22.11.2025, 05:09 ✶
Nie wiedziałem, kiedy dokładnie zacząłem nucić. Nie pamiętałem słów, melodii też nie do końca, ale brzmiało to jak coś między pijacką przyśpiewką, a zawodzeniem psa, którego ktoś nauczył przeklinać. „Mmmh-mm-hmm-tra-ta-taa-kuu-rwaaa”
- Mmmgnnn… M-mmmm… Szu-dszu-dszu… - Coś w ten deseń, mniej więcej poziom pięciolatka próbującego udawać orkiestrę. Nawet mnie to wkurwiało, a skoro mnie to wkurwiało, to wyobrażałem sobie, co czuła Geraldine.
Gerda. No, właśnie - Geraldine szła obok, potem już kilka kroków za mną, i wyglądała tak, jakby rozważała ewakuację, chociaż podejrzewałem, że gdyby miała przy sobie broń, to właśnie wkładała by w lufę naboje. Mogła mnie zostawić na pastwę losu i rumuńskich krawężników, ale nie zostawiła. Została, chociaż mogła zrobić w tył zwrot i udawać, że mnie nie zna. Trzymała się za mną jak cień, ktoś bardziej odpowiedzialny - to wkurwiało i cieszyło jednocześnie, ale ja byłem zbyt pijany, żeby to zrozumieć, więc zamieniło się to we mnie w jedno wielkie „głuhhh… dzię… yhm.” W pewnym momencie dorzuciłem do tego „mm-hmmm–ghhrrr”, co miało znaczyć, że przyjąłem jakieś tam informacje do wiadomości, ale mój mózg był zajęty próbą zsynchronizowania kroków z falującą ziemią.
„Musisz to się ogarnąć.” No, świetnie, kochałem takie rady, zwłaszcza od ludzi, którzy wypychali mnie przez balkony z troski.
- Hhhgghrrrn? - Zapytałem inteligentnie, bo w tej chwili to było maksimum moich możliwości. - Ja… - Zacząłem, ale wyszło bardziej jak „Jaaagh…”. - Jaaa… Ja się ogal… Ogarrr… Ogar… Mniam… - Odburknąłem, ale język mi się zaplątał w połowie słowa, jakby ktoś go przegryzł po drodze - no, całkiem ciekawe, kto i kiedy. - Patsz, patsz… Idę pszeciesz… Prrrooo… Ooo… Oooł kurwa.
Bo właśnie odbiłem się biodrem o murek - ten murek, swoją drogą, okazał się najlepszym przyjacielem tej nocy, dnia, nocy, dnio-nocy - stabilny, cichy, nie zadawał pytań. Kiedy zaczęła gadać o tym, że zauważyłem, że jest kobietą, miałem ochotę jej powiedzieć, że ja zawsze wiedziałem, że jest kobietą, ale alkohol spowodował, że mój język zrobił „g-gghhhh—szslwaaa”. Brzmiało to, jakby ktoś próbował odkręcić zardzewiały zawór, kluczem francuskim.
- Ja… L-lubię ją… No… Tak… No… Wiesz… - I zrobiłem ręką dziwny ruch w powietrzu. - Ona… No, ona… Ona jest…Ugh… Yhm… No… - Bełkot, czysty bełkot, ale szczery jak jasna cholera. Pstryknąłem palcami. - Słuchaj… Ja… Ją… No, kurw—no. Mmgh, ona jest… To nie to… To znaczy… Ja wiem… Ja wsystko wiem. - Och, Rumunio, czemu?
A wtedy Geraldine, jebana prowokatorka, zasugerowała mi jedno z najprostszych rozwiązań, a zrobiłem bardzo wymowne „ghhh…?” i spojrzałem na swoje ręce, jakbym sprawdzał, czy były zdolne do pisania - nie były, w ogóle nie były zdolne do niczego, poza trzymaniem mnie przy murku, który właśnie ratował mi życie. Mimo to zacząłem grzebać po kieszeniach, najpierw lewa - pusto. Prawa - scyzoryk, chusteczka, coś jak papierek po gumie do żucia, ale nie papier. Jeszcze druga wewnętrzna - nic, nawet pieprzonego paragonu.
