21.11.2025, 01:41 ✶
Zacząłem przyspieszać, zanim w ogóle uświadomiłem sobie, że to robię. Padało wciąż tak, jakby niebo miało nas oboje ukarać za każde słowo, które wypowiadaliśmy za głośno, za szczerze, za bardzo z bliska. Słuchałem jej i z każdą kolejną uwagą miałem wrażenie, że coś się we mnie coraz bardziej otwierało, ale nie po to, żeby wpuścić powietrze - po to, żeby się jeszcze raz rozbabrać. Nie wiedziałem, czy to ten jebany upadek z balkoniku dla liliputów, czy noc. Zerknąłem na nią krótko, bokiem, jak ktoś, kto nie chciał sprawdzać, czy wyraz twarzy interlokutora to litość czy szok. Chyba naprawdę musiałem się pierdolnąć w ten beton mocniej, niż myślałem.
- No. Ja tesz bym się nie spodziewał, sze człowiek mose byś tak konsekwentnie głupi pszes tyle lat. - Prychnąłem przez szparę między zębami - zabolało. Ale fakt - tak to już wyglądało, myślisz, że coś zostało w przeszłości, a potem patrzysz komuś w oczy i nagle wszystko wraca, jakby ci ktoś otworzył klatkę z czymś, co trzymałeś na łańcuchu. Te kilkanaście lat temu byłem szczylem próbującym przetrwać w regułach, które były wymyślone dawno przed moim urodzeniem i będą obowiązywać jeszcze długo po mojej śmierci. Teraz byłem już po prostu skurwielem.
- Oczywiście. To była pielwsa osoba, pszy któlej poczułem cokolwiek sensownego. Zaleszało mi na niej. - Przyznałem. - Ale to nie lomantyczne, to szałosne. Nie będę sobie dopisywał lomantysznych chujoidei, tu tesz laskawie tego nie lób. Zatoczyłem takie koło, sze dopielo telas to widzę. I co s tego? - Przetarłem kark, jakbym chciał zetrzeć ten obrzydliwy ciężar wspomnień. Zatrzymałem się na ułamek sekundy, nie, żeby dramatyzować, tylko, żeby złapać równowagę, bo nagle zahuczało mi w głowie bardziej niż po upadku. Chciałbym, kurwa, jasne, że bym chciał, być kimś innym, ale nie potrafiłem. Nie umiałem budować tych rzeczy, których sam nigdy nie dostałem. Może nie byłem jak mój stary, może nie byłem jak ten drugi, który nawet nie próbował go zastąpić, ale to nie zmieniało faktu, że nie byłem też tym facetem, który stawiał białe płotki przy domku na przedmieściach i uczył dzieciaki puszczać bańki mydlane czy latać na miniaturowej miotełce, robiąc grilla co niedzielę, w sezonie oglądając rozgrywki Quidditcha, a jesienią grabiąc liście i paląc ogniska, by piec kiełbaski.
- Sun… Ona mnie nie kocha. Widzi we mnie tylko moszliwość, cień czegoś, co mogłoby kiedyś być doble, gdybym nie był tym, kim jestem. Nawet jeśli po latach mnie pszyjęła, to nie była miłość. To było… Poniekąd, no, sama to powiedziałaś. Ktoś wyjątkowy czasem chce pomóc temu, kto nigdy nie był wyjątkowy, za to zajebiście dobsze udawał. To wszystko. - Zaciągnąłem się powietrzem, które paliło mnie w gardle. Wystarczająco znałem rzeczywistość, żeby wiedzieć, że to, co mieliśmy, nie było tym, co sugerowała mi Geraldine - to był brak rozsądku, niedokończona historia, tęsknota do wspomnień, adrenalina, chemia ciała, wspólne traumy, potrzeba ucieczki… Wszystko, tylko nie miłość.
A potem wzięła mnie z flanki.
„Nie możesz tego zaakceptować co, że ktoś mógłby Cię kochać?”
Aż się skrzywiłem.
Miłość to było nie uczucie, które trafiało do takich jak ja, nie powinno być. My mieliśmy inne waluty. Wierność. Oddanie. Zazdrość. Pożądanie. Poświęcenie. Szaleństwo. Wszystko, co człowiek potrafił zamienić w nóż i trzymać go przy gardle - swoim lub tej drugiej osoby. Właśnie dlatego na ogół byliśmy rozdziałami w cudzych książkach, a nie całą historią.
