, bez fajerwerków, jak przetarty szew w sfatygowanej koszuli. Zmrużyłem oczy, bo to wszystko, co we mnie napierało, zaczynało się dopominać wydobycia. Słowa aż paliły pod językiem, jakby ten ułamany ząb był karą za to, że kiedykolwiek pomyślałem, że mogę być kimś innym, niż jestem. Miałem wrażenie, że każde jej słowo trafiało tam, gdzie od lat nikomu nie udało się trafić - w tę cholerną, obnażoną część mnie, z której zawsze robiłem żart, zbroję, pozę. Oddychałem jak ktoś, komu brakowało powietrza, chociaż wokół było go aż za dużo, przesunąłem językiem po wardze od wewnątrz, metaliczny posmak krwi dalej trzymał się gardła, pasował do tej rozmowy bardziej niż chciałem.
- Gelaldine... - Mruknąłem, ale nie po to, żeby ją uciszyć, raczej po to, żeby pozwolić sobie na coś, czego zazwyczaj bym nie ruszył. Spojrzałem w bok, na światła kilku okien, na pustkę ulicy, na ciemność, która wyglądała jak coś, w co tym razem wyjątkowo łatwo było wpaść i już się nie podnieść. - Ty myślisz, sze ja ją poznałem w piepszonym Exmool? - Wsunąłem dłonie w kieszenie, bo nagle miałem wrażenie, że palce mi drżą, a nienawidziłem tego w sobie. - My się znamy, Gelaldine, ja się z nią ciągle szegnałem, kszywdziłem ją od cztelnastego roku szycia. Las po las. - Rzuciłem w końcu, tak cicho, że musiała się naprawdę wsłuchać, by cokolwiek usłyszeć. Durne, dziecinne listy, nagłe zniknięcia, przerwane i ponownie zapadające milczenie. Tak się zaczęło, tak się skończyło. Za każdym razem, kiedy ojciec kazał mi się od niej odciąć, robiłem to, bez słowa. Żadne „przepraszam”, żadne „wyjaśnię”, nic, po prostu znikałem, bo tak byłem zaprojektowany, nawet jeśli pierwszy raz chciałem, żeby ktoś mnie lubił tak po prostu, nie za nazwisko, nie za to, kim miałem być. Była pierwszą osobą, przy której przestało mnie obchodzić, jakiej kto jest krwi. Mogła być pół jeżem, pół nietoperzem, a ja i tak patrzyłbym na nią tak, jakby nie obchodziło mnie absolutnie nic. Ani nazwisko, ani krew, ani to, co mi w domu wpierdalali do głowy jak dogmat.
Przetarłem kciukiem bliznę pod wargą - odruch, niepokój zmieszany z pamięcią. Nie pierwszy raz oberwałem od ojca, ale pierwszy raz za to, że na kogoś patrzyłem nie tak, jak „powinienem”. „Tak się nie godzi, Aloysius”. Deszcz wyciągnął ze mnie resztki ciepła, zostawiając tylko ciężar - ten, który nosiłem zawsze, tylko dziś nie miałem go gdzie schować. Przygryzłem policzek tak, że znów poczułem metaliczny posmak.
Dłuższa pauza, aż wreszcie moje usta ułożyły się w ten krzywy, gorzki uśmiech. Ten deszcz rozmywał wszystko, tylko nie to, co bolało.
- Była pielwszą dziewczyną, pszes któlą dostałem w lyj za „złe kontakty”. Dwa lasy zniknąłem, bo tego ode mnie wymagano. - Kontynuowałem, już głośniej. - Pielwszy las to nawet nie był mój wyból, to był wpieldol plofilaktyczny. Za… Za patszenie nie tam, gdzie powinien patsześ młody panicz. - Wciągnąłem powietrze, jakby to miało pomóc, uśmiechając się krzywo - to nie tak, że wtedy rozpatrywałem naszą przyjaźń w kategoriach mogących kogokolwiek zgorszyć, a przynajmniej nie tak o tym myślałem, byłem jeszcze dzieciakiem, ale później... Stojąc koło niej musiałem się zastanawiać, czy mi zaraz nie stanie i czy kurwa widać przez spodnie. Jak ktoś, komu hormony wyżarły mózg. - Las... Wiesz, znasz ten etap, kiedy nawet pszypadkowe dotknięsie lęki lobi zwalcie w mósgu, a ty myślisz „o kulwa, to tak działa”. No i ja to wszystko pielwszy las poczułem pszy niej. Pszy niej, a nie pszy szadnej „odpowiedniej” kandydatce s mojego pieldolonego statusu. Więc zlobiłem jej s szycia piekło. - To było wszystko, resztę dopowiedział deszcz. Nie było w tym dumy, nie było nawet żalu, po prostu fakt, taki sam jak ten, że od dziś brakowało mi kolejnego kawałka zęba. Dwa razy jej to zrobiłem, bo tak mnie nauczono, znikanie i dystansowanie się było prostsze niż tłumaczenie. Nie miałem odwagi powiedzieć „to nie ja decyduję o swoim życiu”, a teraz, po tylu latach, znowu to zrobiłem. Tylko że teraz ona była dorosła, ja byłem dorosły, i to już nie był „gówniarski błąd”, tylko pełnoprawne skurwysyństwo. Gdyby ktoś postawił mnie teraz pod ścianą, to bym powiedział, że nawet nie powinienem mieć prawa prosić o pierwszą „kolejną szansę”.
