22.11.2025, 21:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2025, 21:39 przez Benjy Fenwick.)
Geraldine była cierpliwa, za cierpliwa, patrzyła na mnie tak, jak się patrzyło na wielkiego psa, który właśnie połknął coś, czego nie powinien, i teraz trzeba było mu pomóc to przeżyć. A ja… Mówiłem… Duuużo mówiłem, za dużo, bełkotałem, ale prawda wylewała się ze mnie jak bardziej zdatna do użytku wersja rzygania - to, nie wymioty, chyba najbardziej mnie przerażało. Chciałem jej powiedzieć, żeby mnie zostawiła, bo dam radę, kurwa, ja zawsze „dam radę” - zawsze. Tyle że powiedziałem:
- Ja nie… Nie wyjeb… Nie wyjebę się… Ooobiecuję… - Miałem ochotę jej odpowiedzieć, że przecież idę prosto, byłem na dobrej drodze do odzyskania równowagi, tylko świat jest krzywy i nieprzystępny, ale język odmówił współpracy. Nie wiedziałem, jak ona to robiła - miała w sobie tyle spokoju, patrząc na mnie w takim stanie, podczas gdy ja sam nie mogłem na siebie patrzeć. Gdybym miał lustro, pewnie bym je wypierdolił w krzaki, żeby mnie nie prowokowało, ale Geraldine patrzyła, cierpliwie, za długo, jak na normalnego człowieka. A ja, chwiejąc się jak żagiel w burzy, czułem się… Trochę jak gówniarz, trochę jak wrak. Odchyliłem się, próbując ratować równowagę - moje ramiona poszły na boki, nogi chciały uciec w różne kierunki, a ja wyprodukowałem z siebie dźwięk, który brzmiał jak „oooOOOpph” połączone z „fuuuh”. Tak - wbrew prawom fizyki, NIE pierdolnąłem o ziemię, co uznałem za sukces, spory. Nie wiedziałem, gdzie dokładnie był ten moment, kiedy przestałem kontrolować cokolwiek - wydawało mi się, że to było gdzieś między pierwszym uderzeniem zimnego powietrza w pysk a jej komentarzem o tym, że „prosto” nie wygląda jak prosto. Parę sekund później już nie wiedziałem, co jest górą, co dołem, a co jest moją własną nogą, o którą się potknąłem.
Ale najgorsze nie były nogi - najgorsze było mówienie, coś we mnie pękło i nagle wszystko zaczęło wychodzić. Ja naprawdę chciałem, żeby to było poważne - by nie wyglądało jak pijacki wybryk, aby miało… Wagę, nawet jeśli ja w tym momencie ważyłem głównie tyle, ile moje poczucie winy.
- Powaszany papiel… - Powtórzyłem, starając się brzmieć jak człowiek, który wiedział, czego chce, chociaż z pewnością widziała, że mój mózg zaczynał pracować w tempie dial-upu. - Bo… Ja to napiszę powasznie. To musi wyglądaś jak… Jak człowiek… By… Napisał… - Wybełkotałem i, o dziwo, Geraldine chyba nie parsknęła śmiechem na to „człowiek”, albo po prostu nie zwróciłem na to uwagi między dźwiękami szurania moich ciężkich butów o żużel, a potem bardzo gwałtownych wymiotów. Miała szczęście, że celowałem w mur, nie w jej buty - fakt, szczególnie gdy nie mogła się za bardzo odsunąć. A potem… Potem poczułem jej rękę na mojej głowie - odruchowo chciałem się wycofać, nie lubiłem, kiedy ktoś mnie dotykał tam, gdzie robiłem się nerwowy. Zawsze mnie to doprowadzało do szału, bo nie lubiłem, gdy ktoś pchał mi palce we włosy, ale teraz… Ten cholerny kosmyk spadał mi w oczy i ja nie miałem siły, żeby go odgarnąć. Uniosłem na nią zamglony wzrok - widziałem tylko, jak jej ręka szła do mojej głowy, jak ściągała te pasma, związywała he gumką - nieudolnie, krzywo, ale wystarczająco, żeby mi nie latały po ryju. Zacisnąłem szczękę, żeby nie powiedzieć czegoś głupiego. Jęknąłem tylko, ciężko wzdychając, ale bardziej w sensie „czemu ty to robisz dla mnie”.
- BLRRGH—khuuRRR. - Chciałem jej powiedzieć, że szczęście nie dotyczyło takich jak ja, ale byłem zbyt zajęty walczeniem o życie - kolejny raz. Głośniej, z żałosnym pogłosem. Chciałem jej również odpłacić jakąś wdzięcznością za to, co dla mnie robiła, ale zamiast tego moje ciało dało sygnał ostrzegawczy - ta fala gorąca, ten znajomy ścisk, to „o nie”. Zgięło mnie, ale przynajmniej tym razem nie miałem już włosów w ustach. Związała je tak krzywo, że musiałem wyglądać jak skończony debil, złapała niektóre pasma, inne zostały na policzkach, ale nagle mogłem oddychać. Walczyłem z tym, żeby nie rzygnąć po raz kolejny, szczególnie jej na włosy czy sweter, ale walka była krótkotrwała. Pytanie o pojemność mojego żołądka było jak najbardziej zasadne.
- Ja pieeerdooo… - Było ostatnim, co wyszeptałem - trzeci, a może czwarty raz, zwracając alkohol i treści żołądkowe, nie liczyłem. Nie miałem, czym liczyć - moje synapsy dawno się poprzepalały. Otarłem usta wierzchem dłoni, czując drżenie całego ciała, ramiona miałem ciężkie jak beton, kolana miękkie jak gówno, głowę pulsującą, włosy spięte krzywo, boleśnie, ale dzięki Merlinowi - spięte.
- T-to… Chyba… Na tyle… - Głos mi się załamał, czknąłem, ale nie poszła za tym fala wymiotów. - Ja jusz… Kulwa… Nie mam… Nic więcej w sobie…
I choć wiedziałem, że to nieprawda, że jeszcze niejedno we mnie zostało, rzyganie na teraz chyba się skończyło. Geraldine wyglądała tak, jakby modliła się, żeby jej buty przeżyły, ale została, nie rzuciła mnie na ziemię, nie uciekła. Ruszyliśmy dalej, chociaż bardziej to ona mnie ruszyła niż ja ruszyłem siebie - ciężar mojego ciała spoczął na jej ramieniu, nawet jeśli była w wyjątkowo dobrej kondycji fizycznej, samą wagą, mogłem ją połamać bez wysiłku, gdybym się przewrócił, ale trzymała mnie, uparta cholera.
- Ja nie… Nie wyjeb… Nie wyjebę się… Ooobiecuję… - Miałem ochotę jej odpowiedzieć, że przecież idę prosto, byłem na dobrej drodze do odzyskania równowagi, tylko świat jest krzywy i nieprzystępny, ale język odmówił współpracy. Nie wiedziałem, jak ona to robiła - miała w sobie tyle spokoju, patrząc na mnie w takim stanie, podczas gdy ja sam nie mogłem na siebie patrzeć. Gdybym miał lustro, pewnie bym je wypierdolił w krzaki, żeby mnie nie prowokowało, ale Geraldine patrzyła, cierpliwie, za długo, jak na normalnego człowieka. A ja, chwiejąc się jak żagiel w burzy, czułem się… Trochę jak gówniarz, trochę jak wrak. Odchyliłem się, próbując ratować równowagę - moje ramiona poszły na boki, nogi chciały uciec w różne kierunki, a ja wyprodukowałem z siebie dźwięk, który brzmiał jak „oooOOOpph” połączone z „fuuuh”. Tak - wbrew prawom fizyki, NIE pierdolnąłem o ziemię, co uznałem za sukces, spory. Nie wiedziałem, gdzie dokładnie był ten moment, kiedy przestałem kontrolować cokolwiek - wydawało mi się, że to było gdzieś między pierwszym uderzeniem zimnego powietrza w pysk a jej komentarzem o tym, że „prosto” nie wygląda jak prosto. Parę sekund później już nie wiedziałem, co jest górą, co dołem, a co jest moją własną nogą, o którą się potknąłem.