- Hhhhh… - Wydałem z siebie, nie do końca wiedząc, co właściwie miało to znaczyć, ale brzmiało poważnie, to było mądre, a przynajmniej tak mi się wydawało - mieć świadomość własnych ograniczeń - pierwszy krok do… No, nie wiem, czegoś. Rozłożyłem dłonie, jakby to tłumaczyło wszystko - papier był podstawą, absolutną, fundamentalną. Bez papieru nie istniało nic, co można było wysłać, a ja nie zamierzałem pisać do Sun jakiegoś gównianego liściku na serwetce. Już raz to zrobiłem - co mi z tego wyszło? Ten list nadal spoczywał głęboko w kieszeni jakichś spodni, nawet jeśli był szczery, szczerszy niż ten, który ostatecznie do niej trafił.
A potem poddałem się grawitacji i własnej słabości.
Geraldine odwróciła głowę, ale na pewno nie zdążyła uciec od dźwięku. Zrobiłem to tak głośno, że kilka rumuńskich owiec odpowiedziało mi chórem, a ja sam przez sekundę myślałem, że umrę - przez następną, że umrzeć byłoby eleganckim rozwiązaniem.
-Huuuuee… Ughh… - To byłem ja.
- Chpfff… - To chyba też byłem ja.
Po wszystkim oparłem czoło o ten błogosławiony, zimny murek. Owca gdzieś w tle zrobiła „beeee”, co brzmiało jak komentarz - wyjątkowo pogardliwy. Zamknąłem oczy, spróbowałem skupić dwa działające neurony i złożyć z nich odpowiedź, która nie brzmiałaby jak modlitwa pijaka.
- Ge… Gee’l… - Wymamrotałem. - Potszebuję… Mmmllhgh… Potszebuję… - Wyprostowałem się odrobinę, spojrzałem w niebo, które było za jasne, za ostre, za rumuńskie. - Szeby ktoś… Mnie… Pszestał zostawiaś, kurwa. - Chyba właśnie pierwszy raz od kilku godzin powiedziałem coś całkiem trzeźwego, wiedziałem jednak, że właśnie zapisywała to sobie w głowie na potem. Na „Benjy, pamiętasz, co powiedziałeś?” Kurwa.
- Tszymaj… - Podałem jej rękę, trochę jak dziecko. - Bo… Bo ja…
Potrzebowałem czyjegoś ramienia. Musiałem zdobyć tę zajebaną pocztówkę i usiąść - w tej kolejności.
- Mmmgnnn… M-mmmm… Szu-dszu-dszu… - Coś w ten deseń, mniej więcej poziom pięciolatka próbującego udawać orkiestrę. Nawet mnie to wkurwiało, a skoro mnie to wkurwiało, to wyobrażałem sobie, co czuła Geraldine.
Gerda. No, właśnie - Geraldine szła obok, potem już kilka kroków za mną, i wyglądała tak, jakby rozważała ewakuację, chociaż podejrzewałem, że gdyby miała przy sobie broń, to właśnie wkładała by w lufę naboje. Mogła mnie zostawić na pastwę losu i rumuńskich krawężników, ale nie zostawiła. Została, chociaż mogła zrobić w tył zwrot i udawać, że mnie nie zna. Trzymała się za mną jak cień, ktoś bardziej odpowiedzialny - to wkurwiało i cieszyło jednocześnie, ale ja byłem zbyt pijany, żeby to zrozumieć, więc zamieniło się to we mnie w jedno wielkie „głuhhh… dzię… yhm.” W pewnym momencie dorzuciłem do tego „mm-hmmm–ghhrrr”, co miało znaczyć, że przyjąłem jakieś tam informacje do wiadomości, ale mój mózg był zajęty próbą zsynchronizowania kroków z falującą ziemią.
„Musisz to się ogarnąć.” No, świetnie, kochałem takie rady, zwłaszcza od ludzi, którzy wypychali mnie przez balkony z troski.
- Hhhgghrrrn? - Zapytałem inteligentnie, bo w tej chwili to było maksimum moich możliwości. - Ja… - Zacząłem, ale wyszło bardziej jak „Jaaagh…”. - Jaaa… Ja się ogal… Ogarrr… Ogar… Mniam… - Odburknąłem, ale język mi się zaplątał w połowie słowa, jakby ktoś go przegryzł po drodze - no, całkiem ciekawe, kto i kiedy. - Patsz, patsz… Idę pszeciesz… Prrrooo… Ooo… Oooł kurwa.
