23.11.2025, 20:18 ✶
Peregrinus, jej złoty chłopiec, ukochany kuzyn. Idealista. Oczywiście, że nie był wojownikiem, oczywiście, że Śmierciożercy byli cholernie niebezpiecznie i nie zamierzałaby narażać go. Ale Spalona noc... Morpheus przewidział pożar, może gdyby pomagał mu ktoś bardziej kompetentny niż ona? Byli bandą ludzi biegających polesie jak kurczaki z poucinanymi głowami. Aurorzy i brygadziści... tu rzemieślnicy na zapleczu. Ale Czarny Dzban musiał zyskać potężną moc by rzucić tak potężne zaklęcie. A ona i wielu jej przyjaciół zwyczajnie nie ogarniało tego mózgami. Co Dumbledore robił w tym czasie to była jego rzecz, wczorajsze spotkanie pokazało w niektórych jego punkach, że musieli robić sobie sami, a nauczyciel, nie przestawał być nauczycielem, nawet jeśli wpychał w usta im karmelki i czekoladowe żaby.
Peregrinus nie był wojownikiem i nie był rzemieślnikiem. Ale był bardzo, bardzo mądry. W gruncie rzeczy był jedną z mądrzejszych osób, które Moody znała.
– Powiedz mi... – zaczęła kładąc na jego ramieniu swoją szczupłą dłoń, nagle dziwnie poważna, nie tak dramatyczna jak przed chwilą, choć zaczerwieniony od płakania nos przypominał wciąż rozciapciany kartofel.
– A gdybym znalazła sposób, żebyś mógł pomóc nie wychodząc z Praw Czasu, Grin? Gdybyś nie musiał z żadnym stawać nigdy twarzą w twarz? Znalazłbyś czas i siły? – Przed chwilą mówił o idealnym świecie, ktoś mógłby włożyć pytanie Miles między świat fantazji i omamów, symboliki, w której się taplali jak przystało na parę wróżbitów i Trelawneyów. Jej słowa jednak były płonącą buławą...
...jedną z tych, którą dźwigała u podstaw swojego problemu.
Dziesięć jebanych buław, a kolejne osiem leci przez nieboskłon.
I ten chytry uśmiech czwórki denarów, te ciasno złączone ramiona na jednej monecie.
Dlaczego kurwa nie ma tu żadnych kielichów, skoro to pierdolony układ na równie pierdoloną miłość?!
Dlatego właśnie wróżbici sami sobie nie układali kart. Moody była wkurwiona i od razu widziała odpowiedź: jesteś zjebana, rywalizacja zabije wszystko na czym Ci zależy, chcesz miłości i łagodności, a wrócisz do Lecznicy Dusz. Albo ich pozabijasz. Rydwan. Wyścigi. Czy właśnie nie rozpoczęli wyścigów zbrojeń? Albo też... czy Thomas stanie przeciwko Basiliusowi, a Basilius przeciwko Thomasowi? Nie mogła do tego dopuścić. Nigdy. Przenigdy. Byli jej, jej i tylko jej... Nie mogli ze sobą walczyć przecież...
Przytrzymasz ich obu?
Pytanie wbiło się w nią jak w masło, rozbryzgując wewnętrznym metaforycznym tłuszczem na boki. – Pierdolenie... – burknęła defensywnie. Czemu tu było tyle mieczy? Może dlatego że myślała o tym cały kurwa czas w wolnych chwilach, gdy nie dygała dziesięciu kijów przez wieś. – Już ja to widzę. Pójdę do nich i powiem im: elo ruchajmy się, ale nie po kolei tylko na raz. Totalnie, widzę te salwy entuzjazmu. – Czuła się paskudnie z samą sobą, a konflikt wewnętrzny tak parszywie wyeksponowany przez karty tylko narastał.
Peregrinus nie był wojownikiem i nie był rzemieślnikiem. Ale był bardzo, bardzo mądry. W gruncie rzeczy był jedną z mądrzejszych osób, które Moody znała.
– Powiedz mi... – zaczęła kładąc na jego ramieniu swoją szczupłą dłoń, nagle dziwnie poważna, nie tak dramatyczna jak przed chwilą, choć zaczerwieniony od płakania nos przypominał wciąż rozciapciany kartofel.
– A gdybym znalazła sposób, żebyś mógł pomóc nie wychodząc z Praw Czasu, Grin? Gdybyś nie musiał z żadnym stawać nigdy twarzą w twarz? Znalazłbyś czas i siły? – Przed chwilą mówił o idealnym świecie, ktoś mógłby włożyć pytanie Miles między świat fantazji i omamów, symboliki, w której się taplali jak przystało na parę wróżbitów i Trelawneyów. Jej słowa jednak były płonącą buławą...
...jedną z tych, którą dźwigała u podstaw swojego problemu.
Dziesięć jebanych buław, a kolejne osiem leci przez nieboskłon.
I ten chytry uśmiech czwórki denarów, te ciasno złączone ramiona na jednej monecie.
Dlaczego kurwa nie ma tu żadnych kielichów, skoro to pierdolony układ na równie pierdoloną miłość?!
Dlatego właśnie wróżbici sami sobie nie układali kart. Moody była wkurwiona i od razu widziała odpowiedź: jesteś zjebana, rywalizacja zabije wszystko na czym Ci zależy, chcesz miłości i łagodności, a wrócisz do Lecznicy Dusz. Albo ich pozabijasz. Rydwan. Wyścigi. Czy właśnie nie rozpoczęli wyścigów zbrojeń? Albo też... czy Thomas stanie przeciwko Basiliusowi, a Basilius przeciwko Thomasowi? Nie mogła do tego dopuścić. Nigdy. Przenigdy. Byli jej, jej i tylko jej... Nie mogli ze sobą walczyć przecież...
Przytrzymasz ich obu?
Pytanie wbiło się w nią jak w masło, rozbryzgując wewnętrznym metaforycznym tłuszczem na boki. – Pierdolenie... – burknęła defensywnie. Czemu tu było tyle mieczy? Może dlatego że myślała o tym cały kurwa czas w wolnych chwilach, gdy nie dygała dziesięciu kijów przez wieś. – Już ja to widzę. Pójdę do nich i powiem im: elo ruchajmy się, ale nie po kolei tylko na raz. Totalnie, widzę te salwy entuzjazmu. – Czuła się paskudnie z samą sobą, a konflikt wewnętrzny tak parszywie wyeksponowany przez karty tylko narastał.