- Nie, nie potlafię zaakceptowaś, sze ktoś mógłby mnie kochaś. - Powiedziałem całkiem nagle, ale szczerze, twardo, prosto, bez żadnej gardy, chociaż kątem oka widziałem, że to, co wcześniej mówiłem, wcale jej nie przekonało. Kopnąłem kamień spod stopy, zbyt mocno, wysyłając go w ciemność uliczki. - Bo nie kupuję bajek. - Nie powiedziałem tego ze smutkiem. Sunny przyjęła mnie, bo była dobra, była lepszym człowiekiem niż ja, bo chciała mi pomóc stanąć na nogi. Nie dlatego, że mnie kochała. Nie dlatego, że byłem kimś wartym kochania - tylko dlatego, że tacy jak ona zawsze ratują takich jak ja. Albo przynajmniej próbują to robić. Ona zasługiwała na kogoś, kto… Potrafił być normalny - tak, na kogoś normalnego, a nie gościa, który co najmniej raz na tydzień wracał obity jak mięso na kotlety i jeszcze uważał, że to było zajebiście ekscytujące.
- Dziesięś plocent gówna to nadal gówno. Nie będę wyskakiwał z gaci, sze to niby sukces. - Przetarłem złamany ząb językiem, aż zabolało.
Jej tekst o tym, iż nie mogłaby zabronić córce przyprowadzić takiego zięcia, sprawił, że obejrzałem się przez ramię, powoli, uważnie, jak ktoś, kto nie wierzył w ani jedno słowo. Przeszedłem przez kałużę, nie patrząc pod nogi.
- Jak będziesz tszymaś to dziecko w lamionach, a mose nawet wcześniej. - Powiedziałem cicho. - Zobaczysz, sze jest lósznica między teolią a instynktem. - Skwitowałem półszyderczym prychnięciem. - To nie mniemanie o sobie. To fakt. - Mruknąłem, nie patrząc jej w oczy. - Nie jestem stały w uczuciach, nigdy nie byłem. Jestem pojebany na poziomie fundamentów.
Szliśmy dalej, deszcz smagał mi twarz, a ja czułem się lżejszy o te słowa, choć powinny ciążyć, a kiedy powiedziała, że nie jestem złym człowiekiem… Coś we mnie drgnęło, gdzieś głęboko, ale od razu to zdławiłem. Deszcz lał się na mnie jakby ktoś otworzył w chmurach klapę od szamba, a ja szedłem przed siebie, coraz szybciej, coraz ostrzej. Zwolniłem dopiero po kilku następnych krokach, nie oglądając się, ale też nie zostawiając jej daleko za sobą, jakbym mimo wszystko pilnował, żeby nie została sama na ulicy w deszczu, skoro szliśmy razem.
- Nie jestem złym człowiekiem? - Powtórzyłem jej słowa, kręcąc głową. - Nie wiesz wszystkiego. - Wycedziłem. Szliśmy dalej, moknięcie robiło się absurdalne, wręcz komiczne, jakbyśmy trwali w jakiejś chorej sztuce teatralnej, w której światło nie gaśnie, dopóki bohater nie powie całej prawdy. - Chuja wiesz, a nie, co ja mam w ślodku. - Odpowiedziałem cicho, te słowa paliły gardło bardziej niż krew z przegryzionego języka. - Nie moszesz tego wiedzieś. To, sze jestem lojalny wobec palu osób, nie lobi ze mnie doblego człowieka. - Pokręciłem głową, krzywiąc się w czymś, co przypominało zwyrodniały uśmiech. - Za kilkanaście lat? - Prychnąłem cicho. - Za kilkanaście lat to albo nie będę szył, albo będę dokładnie taki, jak mówisz. Może będę zgorzkniałym skulwielem s jedną nogą w globie, ale przynajmniej nikomu nie loswalę szycia po dlodze. - Spojrzałem przed siebie, na ciemność zalaną deszczem. - To jedyna szecz, jaką mogę zlobiś dobsze. Może będę szałował, ale pszynajmniej nikomu nie wcisnę bajki o tym, aze mogę byś kimś, kim kulwa nie jestem. - Czułem, jak moje własne słowa rozlewały się po mnie ciężarem, który znałem aż za dobrze. Ten ciężar miał twarz człowieka, którego kiedyś nazwałem mentorem - człowieka, który był mi bliższy niż własny ojciec, ojczym, ktokolwiek - może właśnie dlatego tak łatwo było mi przerobić jego cień na własną przyszłość. Uczył mnie patrzeć na świat tak, jakbyśmy obaj stali na krawędzi, bo w gruncie rzeczy tak właśnie było - to pewnie właśnie takim człowiekiem miałem się stać od samego początku. Chuj mnie obchodziło, że niektórzy nie potrafili tego zrozumieć.