Bo właśnie odbiłem się biodrem o murek - ten murek, swoją drogą, okazał się najlepszym przyjacielem tej nocy, dnia, nocy, dnio-nocy - stabilny, cichy, nie zadawał pytań. Kiedy zaczęła gadać o tym, że zauważyłem, że jest kobietą, miałem ochotę jej powiedzieć, że ja zawsze wiedziałem, że jest kobietą, ale alkohol spowodował, że mój język zrobił „g-gghhhh—szslwaaa”. Brzmiało to, jakby ktoś próbował odkręcić zardzewiały zawór, kluczem francuskim.
- Ja… L-lubię ją… No… Tak… No… Wiesz… - I zrobiłem ręką dziwny ruch w powietrzu. - Ona… No, ona… Ona jest…Ugh… Yhm… No… - Bełkot, czysty bełkot, ale szczery jak jasna cholera. Pstryknąłem palcami. - Słuchaj… Ja… Ją… No, kurw—no. Mmgh, ona jest… To nie to… To znaczy… Ja wiem… Ja wsystko wiem. - Och, Rumunio, czemu?
A wtedy Geraldine, jebana prowokatorka, zasugerowała mi jedno z najprostszych rozwiązań, a zrobiłem bardzo wymowne „ghhh…?” i spojrzałem na swoje ręce, jakbym sprawdzał, czy były zdolne do pisania - nie były, w ogóle nie były zdolne do niczego, poza trzymaniem mnie przy murku, który właśnie ratował mi życie. Mimo to zacząłem grzebać po kieszeniach, najpierw lewa - pusto. Prawa - scyzoryk, chusteczka, coś jak papierek po gumie do żucia, ale nie papier. Jeszcze druga wewnętrzna - nic, nawet pieprzonego paragonu.
- Hhhhh… - Wydałem z siebie, nie do końca wiedząc, co właściwie miało to znaczyć, ale brzmiało poważnie, to było mądre, a przynajmniej tak mi się wydawało - mieć świadomość własnych ograniczeń - pierwszy krok do… No, nie wiem, czegoś. Rozłożyłem dłonie, jakby to tłumaczyło wszystko - papier był podstawą, absolutną, fundamentalną. Bez papieru nie istniało nic, co można było wysłać, a ja nie zamierzałem pisać do Sun jakiegoś gównianego liściku na serwetce. Już raz to zrobiłem - co mi z tego wyszło? Ten list nadal spoczywał głęboko w kieszeni jakichś spodni, nawet jeśli był szczery, szczerszy niż ten, który ostatecznie do niej trafił.
A potem poddałem się grawitacji i własnej słabości.
Geraldine odwróciła głowę, ale na pewno nie zdążyła uciec od dźwięku. Zrobiłem to tak głośno, że kilka rumuńskich owiec odpowiedziało mi chórem, a ja sam przez sekundę myślałem, że umrę - przez następną, że umrzeć byłoby eleganckim rozwiązaniem.
-Huuuuee… Ughh… - To byłem ja.
- Chpfff… - To chyba też byłem ja.
Po wszystkim oparłem czoło o ten błogosławiony, zimny murek. Owca gdzieś w tle zrobiła „beeee”, co brzmiało jak komentarz - wyjątkowo pogardliwy. Zamknąłem oczy, spróbowałem skupić dwa działające neurony i złożyć z nich odpowiedź, która nie brzmiałaby jak modlitwa pijaka.
- Ge… Gee’l… - Wymamrotałem. - Potszebuję… Mmmllhgh… Potszebuję… - Wyprostowałem się odrobinę, spojrzałem w niebo, które było za jasne, za ostre, za rumuńskie. - Szeby ktoś… Mnie… Pszestał zostawiaś, kurwa. - Chyba właśnie pierwszy raz od kilku godzin powiedziałem coś całkiem trzeźwego, wiedziałem jednak, że właśnie zapisywała to sobie w głowie na potem. Na „Benjy, pamiętasz, co powiedziałeś?” Kurwa.
- Tszymaj… - Podałem jej rękę, trochę jak dziecko. - Bo… Bo ja…
Potrzebowałem czyjegoś ramienia. Musiałem zdobyć tę zajebaną pocztówkę i usiąść - w tej kolejności.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)