22.11.2025, 18:53 ✶
Flint nie lubił robić ludziom problemów. Świadomość psucia komuś wolnego dnia własnym gapiostwem napełniłaby go pewnie uczuciem głębokiej irytacji, ale... prawda była taka, że tego typu sytuacje przydarzały mu się absurdalnie często. Można było powiedzieć, że przyciągał kłopoty i było w tym dużo racji – niewiele dziwnych zdarzeń, jakich doświadczył w ostatnim czasie, wynikało z gapiostwa lub nieuctwa. Jeżeli coś pożerało jego szare komórki, nie była to głupota, tylko narcyzm.
A w nic tak nie wierzył, jak w wolę boską.
Czyli co, to bogini zrzucała na niego te wszystkie trudy i czyniła go bezsprzecznie nieudacznikiem w tak wielu aspektach? Może. Ostatecznie lubiła robić wiele rzeczy, których nie dało się potraktować inaczej niż jako testu.
Chłopak leżał na tym bruku i wpatrywał się w nicość nieprzytomnie, zaplątany w pierwszych myślach po wybudzeniu tak, jak splątały mu się przydługie włosy po zetknięciu z twardym podłożem i kilku kompulsywnych ruchach świadczących o tym, że nie – nie umarł jeszcze – tylko ewidentnie coś nie tak z nim było. Ostatecznym potwierdzeniem był to, jak zacisnął palce na rękawie Cassandry, zmrużył oczy próbując dostrzec cokolwiek więcej niż sylwetkę z burzą falowanych włosów przykrywającą mu słońce i chlapnął:
– Vivianne...?
Uczynił to bardzo, ale to bardzo, ale to bardzo niewyraźnie. Pewnie by go kto wziął za portowego pijaczynę, co się tu zatoczył po zachlaniu mordy, gdyby go panna Cavendish wcześniej nie widziała i nie pochylała nad nim teraz, wyraźnie czując, że śmierdział co najwyżej pracą i tuszem, ale nie alkoholem czy inną trucizną odurzającą.
Minęło pięć długich sekund, nim te pukle ciemnych włosów nabrały w jego oczach rudej barwy. Flint plasnął dłonią o spocone czoło i sapnął.
– Wybacz, pomyliłem cię z kimś – rzucił, jakby to właśnie było teraz najważniejsze. Kompletnie nie było. Przejmował się jakimiś głupotami, a wciąż leżał na bruku Pokątnej i wątpliwe było, aby miał podnieść się o własnych siłach.
A w nic tak nie wierzył, jak w wolę boską.
Czyli co, to bogini zrzucała na niego te wszystkie trudy i czyniła go bezsprzecznie nieudacznikiem w tak wielu aspektach? Może. Ostatecznie lubiła robić wiele rzeczy, których nie dało się potraktować inaczej niż jako testu.
Chłopak leżał na tym bruku i wpatrywał się w nicość nieprzytomnie, zaplątany w pierwszych myślach po wybudzeniu tak, jak splątały mu się przydługie włosy po zetknięciu z twardym podłożem i kilku kompulsywnych ruchach świadczących o tym, że nie – nie umarł jeszcze – tylko ewidentnie coś nie tak z nim było. Ostatecznym potwierdzeniem był to, jak zacisnął palce na rękawie Cassandry, zmrużył oczy próbując dostrzec cokolwiek więcej niż sylwetkę z burzą falowanych włosów przykrywającą mu słońce i chlapnął:
– Vivianne...?
Uczynił to bardzo, ale to bardzo, ale to bardzo niewyraźnie. Pewnie by go kto wziął za portowego pijaczynę, co się tu zatoczył po zachlaniu mordy, gdyby go panna Cavendish wcześniej nie widziała i nie pochylała nad nim teraz, wyraźnie czując, że śmierdział co najwyżej pracą i tuszem, ale nie alkoholem czy inną trucizną odurzającą.
Minęło pięć długich sekund, nim te pukle ciemnych włosów nabrały w jego oczach rudej barwy. Flint plasnął dłonią o spocone czoło i sapnął.
– Wybacz, pomyliłem cię z kimś – rzucił, jakby to właśnie było teraz najważniejsze. Kompletnie nie było. Przejmował się jakimiś głupotami, a wciąż leżał na bruku Pokątnej i wątpliwe było, aby miał podnieść się o własnych siłach.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr