20.11.2025, 22:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2025, 22:36 przez Benjy Fenwick.)
Leżałem i patrzyłem na nią, ale nie tak, jak patrzyło się na kogoś, kto był obok. Patrzyłem tak, jak patrzyło się na coś, co nie powinno w ogóle istnieć, a jednak jest, dokładnie tu, w tej chwili, i oddycha tym samym powietrzem. Jej oczy miały w sobie ten sam błysk, który pamiętałem sprzed lat, tylko że teraz był w nim ogień, którego wtedy jeszcze nie znałem.
Wszechświat dał nam drugą szansę? Brzmiało to absurdalnie, ale tak właśnie to czułem. To, że spotkaliśmy się ponownie - dwa razy - wydawało się zbyt precyzyjne, w czasie i przestrzeni, żeby nazwać to przypadkiem. Nie wierzyłem w przeznaczenia, figury na niebie ani wielkie układy sił, ale wierzyłem w ludzi - w to, jak reagują, gdy pojawia się ktoś, kto ma dla nich znaczenie. Ona miała, zawsze miała. To, co działo się między nami od kilku dni - rozmowy, milczenia, półsłówka, spojrzenia, otwarte rozmowy, dotyk - to wszystko prowadziło nas tutaj. A to, co wydarzyło się w nocy, było tylko kolejnym krokiem. Nie jedynym, nie najważniejszym, ale nieprzypadkowym.
Od początku była ze mną szczera, pokazywała mi wszystko, nawet to, co uważała za swoje „dziwactwa”. Zabawne - nigdy nie odbierałem ich jako czegoś dziwnego, dla mnie były… Nią - cechą charakterystyczną, jak odcisk palca.
Parsknięcie, kiedy rzuciłem o tej mojej „potencji”, było warte każdej zaczepki. Zmrużyłem oczy, bo to jej niewinne spojrzenie znałem aż za dobrze.
- Ach, czyli tak? - Odpowiedziałem, unosząc brwi. - Ploponujesz jakieś ślodki zaladcze? Boję się zapytaś, jak baldzo dlastyszne. - Mruknąłem. - Myślałem, sze chcesz ją wykoszystaś, nie zwalczaś. - Cmoknąłem z niedowierzaniem, sunąc spojrzeniem w zrozumiałym kierunku, wymownie unosząc brwi - wolałbym raczej nie pozbawiać świata, ani nas, akurat tej mojej zalety. Największej, jaką miałem, patrząc na to, jak kształtował się mój charakter. No, nie było łatwo, ale już to przecież wiedziała - prawda?
Uśmiech, którym mnie obdarzyła, był dokładnie tym rodzajem uśmiechu, który od lat działał mi na nerwy i na klatkę piersiową jednocześnie - ta mieszanka niewinności i absolutnej świadomości tego, co robiła, potrafiła rozbroić, zanim człowiek zdążył się zorientować, że właśnie był atakowany.
Przez chwilę byliśmy zanurzeni w lekkiej, niemal żartobliwej atmosferze, a potem pojawiło się to - daty, zdania, które nie mogły tam być wcześniej.
Kiedy Prue przełączała się na tryb działania, nie było sensu jej zatrzymywać. Kiedyś, dawno temu, jeszcze zanim dorosłość postanowiła nas zniszczyć, też miała w sobie ten błysk - ten, który mówił, że nie odpuści, dopóki nie dowie się wszystkiego. Wtedy byłem tylko chłopakiem, który starał się za nią nadążyć. Teraz znów nim byłem. Znałem ją, każdy grymas, każdy gest, każdy sposób, w jaki przewracała oczami, gdy próbowałem być zabawny, a jednak teraz miałem wrażenie, że patrzę na nią po raz pierwszy.
Kiedy była dzieckiem, miała w sobie tę samą nieugiętość, potrafiła spalić świat jednym spojrzeniem, a ja - cóż - zawsze byłem tym, który podsuwał jej zapałki. Wtedy to było proste, teraz… Teraz było o wiele trudniej, bo to już nie była tylko Prue - to było coś więcej. Była piękna w ten spokojny, niebezpieczny sposób, nie jak ktoś, kto próbuje kusić - jak ktoś, kto wie, czym gra, jakie karty ma w dłoni, czasami nawet przed tym, zanim na nie spojrzy.
Miałem wrażenie, że świat zwolnił, a wszystko inne przestało istnieć. Tylko ona i ten cholerny notes, który stał się teraz jakimś łącznikiem między tym, co było, a tym, co dopiero miało nadejść. Wiedziałem, dlaczego to robiła, nie musiała mi tłumaczyć. Zawsze próbowała coś naprawić, coś zrozumieć, coś ocalić. A teraz chciała zrobić to dla mnie. Nie byłem w stanie jej tego zabronić, nigdy bym nie potrafił, chociaż to też nie było dla mnie normalne zachowanie.
Spojrzałem na nią - na tę dziewczynę, która kiedyś rzucała we mnie książkami, a teraz siedziała naga w kręgu świec, z magią pulsującą w dłoniach. Światło świec odbijało się w jej włosach, na policzkach, rzucając na nie cienie ciemnych, długich rzęs, w każdym drobnym ruchu dłoni - w jednej z nich trzymała ten przeklęty notes, a jej palce poruszały się po nim delikatnie. Nie odwracałem wzroku - nie potrafiłem. Czekałem.
Wszechświat dał nam drugą szansę? Brzmiało to absurdalnie, ale tak właśnie to czułem. To, że spotkaliśmy się ponownie - dwa razy - wydawało się zbyt precyzyjne, w czasie i przestrzeni, żeby nazwać to przypadkiem. Nie wierzyłem w przeznaczenia, figury na niebie ani wielkie układy sił, ale wierzyłem w ludzi - w to, jak reagują, gdy pojawia się ktoś, kto ma dla nich znaczenie. Ona miała, zawsze miała. To, co działo się między nami od kilku dni - rozmowy, milczenia, półsłówka, spojrzenia, otwarte rozmowy, dotyk - to wszystko prowadziło nas tutaj. A to, co wydarzyło się w nocy, było tylko kolejnym krokiem. Nie jedynym, nie najważniejszym, ale nieprzypadkowym.
Od początku była ze mną szczera, pokazywała mi wszystko, nawet to, co uważała za swoje „dziwactwa”. Zabawne - nigdy nie odbierałem ich jako czegoś dziwnego, dla mnie były… Nią - cechą charakterystyczną, jak odcisk palca.
Parsknięcie, kiedy rzuciłem o tej mojej „potencji”, było warte każdej zaczepki. Zmrużyłem oczy, bo to jej niewinne spojrzenie znałem aż za dobrze.
- Ach, czyli tak? - Odpowiedziałem, unosząc brwi. - Ploponujesz jakieś ślodki zaladcze? Boję się zapytaś, jak baldzo dlastyszne. - Mruknąłem. - Myślałem, sze chcesz ją wykoszystaś, nie zwalczaś. - Cmoknąłem z niedowierzaniem, sunąc spojrzeniem w zrozumiałym kierunku, wymownie unosząc brwi - wolałbym raczej nie pozbawiać świata, ani nas, akurat tej mojej zalety. Największej, jaką miałem, patrząc na to, jak kształtował się mój charakter. No, nie było łatwo, ale już to przecież wiedziała - prawda?
Uśmiech, którym mnie obdarzyła, był dokładnie tym rodzajem uśmiechu, który od lat działał mi na nerwy i na klatkę piersiową jednocześnie - ta mieszanka niewinności i absolutnej świadomości tego, co robiła, potrafiła rozbroić, zanim człowiek zdążył się zorientować, że właśnie był atakowany.
Przez chwilę byliśmy zanurzeni w lekkiej, niemal żartobliwej atmosferze, a potem pojawiło się to - daty, zdania, które nie mogły tam być wcześniej.
Kiedy Prue przełączała się na tryb działania, nie było sensu jej zatrzymywać. Kiedyś, dawno temu, jeszcze zanim dorosłość postanowiła nas zniszczyć, też miała w sobie ten błysk - ten, który mówił, że nie odpuści, dopóki nie dowie się wszystkiego. Wtedy byłem tylko chłopakiem, który starał się za nią nadążyć. Teraz znów nim byłem. Znałem ją, każdy grymas, każdy gest, każdy sposób, w jaki przewracała oczami, gdy próbowałem być zabawny, a jednak teraz miałem wrażenie, że patrzę na nią po raz pierwszy.
Kiedy była dzieckiem, miała w sobie tę samą nieugiętość, potrafiła spalić świat jednym spojrzeniem, a ja - cóż - zawsze byłem tym, który podsuwał jej zapałki. Wtedy to było proste, teraz… Teraz było o wiele trudniej, bo to już nie była tylko Prue - to było coś więcej. Była piękna w ten spokojny, niebezpieczny sposób, nie jak ktoś, kto próbuje kusić - jak ktoś, kto wie, czym gra, jakie karty ma w dłoni, czasami nawet przed tym, zanim na nie spojrzy.
Miałem wrażenie, że świat zwolnił, a wszystko inne przestało istnieć. Tylko ona i ten cholerny notes, który stał się teraz jakimś łącznikiem między tym, co było, a tym, co dopiero miało nadejść. Wiedziałem, dlaczego to robiła, nie musiała mi tłumaczyć. Zawsze próbowała coś naprawić, coś zrozumieć, coś ocalić. A teraz chciała zrobić to dla mnie. Nie byłem w stanie jej tego zabronić, nigdy bym nie potrafił, chociaż to też nie było dla mnie normalne zachowanie.
Spojrzałem na nią - na tę dziewczynę, która kiedyś rzucała we mnie książkami, a teraz siedziała naga w kręgu świec, z magią pulsującą w dłoniach. Światło świec odbijało się w jej włosach, na policzkach, rzucając na nie cienie ciemnych, długich rzęs, w każdym drobnym ruchu dłoni - w jednej z nich trzymała ten przeklęty notes, a jej palce poruszały się po nim delikatnie. Nie odwracałem wzroku - nie potrafiłem. Czekałem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)