22.11.2025, 20:45 ✶
Czekałem długo, zbyt długo. Zbyt długo, jak na kogoś, kto miał już wszystkiego po kokardę. Mój kontrahent spóźniał się tak bardzo, że zdążyłem policzyć wszystkie pęknięcia w drewnianym blacie przede mną, każde odrapanie na ścianie, każdą parszywą chwilę, którą zmarnowałem w tym barze. Byłem tu tak długo, że zacząłem rozumieć, dlaczego niektórzy ludzie wykańczali swoich kontrahentów za spóźnienia - nie z powodu nieudanych interesów, złych intencji, tylko zwykłej ludzkiej irytacji. Siedziałem tam jak kretyn, wciśnięty w kąt, z torbą przy nodze, kluczykiem w dłoni, jakbym potrzebował talizmanu, żeby nie rozjebać się emocjonalnie na kawałki. A humor miałem… Właściwie żaden, nie - gorzej niż żaden, byłem tak mocno nie w sosie, że każdy oddech brzmiał jak zgrzyt. Whiskey zdążyła zwietrzeć, a ja - znienawidzić własne odbicie w jej powierzchni.
Za cholerę nie wiedziałem, co robiłem ze swoim życiem, to właśnie było najbardziej popierdolone, pierwszy raz od lat, bo ostatni raz czułem się tak chyba… Nie pamiętałem, kiedy - zawsze miałem wszystko mniej więcej pod kontrolą. Kontrakt tu, robota tam, przemyty, klątwy, pieprzony porządek w nieporządku. A teraz? Teraz siedziałem, jak idiota, w miejscu, gdzie nawet szczury w ścianach wiedziały lepiej, co mają robić. Właśnie to uczucie było najbardziej gówniane - ta świadomość, że przez długi czas wszystko miałem mniej więcej poukładane. Może nie normalne, nie w standardowy sposób, ale po swojemu - stabilne, zrozumiałe priorytety, a teraz byłem jak ten kluczyk, którym kręciłem między palcami - porysowany, zużyty, bez komfortowego miejsca, do którego faktycznie pasowałem. Nie żałowałem niczego - to akurat było prawdą, ale życie było łatwiejsze, kiedy trzymałem się mojego starego sposobu funkcjonowania - twardo, prosto, bez uczuć, bez prób naprawiania czegokolwiek, zwłaszcza siebie - tego, do którego prawdopodobnie powinienem wrócić, skoro nie dostałem odpowiedzi na żaden z listów. Szkoda tylko, że ta kartka…
No, właśnie. List napisałem najebany - to był pierwszy błąd. A wysłanie pocztówki, żeby się zrehabilitować - drugi, jeszcze większy. Co dostałem w zamian? Nic. Ani „pierdol się”, ani „zostaw mnie w spokoju”, ani jednego, pieprzonego słowa, którego można byłoby oczekiwać nawet po moim godnym pożałowania zachowaniu, skoro napisałem jej coś, na co wypadałoby odpowiedzieć… No - cokolwiek, ale w pewnym sensie, ta cisza była bardziej wymowna niż jakakolwiek odpowiedź, nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy miałem tę głupią, upartą myśl, że powinniśmy porozmawiać - powinienem, po prostu powinienem, bo tak było trzeba, ale przecież obiecałem się nie narzucać, jeśli nie będzie chciała. A wyglądało na to, że nie chciała - proste jak konstrukcja cepa.
Minuty zlewały się ze sobą, a tłum w barze gęstniał tak, jakby wszyscy przyszli tylko po to, żeby mnie dodatkowo wkurwić. Zerknąłem na drzwi - kontrahenta nie było, już dawno powinien tu być, jeśli w ogóle zamierzał się pojawić. Może coś go zatrzymało, może już nie żył, może nigdy nie planował przyjść - w gruncie rzeczy gówno mnie to obchodziło. Wreszcie westchnąłem, dopiłem ognistą jednym haustem - tak dużym, że poczułem ciepło aż do żołądka, i odsunąłem krzesło. Złapałem torbę, schowałem kluczyk do kieszeni, miałem dosyć - dosyć czekania, tego wieczoru, dosyć całego tego zasranego myślenia. Wstałem i ruszyłem w stronę wyjścia.