Ale najgorsze nie były nogi - najgorsze było mówienie, coś we mnie pękło i nagle wszystko zaczęło wychodzić. Ja naprawdę chciałem, żeby to było poważne - by nie wyglądało jak pijacki wybryk, aby miało… Wagę, nawet jeśli ja w tym momencie ważyłem głównie tyle, ile moje poczucie winy.
- Powaszany papiel… - Powtórzyłem, starając się brzmieć jak człowiek, który wiedział, czego chce, chociaż z pewnością widziała, że mój mózg zaczynał pracować w tempie dial-upu. - Bo… Ja to napiszę powasznie. To musi wyglądaś jak… Jak człowiek… By… Napisał… - Wybełkotałem i, o dziwo, Geraldine chyba nie parsknęła śmiechem na to „człowiek”, albo po prostu nie zwróciłem na to uwagi między dźwiękami szurania moich ciężkich butów o żużel, a potem bardzo gwałtownych wymiotów. Miała szczęście, że celowałem w mur, nie w jej buty - fakt, szczególnie gdy nie mogła się za bardzo odsunąć. A potem… Potem poczułem jej rękę na mojej głowie - odruchowo chciałem się wycofać, nie lubiłem, kiedy ktoś mnie dotykał tam, gdzie robiłem się nerwowy. Zawsze mnie to doprowadzało do szału, bo nie lubiłem, gdy ktoś pchał mi palce we włosy, ale teraz… Ten cholerny kosmyk spadał mi w oczy i ja nie miałem siły, żeby go odgarnąć. Uniosłem na nią zamglony wzrok - widziałem tylko, jak jej ręka szła do mojej głowy, jak ściągała te pasma, związywała he gumką - nieudolnie, krzywo, ale wystarczająco, żeby mi nie latały po ryju. Zacisnąłem szczękę, żeby nie powiedzieć czegoś głupiego. Jęknąłem tylko, ciężko wzdychając, ale bardziej w sensie „czemu ty to robisz dla mnie”.
- BLRRGH—khuuRRR. - Chciałem jej powiedzieć, że szczęście nie dotyczyło takich jak ja, ale byłem zbyt zajęty walczeniem o życie - kolejny raz. Głośniej, z żałosnym pogłosem. Chciałem jej również odpłacić jakąś wdzięcznością za to, co dla mnie robiła, ale zamiast tego moje ciało dało sygnał ostrzegawczy - ta fala gorąca, ten znajomy ścisk, to „o nie”. Zgięło mnie, ale przynajmniej tym razem nie miałem już włosów w ustach. Związała je tak krzywo, że musiałem wyglądać jak skończony debil, złapała niektóre pasma, inne zostały na policzkach, ale nagle mogłem oddychać. Walczyłem z tym, żeby nie rzygnąć po raz kolejny, szczególnie jej na włosy czy sweter, ale walka była krótkotrwała. Pytanie o pojemność mojego żołądka było jak najbardziej zasadne.
- Ja pieeerdooo… - Było ostatnim, co wyszeptałem - trzeci, a może czwarty raz, zwracając alkohol i treści żołądkowe, nie liczyłem. Nie miałem, czym liczyć - moje synapsy dawno się poprzepalały. Otarłem usta wierzchem dłoni, czując drżenie całego ciała, ramiona miałem ciężkie jak beton, kolana miękkie jak gówno, głowę pulsującą, włosy spięte krzywo, boleśnie, ale dzięki Merlinowi - spięte.
- T-to… Chyba… Na tyle… - Głos mi się załamał, czknąłem, ale nie poszła za tym fala wymiotów. - Ja jusz… Kulwa… Nie mam… Nic więcej w sobie…
I choć wiedziałem, że to nieprawda, że jeszcze niejedno we mnie zostało, rzyganie na teraz chyba się skończyło. Geraldine wyglądała tak, jakby modliła się, żeby jej buty przeżyły, ale została, nie rzuciła mnie na ziemię, nie uciekła. Ruszyliśmy dalej, chociaż bardziej to ona mnie ruszyła niż ja ruszyłem siebie - ciężar mojego ciała spoczął na jej ramieniu, nawet jeśli była w wyjątkowo dobrej kondycji fizycznej, samą wagą, mogłem ją połamać bez wysiłku, gdybym się przewrócił, ale trzymała mnie, uparta cholera.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)