Szliśmy tak, ja kilka kroków przed nią, jak kretyn uciekający przed zdaniem, które już padło. Przyspieszyłem, bo miałem wrażenie, że jak zostanę obok niej o sekundę dłużej, to coś jeszcze się ze mnie wysypie, a już za dużo wysypałem, ale kiedy usłyszałem, że „zamiast mnie wypierdolić, przyjęła mnie z otwartymi ramionami”, coś we mnie znów drgnęło - ostatnia iskra, ostatni zgryz. Bo przecież wiedziałem - to, że ktoś ma do ciebie sentyment, bo gdzieś tam w głębi pamięta cię z czasów, kiedy byłeś tylko dzieciakiem, który rzucał kamykami do jeziora, a nie bombami w swoje życie, to nie jest miłość.
Geraldine próbowała dotrzymać mi kroku - zauważyłem to, oczywiście, reflektując się po chwili.
Zwalniamy, Benjy. Zwalniamy kurwa.
Zrobiłem to - zwolniłem minimalnie, jakby odruchowo.
- Pszygalnąś psa s ulicy tesz mosna s otwaltymi lamionami. - Rzuciłem bez odwracania głowy. Deszcz zmywał mi z twarzy to, czego nie chciałem pokazywać, krople mieszały się z oddechem, jakby noc robiła mi przysługę. - To jeszcze nie znaczy, sze się go kocha.
Skręciłem w prawo, tam, gdzie coś migało słabym, czerwonym światłem. Neonowy napis „DESCHIS”, ledwo trzymający się szyby, świecił krzywo, ale był - to to wystarczyło. W końcu się zatrzymałem - wreszcie - może dlatego, że bar po drugiej stronie ulicy kusił tym blaskiem, jak latarnia dla rozbitka. Och, idealnie. Najlepsze światełko w tunelu, jakie mogłem sobie wymarzyć. Odwróciłem się do Geraldine.
- To co - rzuciłem przez ramię, z tym najbardziej zmęczonym, lodowato sennym tonem na świecie - dasz mi wleszcie spokój? - To nie brzmiało jak prośba.
- No. Ja tesz bym się nie spodziewał, sze człowiek mose byś tak konsekwentnie głupi pszes tyle lat. - Prychnąłem przez szparę między zębami - zabolało. Ale fakt - tak to już wyglądało, myślisz, że coś zostało w przeszłości, a potem patrzysz komuś w oczy i nagle wszystko wraca, jakby ci ktoś otworzył klatkę z czymś, co trzymałeś na łańcuchu. Te kilkanaście lat temu byłem szczylem próbującym przetrwać w regułach, które były wymyślone dawno przed moim urodzeniem i będą obowiązywać jeszcze długo po mojej śmierci. Teraz byłem już po prostu skurwielem.
- Oczywiście. To była pielwsa osoba, pszy któlej poczułem cokolwiek sensownego. Zaleszało mi na niej. - Przyznałem. - Ale to nie lomantyczne, to szałosne. Nie będę sobie dopisywał lomantysznych chujoidei, tu tesz laskawie tego nie lób. Zatoczyłem takie koło, sze dopielo telas to widzę. I co s tego? - Przetarłem kark, jakbym chciał zetrzeć ten obrzydliwy ciężar wspomnień. Zatrzymałem się na ułamek sekundy, nie, żeby dramatyzować, tylko, żeby złapać równowagę, bo nagle zahuczało mi w głowie bardziej niż po upadku. Chciałbym, kurwa, jasne, że bym chciał, być kimś innym, ale nie potrafiłem. Nie umiałem budować tych rzeczy, których sam nigdy nie dostałem. Może nie byłem jak mój stary, może nie byłem jak ten drugi, który nawet nie próbował go zastąpić, ale to nie zmieniało faktu, że nie byłem też tym facetem, który stawiał białe płotki przy domku na przedmieściach i uczył dzieciaki puszczać bańki mydlane czy latać na miniaturowej miotełce, robiąc grilla co niedzielę, w sezonie oglądając rozgrywki Quidditcha, a jesienią grabiąc liście i paląc ogniska, by piec kiełbaski.