Elegancki mężczyzna nadal siedział nieopodal, nie spuszczając z ciebie wzroku, ale nie w sposób, który sprawiałby, że czułaś się jak zdobycz. On patrzył jak ktoś, kto oceniał przedmiot - rzadki, drogi, cenny, ale nie seksualnie, nie w ten tani, nokturnowy sposób. Kiedy wyniósł tamten lekki, niemal symboliczny toast, nie odwróciłaś wzroku - raczej zarejestrowałaś go z ostrożnością kogoś, kto doskonale wiedział, że takie gesty rzadko są przypadkowe. On również nie patrzył na ciebie jak ktoś, kto planuje tanie podrywy, wręcz przeciwnie, było w nim coś z człowieka, który wchodził do pokoju już po tym, jak ustalił wynik rozmowy. Nachylił się lekko do młodego barmana, który od razu pochylił się w odpowiedzi, z wyraźnym szacunkiem. Facet powiedział coś bardzo cicho, a barman skinął głową, jakby usłyszał instrukcję, którą musiał wykonać. I wtedy spojrzenie mężczyzny wróciło do ciebie. Nie zmrużył oczu, nie uśmiechnął się, nie wykonał żadnej miny. Wyglądało to tak, jakby oceniał, czy jesteś właściwą osobą, jak gdyby coś w twoim wyrazie twarzy potwierdziło mu to, co już przypuszczał.
Wreszcie się odezwał - w jeden z najbardziej nieoczekiwanych sposobów, w jaki mógł to zrobić, chociaż na Nokturnie raczej nic nie powinno cię dziwić.
- Wydajesz się kimś, kto nie bywa tu przypadkiem. - Jego głos był niski, równy, pozbawiony uśmiechu. Nie zbliżył się - nie musiał, miał tę cholerna umiejętność wypełniania przestrzeni, nawet siedząc - mówił… Na odległość. To brzmiało, jakby jego głos trafiał bezpośrednio do twojego ucha, nawet jeśli elegancik nie poruszał ustami. - Choć… - Przechylił lekko głowę, jakby przyglądał się dziełu sztuki. - W twoim przypadku bardziej zastanawiające jest to, czego szukasz, nie wyglądasz na kogoś, kto przyszedł po alkohol.
Spojrzenia innych ludzi nie istniały. Tłum nie istniał. Byliście tylko wy dwoje, a on mówił dalej, jakby otwierał rozmowę, która i tak miała się wydarzyć:
- Jeśli zechcesz, mogę ci pomóc znaleźć to, po co przyszłaś. - Ton nie sugerował flirtu, sugerował transakcję.
Za cholerę nie wiedziałem, co robiłem ze swoim życiem, to właśnie było najbardziej popierdolone, pierwszy raz od lat, bo ostatni raz czułem się tak chyba… Nie pamiętałem, kiedy - zawsze miałem wszystko mniej więcej pod kontrolą. Kontrakt tu, robota tam, przemyty, klątwy, pieprzony porządek w nieporządku. A teraz? Teraz siedziałem, jak idiota, w miejscu, gdzie nawet szczury w ścianach wiedziały lepiej, co mają robić. Właśnie to uczucie było najbardziej gówniane - ta świadomość, że przez długi czas wszystko miałem mniej więcej poukładane. Może nie normalne, nie w standardowy sposób, ale po swojemu - stabilne, zrozumiałe priorytety, a teraz byłem jak ten kluczyk, którym kręciłem między palcami - porysowany, zużyty, bez komfortowego miejsca, do którego faktycznie pasowałem. Nie żałowałem niczego - to akurat było prawdą, ale życie było łatwiejsze, kiedy trzymałem się mojego starego sposobu funkcjonowania - twardo, prosto, bez uczuć, bez prób naprawiania czegokolwiek, zwłaszcza siebie - tego, do którego prawdopodobnie powinienem wrócić, skoro nie dostałem odpowiedzi na żaden z listów. Szkoda tylko, że ta kartka…
No, właśnie. List napisałem najebany - to był pierwszy błąd. A wysłanie pocztówki, żeby się zrehabilitować - drugi, jeszcze większy. Co dostałem w zamian? Nic. Ani „pierdol się”, ani „zostaw mnie w spokoju”, ani jednego, pieprzonego słowa, którego można byłoby oczekiwać nawet po moim godnym pożałowania zachowaniu, skoro napisałem jej coś, na co wypadałoby odpowiedzieć… No - cokolwiek, ale w pewnym sensie, ta cisza była bardziej wymowna niż jakakolwiek odpowiedź, nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy miałem tę głupią, upartą myśl, że powinniśmy porozmawiać - powinienem, po prostu powinienem, bo tak było trzeba, ale przecież obiecałem się nie narzucać, jeśli nie będzie chciała. A wyglądało na to, że nie chciała - proste jak konstrukcja cepa.