Tak, wysłuchałem tej tyrady o wyjątkowości, o tym, że ktoś mógł mi, jakimś cudem, dać kolejną szansę, przyjąć mnie, kochać pomimo tego, jaki jestem - i to była ta część, ta jedna, której nie dało się przełknąć. Ruszyłem w końcu, powoli, ale słuchałem Gerdy dalej, pozwalając żeby szła obok. Mówiła dużo, jak na Geraldine, mądrze, jak na Geraldine, pewnie całkiem wyrozumiale i troskliwie... Jak na Geraldine. Ale była jedna rzecz, z którą nie mogłem jej odpuścić.
- Gel. - Spojrzałem na nią krótko. - Ona mnie nie kocha. - Powiedziałem to spokojnie, bez rozpaczy, bez krzyku, bez ironii, tylko z czymś, co brzmiało jak rezygnacja dobrze znająca swój kąt. Pokręciłem głową, ciężko, jak człowiek, który ciągnął za sobą cały pierdolony świat. Inny niż ten Geraldine, już sobie powiedzieliśmy, że nie robiliśmy z tego konkursu. Po prostu istniały dwie równolegle popierdolone trajektorie życiowe, które akurat dzisiaj przecięły się w ulewie. - Nawet jeśli ona... - Urwałem na moment, bo właściwe słowo ugrzęzło mi gdzieś między zębami, jakby było nie na moje gardło. - Nawet jeśli jej zaleszało, to to nie jest to. Chodzi o to, sze to, co ona… Czuła… To było pszywiązanie, bliskość, mose fascynacja, mose tęsknota za… Czymś. - Głos miałem niski, chropowaty, ale dziwnie spokojny. - Ona… Chciała mnie. Chciała mnie lubiś. Chciała, szebym był częścią jej szycia, ale to nie jest to samo, co kochaś kogoś, kto las po las znika bez słowa, na colas dłuszszy czas. - Uśmiechnąłem się krzywo, naprawdę krzywo. Tak, jak się uśmiechał człowiek, który wiedział, że od lat robił z siebie cyrk - nie było w tym sarkazmu, ani samobiczowania dla efektu, to była czysta, surowa szczerość, która bolała bardziej niż upadek z balkonu. Otarłem krople z włosów i brody, chociaż w tym deszczu to nie miało sensu.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najgolsze? - Mruknąłem, bez spojrzenia, tylko wydychając z siebie powietrze rozcinane głosem. - Mogłabyś mieś lasję w dziewięsiesięciu plosentach. Masz lasję w dziewięsiesięciu plosentach, ale te dziesięś posostałych to szeszy, które i tak psują oblas. - Zacisnąłem usta, a brak kawałka jedynki zrobił swoje - wargi nie układały się tak, jak powinny. Brzmiałem przez to jeszcze bardziej żałośnie, a już było z czego wybierać, spośród decyzji człowieka, który pół życia żył pod cudze dyktando, a drugie pół uciekał - którego jedynym prawdziwym talentem jest to, że nie umiera, kiedy powinien.
Rzuciłem krótkie spojrzenie na brzuch Geraldine.
- Naprawdę chcesz mi wmówiś, sze gdyby twoja cólka pszyszła za te… Ile? Piętnaście, dwadzieścia lat, i powiedziała „mamo, zakochałam się w człowieku, któly znika bes słowa, któlego przeszłość jest jedną wielką bombą zegalową, któly nie lasi sobie s bliskością i tłucze się po świecie jak rozpiśdziony pocisk”, to ty byś powiedziała „świetny wyból, kotku”? - Oddychałem ciężko, jakby to wszystko było pieprzonym wysiłkiem fizycznym. Spojrzałem przed siebie, w ciemność mokrej drogi. - Mnie się biesze do łószka, jeśli jusz, nie do szycia. - Parsknąłem sucho, prześmiewczo wobec samego siebie. Byłem kontrowersyjnym posunięciem z przeszłości, nie przyszłością. Przystankiem, a nie domem. Sekrecikiem, którym można się było pochwalić koleżankom przy winie, kiedy wszystkie były już tak najebane, że szukały mocniejszych historii, żeby podbić wieczór. Fajerwerkiem. Błyskiem. Czymś, co się pali szybko i zawsze kończy tak samo - ciemnością.
- Staly potrzebował kilkudziesięciu minut, szeby spojsześ na mnie i wiedzieś. Widział Aloysiusa i Benjy’ego nalas. Widział kaszde moje kłamstwo, kaszdy nawyk, kaszde gówno, s któlego jestem zlepiony. To nie pielwsze wlaszenie. On wie, kim ja jestem. - Splunąłem w bok, metaliczny smak krwi z przegryzionego języka znów podszedł mi do ust. - I ma lasję, sze nie chce mnie pszy swojej cólce. Bo ja tesz bym nie chciał siebie pszy własnej. Gdybym jakąś miał, to jakąkolwiek, kaszdą welsję mnie tszymałbym od niej s daleka.
Nie chciałem udawać, że to, co powiedział jej ojciec, to była jakaś fanaberia stetryczałego faceta - on miał rację - z jego perspektywy… Miał rację. Zwrócił się do mnie „Aloysius Benjamin Rookwood”, nawet nie musiał zbyt wiele mówić, wystarczyło kilka żołnierskich słów zakończonych jednym otwartym pytaniem, będącym tak naprawdę diagnozą. To była jedyna opinia Johna, z którą w życiu… Nie mogłem się nie zgodzić. Mogła mieć każdego - kogoś stabilnego, kogoś, kto jej nie zostawi w domu z listem, jak pieprzony tchórz. Kogoś, kto nie zniknie, bo usłyszy dźwięki, których nie ma, albo powie coś, co nie brzmi, jak jego własny głos. Kogoś, kto nie boi się, że zrobi jej krzywdę, bo nagle poczuje w głowie coś obcego, coś, co nie jest jego. Jaki miała sens w wyborze gościa, który znika, kiedy robi się ciężko? Który nie umie związać dwóch emocji w jedno zdanie? Który ma ponad dwadzieścia lat doświadczenia w byciu emocjonalnym sabotażystą?
Parsknąłem pod nosem, bardziej z goryczy niż z rozbawienia, ale brzmiało to jak jedno i drugie - ten dźwięk wypełnił przestrzeń między nami tak, jakby próbował przykryć wszystko, czego nie umiałem powiedzieć inaczej niż wprost, bez ozdobników, bez udawania, że mam siłę na ładniejsze formy. Beton pod butami chlupotał wodą, a deszcz wciskał mi się za kołnierz, ale ja i tak czułem się jak ktoś, komu wrzątek lał się po wnętrznościach. To był ten moment, kiedy człowiek przestaje udawać i mówi brzydką prawdę, tę, którą latami klepał sobie w głowie, żeby jakoś uzasadnić własne wybory, własne ucieczki, własne spierdolenie. Deszcz zmywał ze mnie wszystko, co zwykle trzymało gębę na kłódkę.
- Ona tesz to kiedyś zlosumie, jeśli jeszcze nie zlosumiała. Ja szię po plostu nie kwalifikuję do świata, w któlym ludzie budują coś lasem, zwłaszcza nie do jej świata, i nie będę tszeci las splawdzał, ile jeszcze mosze znieść, zanim zolientuje się, sze powinna była mnie wypieldoliś s niego duszo wcześniej. - Nie powiedziałem tego z żalem. Tylko z trzeźwą świadomością, której brakowało mi całą noc. To brzmiało na koniec rozmowy? Doskonale, bo właśnie nim było.
Ruszyłem dalej, szybszym krokiem, a ciężar tego wszystkiego szedł ze mną, trochę przede mną, trochę za mną. To był mój koniec gadania, zanim zrobiłbym z tego jeszcze większą ruinę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (10524), Geraldine Greengrass-Yaxley (7846)




Wiadomości w tym wątku
[5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Benjy Fenwick - 18.11.2025, 14:14
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.11.2025, 14:53
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Benjy Fenwick - 18.11.2025, 17:10
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.11.2025, 20:46
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Benjy Fenwick - 19.11.2025, 02:03
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.11.2025, 12:23
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Benjy Fenwick - 19.11.2025, 16:02
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.11.2025, 18:53
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Benjy Fenwick - 20.11.2025, 00:23
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.11.2025, 01:17
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Benjy Fenwick - 20.11.2025, 14:06
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.11.2025, 15:42
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Benjy Fenwick - 20.11.2025, 20:28
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.11.2025, 22:30
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Benjy Fenwick - 21.11.2025, 01:41
RE: [5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.11.2025, 18:58

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa