23.11.2025, 23:05 ✶
— Taa, Spalona raczej nie przejdzie tak szybko do historii jak atak na Beltane — skomentował półgłosem, rozglądając się co chwilę na prawo i lewo, jakby bał się, że rozmawiając o takich tragediach w miejscu kultu kowenu popełniał jakiś afront wobec wszystkich zebranych. — Wprawdzie Polana Ognisk też była paskudna, ale przynajmniej wszystko się zamknęło na jednym obszarze. Cholera wie, czy do zatruć tym dymem nie doszło jeszcze na jakichś zapomnianych przez Merlina wsiach. To się będzie za nami ciągnąć i ciągnąć.
Na własne oczy widział, jak medycy ze szpitala urabiają sobie ręce po łokcie, żeby tylko jakoś ulżyć ocalałym. Nie było to zadanie łatwe, pomimo tego, że mieli dostęp do bogato wyposażonych magazynków. Mung nie był jednak jedynym miejscem w jakim leczono ludzi. Prywatne gabinety rozsiane po Wyspach Brytyjskich, wiejskie wiedźmy czerpiące z wiedzy swoich matek i babek, czarne kliniki operujące poza granicami prawa... Czy naprawdę można było liczyć na to, że wszyscy zajmą się leczeniem konsekwencji Spalonej Nocy w taki sam sposób? Że nagle nie wyląduje u nich pół magicznego miasteczka, które zatruło się podejrzanym ziołem? Cameron pokręcił głową, odsuwając od siebie tę myśl.
— Z miłą chęcią — odparł potulnie, uśmiechając się dwuznacznie, gdy usłyszał prośbę o prywatne badanie. Bądź co bądź, w taki sposób też mogliby zacząć jeden ze wspólnych wieczorów. Najpierw obowiązki, a potem chwile przyjemności. — W sumie, jak na razie mam względem ciebie całkiem niezły bilans. Pierwsze badania po ataku na Polanę Ognisk, twoja rehabilitacja w szpitalu...
Cameron zamilkł niespodziewanie, bo chociaż perspektywa intensywniejszego wieczoru z Rudą bardzo do niego przemawiała, tak nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy dziewczyna po raz ostatni prosiła go o zbadanie tak na serio, o ile akurat nie była w sytuacji podbramkowej lub po prostu nie mogła się bronić. Chłopak zaczął wodzić spojrzeniem po jej twarzy, szukając jakichś oznak choroby lub słabości.
— Tylko.... To tak zapobiegawczo? Czy czujesz się ostatnio jakoś inaczej? — dopytał nieco poważniejszym tonem, przyglądając się jej z troską.
Na jego czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka, gdy niespodziewanie nawiedziły go wspomnienia z Beltane, kiedy to autentycznie bał się o stan Heather. Oh, jak on wtedy świrował. Najpierw ten dziki wiatr dosłownie wywiał go z głównego miejsca zdarzenia, potem spędził długie godziny próbując wyjść z lasu, a kiedy już miał przed sobą wizję ponownego spotkania z Heather, to doznał nagłego zderzenia z rzeczywistością, gdy zdał sobie sprawę z tego, że nie będzie mógł się skupić tylko i wyłącznie na niej. Bo inni pacjenci też byli ważni. Nawet jeśli całym sercem chciał siedzieć wówczas przy łóżku Rudej i poświęcić jej sto procent swojej uwagi. Przynajmniej w Mungu sobie odbiłem, pomyślał przelotnie. Oj tak, gdyby kuracja Wood potrwała jeszcze dłużej z najlepszego chłopaka na świecie awansowałby na najlepszy wrzut na dupie.
— Zbadam cię wieczorem — postanowił, przechodząc z trybu ''narzeczony'' na tryb ''medyk''. — Jeśli zauważę coś podejrzanego, to ogarnę ci termin do jakiegoś specjalisty w Mungu. I tak, wspomnę, że traktujesz swoje obowiązki na tyle poważnie, że wolałabyś nie zostać przykuta do łóżka na następne pół roku.
Mrugnął porozumiewawczo do dziewczyny.
— Uff, to się cieszę — odparł, kompletnie nieświadomy tego, że jego poprzednie słowa mogły się wydać jakkolwiek podejrzane. — Sama wiesz, jak jest teraz u mnie z wolnym czasem przez szpital... Nawet gdybym mógł się częściej wyrywać, żeby móc latać tam z tobą i dotrzymać tam towarzystwa, to nie wiem, czy mógłbym jakoś pomóc. W tej ich Warowni raczej nie potrzebują lekarza-rezydenta, co? — Uśmiechnął się krzywo. — Raczej architekta. Albo magi-budowlańca.
Taak, w tej kwestii zdecydowanie brakowało mu doświadczenia. Chrząknął cicho.
— To co... Wydaje mi się, że mamy jeszcze ten ryneczek do ogarnięcia? — zaproponował, rozglądając się na boki. Miał wrażenie, że w kowenie zbierało się coraz więcej osób, więc a nóż widelec uda im się uniknąć większych tłumów na mieście.
Na własne oczy widział, jak medycy ze szpitala urabiają sobie ręce po łokcie, żeby tylko jakoś ulżyć ocalałym. Nie było to zadanie łatwe, pomimo tego, że mieli dostęp do bogato wyposażonych magazynków. Mung nie był jednak jedynym miejscem w jakim leczono ludzi. Prywatne gabinety rozsiane po Wyspach Brytyjskich, wiejskie wiedźmy czerpiące z wiedzy swoich matek i babek, czarne kliniki operujące poza granicami prawa... Czy naprawdę można było liczyć na to, że wszyscy zajmą się leczeniem konsekwencji Spalonej Nocy w taki sam sposób? Że nagle nie wyląduje u nich pół magicznego miasteczka, które zatruło się podejrzanym ziołem? Cameron pokręcił głową, odsuwając od siebie tę myśl.
— Z miłą chęcią — odparł potulnie, uśmiechając się dwuznacznie, gdy usłyszał prośbę o prywatne badanie. Bądź co bądź, w taki sposób też mogliby zacząć jeden ze wspólnych wieczorów. Najpierw obowiązki, a potem chwile przyjemności. — W sumie, jak na razie mam względem ciebie całkiem niezły bilans. Pierwsze badania po ataku na Polanę Ognisk, twoja rehabilitacja w szpitalu...
Cameron zamilkł niespodziewanie, bo chociaż perspektywa intensywniejszego wieczoru z Rudą bardzo do niego przemawiała, tak nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy dziewczyna po raz ostatni prosiła go o zbadanie tak na serio, o ile akurat nie była w sytuacji podbramkowej lub po prostu nie mogła się bronić. Chłopak zaczął wodzić spojrzeniem po jej twarzy, szukając jakichś oznak choroby lub słabości.
— Tylko.... To tak zapobiegawczo? Czy czujesz się ostatnio jakoś inaczej? — dopytał nieco poważniejszym tonem, przyglądając się jej z troską.
Na jego czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka, gdy niespodziewanie nawiedziły go wspomnienia z Beltane, kiedy to autentycznie bał się o stan Heather. Oh, jak on wtedy świrował. Najpierw ten dziki wiatr dosłownie wywiał go z głównego miejsca zdarzenia, potem spędził długie godziny próbując wyjść z lasu, a kiedy już miał przed sobą wizję ponownego spotkania z Heather, to doznał nagłego zderzenia z rzeczywistością, gdy zdał sobie sprawę z tego, że nie będzie mógł się skupić tylko i wyłącznie na niej. Bo inni pacjenci też byli ważni. Nawet jeśli całym sercem chciał siedzieć wówczas przy łóżku Rudej i poświęcić jej sto procent swojej uwagi. Przynajmniej w Mungu sobie odbiłem, pomyślał przelotnie. Oj tak, gdyby kuracja Wood potrwała jeszcze dłużej z najlepszego chłopaka na świecie awansowałby na najlepszy wrzut na dupie.
— Zbadam cię wieczorem — postanowił, przechodząc z trybu ''narzeczony'' na tryb ''medyk''. — Jeśli zauważę coś podejrzanego, to ogarnę ci termin do jakiegoś specjalisty w Mungu. I tak, wspomnę, że traktujesz swoje obowiązki na tyle poważnie, że wolałabyś nie zostać przykuta do łóżka na następne pół roku.
Mrugnął porozumiewawczo do dziewczyny.
— Uff, to się cieszę — odparł, kompletnie nieświadomy tego, że jego poprzednie słowa mogły się wydać jakkolwiek podejrzane. — Sama wiesz, jak jest teraz u mnie z wolnym czasem przez szpital... Nawet gdybym mógł się częściej wyrywać, żeby móc latać tam z tobą i dotrzymać tam towarzystwa, to nie wiem, czy mógłbym jakoś pomóc. W tej ich Warowni raczej nie potrzebują lekarza-rezydenta, co? — Uśmiechnął się krzywo. — Raczej architekta. Albo magi-budowlańca.
Taak, w tej kwestii zdecydowanie brakowało mu doświadczenia. Chrząknął cicho.
— To co... Wydaje mi się, że mamy jeszcze ten ryneczek do ogarnięcia? — zaproponował, rozglądając się na boki. Miał wrażenie, że w kowenie zbierało się coraz więcej osób, więc a nóż widelec uda im się uniknąć większych tłumów na mieście.