Minuty zlewały się ze sobą, a tłum w barze gęstniał tak, jakby wszyscy przyszli tylko po to, żeby mnie dodatkowo wkurwić. Zerknąłem na drzwi - kontrahenta nie było, już dawno powinien tu być, jeśli w ogóle zamierzał się pojawić. Może coś go zatrzymało, może już nie żył, może nigdy nie planował przyjść - w gruncie rzeczy gówno mnie to obchodziło. Wreszcie westchnąłem, dopiłem ognistą jednym haustem - tak dużym, że poczułem ciepło aż do żołądka, i odsunąłem krzesło. Złapałem torbę, schowałem kluczyk do kieszeni, miałem dosyć - dosyć czekania, tego wieczoru, dosyć całego tego zasranego myślenia. Wstałem i ruszyłem w stronę wyjścia.
Elegancki mężczyzna nadal siedział nieopodal, nie spuszczając z ciebie wzroku, ale nie w sposób, który sprawiałby, że czułaś się jak zdobycz. On patrzył jak ktoś, kto oceniał przedmiot - rzadki, drogi, cenny, ale nie seksualnie, nie w ten tani, nokturnowy sposób. Kiedy wyniósł tamten lekki, niemal symboliczny toast, nie odwróciłaś wzroku - raczej zarejestrowałaś go z ostrożnością kogoś, kto doskonale wiedział, że takie gesty rzadko są przypadkowe. On również nie patrzył na ciebie jak ktoś, kto planuje tanie podrywy, wręcz przeciwnie, było w nim coś z człowieka, który wchodził do pokoju już po tym, jak ustalił wynik rozmowy. Nachylił się lekko do młodego barmana, który od razu pochylił się w odpowiedzi, z wyraźnym szacunkiem. Facet powiedział coś bardzo cicho, a barman skinął głową, jakby usłyszał instrukcję, którą musiał wykonać. I wtedy spojrzenie mężczyzny wróciło do ciebie. Nie zmrużył oczu, nie uśmiechnął się, nie wykonał żadnej miny. Wyglądało to tak, jakby oceniał, czy jesteś właściwą osobą, jak gdyby coś w twoim wyrazie twarzy potwierdziło mu to, co już przypuszczał.
Wreszcie się odezwał - w jeden z najbardziej nieoczekiwanych sposobów, w jaki mógł to zrobić, chociaż na Nokturnie raczej nic nie powinno cię dziwić.
- Wydajesz się kimś, kto nie bywa tu przypadkiem. - Jego głos był niski, równy, pozbawiony uśmiechu. Nie zbliżył się - nie musiał, miał tę cholerna umiejętność wypełniania przestrzeni, nawet siedząc - mówił… Na odległość. To brzmiało, jakby jego głos trafiał bezpośrednio do twojego ucha, nawet jeśli elegancik nie poruszał ustami. - Choć… - Przechylił lekko głowę, jakby przyglądał się dziełu sztuki. - W twoim przypadku bardziej zastanawiające jest to, czego szukasz, nie wyglądasz na kogoś, kto przyszedł po alkohol.
Spojrzenia innych ludzi nie istniały. Tłum nie istniał. Byliście tylko wy dwoje, a on mówił dalej, jakby otwierał rozmowę, która i tak miała się wydarzyć:
- Jeśli zechcesz, mogę ci pomóc znaleźć to, po co przyszłaś. - Ton nie sugerował flirtu, sugerował transakcję.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)