24.11.2025, 02:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2025, 02:19 przez Benjy Fenwick.)
Uśmiech miała taki szeroki, że przez chwilę pomyślałem, że jednak to jabłko miało w sobie coś więcej niż witaminę C. Zerknąłem na jej owoc, na tę długą, perfekcyjnie ściętą skórkę, i przewróciłem oczami tak teatralnie, jak pozwalały mi na to zawroty głowy. Wytykała mi hipotetycznie istniejące serduszka, a tymczasem sama wróżyła sobie inicjały własnego męża. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, kiedy wspomniała o serduszku.
- Ej. - Wymamrotałem ostrzegawczo, ale w moim tonie była bardziej bezradna rezygnacja niż groźba. - Nie lysowałem.
Przerwa.
Pauza.
- Jedno selduszko, tylko las, i to niechcący. Zawinęła mi się luna. Nie liczy się. - Podrapałem się po karku, mrużąc oczy, bo słońce zaczęło wychodzić znad dachu sklepu i raziło mnie jak cholerne zaklęcie lumos rzucone prosto w twarz. Nie przestawała się śmiać, więc pacnąłem ją delikatnie końcówką długopisu w udo - na tyle lekko, że bardziej to przypominało dotknięcie niż szturchnięcie, ale nie delikatnie do przesady. - Malutkiego selduszka, tak? - Mruknąłem, zerkając na nią jak na kogoś, kto właśnie wymyślił najgorszą możliwą rzecz do zasugerowania człowiekowi na nadchodzącym kacu gigancie. - Jedno… Maleńkie. Takie, szeby… Szię zmieściło między „kocham cię” a „zawse twój”. No, cudownie. - Pokręciłem głową, i o dziwo nie zrobiło mi się od tego gorzej, może mózg zaczynał się poddawać. Zamknąłem jedno oko, bo zdawało się, że świat kręci się odrobinkę wolniej, kiedy patrzyłem tylko jednym, a potem zrobiłem gest długopisem, jakbym naprawdę planował zaznaczyć gdzieś mikroskopijny symbol. Nie zaznaczyłem.
Komentarz o tym, jak wyglądałem w Hogwarcie, zmusił mnie do mruknięcia:
- Noooo, tak, wtedy byłem zabawny, bo jeszcze nie miałem powodów wyglądaś, jakbym komuś chciał wbiś… Sztylet w oko. - Przetarłem twarz dłonią, bo oczywiście że pamiętałem tamte czasy. Byłem młodszy, lżejszy, głupszy. Quidditch, durne żarty, bójki po meczach… Popatrzyłem na nią kątem oka, kiedy zaczęła się nabijać z mojego dawnego romantyzmu - a niech to, powinienem się obrazić, albo odgryźć, ale prawda była taka, że sam uważałem tamte liściki za… Idiotyczne. I cholernie miękkie.
- Tak, no co. Miałem uczucia. Kulwa, sejio.
A potem zaczęła opowiadać tę pierdoloną scenę jak z taniej książki - tutaj, tutaj naprawdę dałem się sobie ponieść. Nie mogłem się powstrzymać - prychnąłem śmiechem, który szybko przeszedł w chrząknięcie, bo gardło bolało mnie po rzyganiu.
- Wysoki, glośny nieznajomy… - Powtórzyłem, głęboko, powoli, modulując głos bardziej niż powinienem. - Wyłonił się s mloku… Niosąc w lękach… Yyyy… List. List zapisany lunami pasji i zakasanych plagnień. - Odetchnąłem, znów chwytając długopis między palce. - W jego selcu… - Kontynuowałem z tą pijacką powagą człowieka, który nie powinien zaczynać żadnego zdania. - By… Biły dwie emocje. Dwie. Nie trzy. Nie cztery. Dwie. - Zawiesiłem się, mrużąc oczy, jakbym właśnie próbował policzyć do trzech. - Desepa… Dese-pela… Despelasja, dobla, to pamiętam… - Machnąłem długopisem, prawie trafiając się w policzek - zamachnąłem się ręką z nim, prawie tracąc równowagę. - I… Muskulalna tęsknota. - „MUSKULARNA” - ten termin nie powinien istnieć, a jednak. Mrugnąłem do niej powoli, trochę pijacko, trochę zbyt zadowolony z siebie, jak na faceta, który pół godziny temu rzygał jak kot z przejedzenia.
- Czytałem kiedyś… - Wypowiedziałem to bezwstydnie. - No… Te od… Tej… - Uniosłem długopis, próbując trafić nim w powietrze przed jej twarzą. - Balbla Caltland. - Stałem się wręcz dumny z samego siebie, że pamiętałem to nazwisko w tym stanie. - Znam ją. Pisała te wsystkie pikantne… Bsdety w latach sześćdziesiątych. Lomansidła, w któlych kaszda… Kobieta jest dziewisą, a kaszdy facet ma sześciopak, nawet jak jest bibliotekaszem. Nie udawaj… - Zerknąłem na nią z pobłażliwym półuśmiechem, parsknąłem krótko, a moja głowa poleciała lekko w bok, więc musiałem się oprzeć o oparcie ławki, zanim zwaliłbym się jej na kolana. - Pszyłapałem cię. - Zanim zdążyła zaprotestować, dodałem:
- Mas tę minę osoby, któla zna lósznicę między „uwodzicielskim potalsem dłoni” a „śmiałym, acz niewłaściwym dotykiem”.