- Sun… Ona mnie nie kocha. Widzi we mnie tylko moszliwość, cień czegoś, co mogłoby kiedyś być doble, gdybym nie był tym, kim jestem. Nawet jeśli po latach mnie pszyjęła, to nie była miłość. To było… Poniekąd, no, sama to powiedziałaś. Ktoś wyjątkowy czasem chce pomóc temu, kto nigdy nie był wyjątkowy, za to zajebiście dobsze udawał. To wszystko. - Zaciągnąłem się powietrzem, które paliło mnie w gardle. Wystarczająco znałem rzeczywistość, żeby wiedzieć, że to, co mieliśmy, nie było tym, co sugerowała mi Geraldine - to był brak rozsądku, niedokończona historia, tęsknota do wspomnień, adrenalina, chemia ciała, wspólne traumy, potrzeba ucieczki… Wszystko, tylko nie miłość.
A potem wzięła mnie z flanki.
„Nie możesz tego zaakceptować co, że ktoś mógłby Cię kochać?”
Aż się skrzywiłem.
Miłość to było nie uczucie, które trafiało do takich jak ja, nie powinno być. My mieliśmy inne waluty. Wierność. Oddanie. Zazdrość. Pożądanie. Poświęcenie. Szaleństwo. Wszystko, co człowiek potrafił zamienić w nóż i trzymać go przy gardle - swoim lub tej drugiej osoby. Właśnie dlatego na ogół byliśmy rozdziałami w cudzych książkach, a nie całą historią.
- Nie, nie potlafię zaakceptowaś, sze ktoś mógłby mnie kochaś. - Powiedziałem całkiem nagle, ale szczerze, twardo, prosto, bez żadnej gardy, chociaż kątem oka widziałem, że to, co wcześniej mówiłem, wcale jej nie przekonało. Kopnąłem kamień spod stopy, zbyt mocno, wysyłając go w ciemność uliczki. - Bo nie kupuję bajek. - Nie powiedziałem tego ze smutkiem. Sunny przyjęła mnie, bo była dobra, była lepszym człowiekiem niż ja, bo chciała mi pomóc stanąć na nogi. Nie dlatego, że mnie kochała. Nie dlatego, że byłem kimś wartym kochania - tylko dlatego, że tacy jak ona zawsze ratują takich jak ja. Albo przynajmniej próbują to robić. Ona zasługiwała na kogoś, kto… Potrafił być normalny - tak, na kogoś normalnego, a nie gościa, który co najmniej raz na tydzień wracał obity jak mięso na kotlety i jeszcze uważał, że to było zajebiście ekscytujące.
- Dziesięś plocent gówna to nadal gówno. Nie będę wyskakiwał z gaci, sze to niby sukces. - Przetarłem złamany ząb językiem, aż zabolało.
Jej tekst o tym, iż nie mogłaby zabronić córce przyprowadzić takiego zięcia, sprawił, że obejrzałem się przez ramię, powoli, uważnie, jak ktoś, kto nie wierzył w ani jedno słowo. Przeszedłem przez kałużę, nie patrząc pod nogi.
- Jak będziesz tszymaś to dziecko w lamionach, a mose nawet wcześniej. - Powiedziałem cicho. - Zobaczysz, sze jest lósznica między teolią a instynktem. - Skwitowałem półszyderczym prychnięciem. - To nie mniemanie o sobie. To fakt. - Mruknąłem, nie patrząc jej w oczy. - Nie jestem stały w uczuciach, nigdy nie byłem. Jestem pojebany na poziomie fundamentów.
Szliśmy dalej, deszcz smagał mi twarz, a ja czułem się lżejszy o te słowa, choć powinny ciążyć, a kiedy powiedziała, że nie jestem złym człowiekiem… Coś we mnie drgnęło, gdzieś głęboko, ale od razu to zdławiłem. Deszcz lał się na mnie jakby ktoś otworzył w chmurach klapę od szamba, a ja szedłem przed siebie, coraz szybciej, coraz ostrzej. Zwolniłem dopiero po kilku następnych krokach, nie oglądając się, ale też nie zostawiając jej daleko za sobą, jakbym mimo wszystko pilnował, żeby nie została sama na ulicy w deszczu, skoro szliśmy razem.
- Nie jestem złym człowiekiem? - Powtórzyłem jej słowa, kręcąc głową. - Nie wiesz wszystkiego. - Wycedziłem. Szliśmy dalej, moknięcie robiło się absurdalne, wręcz komiczne, jakbyśmy trwali w jakiejś chorej sztuce teatralnej, w której światło nie gaśnie, dopóki bohater nie powie całej prawdy. - Chuja wiesz, a nie, co ja mam w ślodku. - Odpowiedziałem cicho, te słowa paliły gardło bardziej niż krew z przegryzionego języka. - Nie moszesz tego wiedzieś. To, sze jestem lojalny wobec palu osób, nie lobi ze mnie doblego człowieka. - Pokręciłem głową, krzywiąc się w czymś, co przypominało zwyrodniały uśmiech. - Za kilkanaście lat? - Prychnąłem cicho. - Za kilkanaście lat to albo nie będę szył, albo będę dokładnie taki, jak mówisz. Może będę zgorzkniałym skulwielem s jedną nogą w globie, ale przynajmniej nikomu nie loswalę szycia po dlodze. - Spojrzałem przed siebie, na ciemność zalaną deszczem. - To jedyna szecz, jaką mogę zlobiś dobsze. Może będę szałował, ale pszynajmniej nikomu nie wcisnę bajki o tym, aze mogę byś kimś, kim kulwa nie jestem. - Czułem, jak moje własne słowa rozlewały się po mnie ciężarem, który znałem aż za dobrze. Ten ciężar miał twarz człowieka, którego kiedyś nazwałem mentorem - człowieka, który był mi bliższy niż własny ojciec, ojczym, ktokolwiek - może właśnie dlatego tak łatwo było mi przerobić jego cień na własną przyszłość. Uczył mnie patrzeć na świat tak, jakbyśmy obaj stali na krawędzi, bo w gruncie rzeczy tak właśnie było - to pewnie właśnie takim człowiekiem miałem się stać od samego początku. Chuj mnie obchodziło, że niektórzy nie potrafili tego zrozumieć.
Szliśmy tak, ja kilka kroków przed nią, jak kretyn uciekający przed zdaniem, które już padło. Przyspieszyłem, bo miałem wrażenie, że jak zostanę obok niej o sekundę dłużej, to coś jeszcze się ze mnie wysypie, a już za dużo wysypałem, ale kiedy usłyszałem, że „zamiast mnie wypierdolić, przyjęła mnie z otwartymi ramionami”, coś we mnie znów drgnęło - ostatnia iskra, ostatni zgryz. Bo przecież wiedziałem - to, że ktoś ma do ciebie sentyment, bo gdzieś tam w głębi pamięta cię z czasów, kiedy byłeś tylko dzieciakiem, który rzucał kamykami do jeziora, a nie bombami w swoje życie, to nie jest miłość.
Geraldine próbowała dotrzymać mi kroku - zauważyłem to, oczywiście, reflektując się po chwili.
Zwalniamy, Benjy. Zwalniamy kurwa.
Zrobiłem to - zwolniłem minimalnie, jakby odruchowo.
- Pszygalnąś psa s ulicy tesz mosna s otwaltymi lamionami. - Rzuciłem bez odwracania głowy. Deszcz zmywał mi z twarzy to, czego nie chciałem pokazywać, krople mieszały się z oddechem, jakby noc robiła mi przysługę. - To jeszcze nie znaczy, sze się go kocha.
Skręciłem w prawo, tam, gdzie coś migało słabym, czerwonym światłem. Neonowy napis „DESCHIS”, ledwo trzymający się szyby, świecił krzywo, ale był - to to wystarczyło. W końcu się zatrzymałem - wreszcie - może dlatego, że bar po drugiej stronie ulicy kusił tym blaskiem, jak latarnia dla rozbitka. Och, idealnie. Najlepsze światełko w tunelu, jakie mogłem sobie wymarzyć. Odwróciłem się do Geraldine.
- To co - rzuciłem przez ramię, z tym najbardziej zmęczonym, lodowato sennym tonem na świecie - dasz mi wleszcie spokój? - To nie brzmiało jak prośba.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)