Zsunąłem spojrzenie na kartkę - runy układały się w coś, co wyglądało jak wyznanie, lepsze słowo niż „spowiedź” - było w tym coś z innego człowieka, tego, którego już dawno zakopałem pod warstwą cynizmu, whisky i klątw. Wzdrygnąłem się, mimowolnie, gdy powiedziała „przynajmniej będziesz miał czyste sumienie”, skrzywiłem się minimalnie.
- Czyste sumienie to luksus, którego nie mam od lat, ale mose… - Odchyliłem głowę, żeby oprzeć ją o plecy ławki, ale zgubiłem równowagę, więc usiadłem jednak z powrotem, mordując spojrzeniem własne kolana. Splunąłem na chodnik, bo coś stało mi w gardle, nie miałem siły na wielkie reakcje, ale brew uniosła mi się sama. Popatrzyłem na kartkę, na runy. To było… Dziecinne, głupie, sentymentalne, a mimo to - jednocześnie cholernie potrzebne.
Kiedy powiedziałem, że wyślę to na przypale, uśmiechnęła się tak pewnie, jakby naprawdę nie wątpiła, że to zrobię, i to coś we mnie znów dziwnie poruszyło, ale zanim zdążyłem coś z tym zrobić, padło pytanie o ptaka. Kurwa, nawet w stanie w którym byłem, nie mogłem tego puścić. Zerknąłem na nią powoli, a w kącikach ust pojawił mi się bardzo podejrzany uśmieszek.
- Ge’ealdine… - Zacząłem teatralnie, zawiesiłem głos, nabrałem powietrza, a potem odwzajemniłem jej zaczepny ton - może nawet ciut zbyt pewnie jak na pijaka na granicy przytomności, ale cóż, alkohol robił swoje, padło to nieszczęsne pytanie o ptaka - to, jak to powiedziała, jak zmodulowała głos, jak sama zorientowała się, jak to zabrzmiało… No, nie mogłem tego przepuścić, nawet jakbym chciał - nie dałbym rady. Uśmiechnąłem się do niej wolno, teatralnie wręcz, z miną człowieka, który właśnie usłyszał najbardziej dwuznaczne zdanie poranka.
- Mam takiego ptaka… Na któlego widok mało któla nie gwiszsze.
Pauza.
Krótka.
Sakramencko znacząca.
A potem dodałem:
- Myszołowa. - Uśmiechnąłem się pod nosem, zrobiłem najpoważniejszą minę, jaką mógł zrobić pijany człowiek, który ledwo utrzymuje głowę prosto, a potem parsknąłem.
Oparłem głowę o ścianę za ławką, tym razem skuteczniej, zamykając na chwilę oczy, ale nie na tyle długo, żeby zasnąć - obiecałem jej to - kartkę umieściłem na kolanie i przytrzymałem ją dłonią.
- Ge’el… Dzięki. Selio. - Głos miałem chrypliwy, miękki, rozpity, ale prawdziwy - taki, który rzadko komukolwiek pokazywałem. Przechyliłem głowę do boku, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek. - Ja, mój stan… I myszołów pszylatujący nad lanem, szeby zablaś list o złamanym selcu? - Pokręciłem głową. - Kulwa, faktycznie, ktoś powinien to kiedyś spisaś… Ale nie ja, ja jestem od… Pisania lunami w pijackim amoku, heh…
A potem zacząłem pochrapywać…
- Ej. - Wymamrotałem ostrzegawczo, ale w moim tonie była bardziej bezradna rezygnacja niż groźba. - Nie lysowałem.
Przerwa.
Pauza.
- Jedno selduszko, tylko las, i to niechcący. Zawinęła mi się luna. Nie liczy się. - Podrapałem się po karku, mrużąc oczy, bo słońce zaczęło wychodzić znad dachu sklepu i raziło mnie jak cholerne zaklęcie lumos rzucone prosto w twarz. Nie przestawała się śmiać, więc pacnąłem ją delikatnie końcówką długopisu w udo - na tyle lekko, że bardziej to przypominało dotknięcie niż szturchnięcie, ale nie delikatnie do przesady. - Malutkiego selduszka, tak? - Mruknąłem, zerkając na nią jak na kogoś, kto właśnie wymyślił najgorszą możliwą rzecz do zasugerowania człowiekowi na nadchodzącym kacu gigancie. - Jedno… Maleńkie. Takie, szeby… Szię zmieściło między „kocham cię” a „zawse twój”. No, cudownie. - Pokręciłem głową, i o dziwo nie zrobiło mi się od tego gorzej, może mózg zaczynał się poddawać. Zamknąłem jedno oko, bo zdawało się, że świat kręci się odrobinkę wolniej, kiedy patrzyłem tylko jednym, a potem zrobiłem gest długopisem, jakbym naprawdę planował zaznaczyć gdzieś mikroskopijny symbol. Nie zaznaczyłem.
Komentarz o tym, jak wyglądałem w Hogwarcie, zmusił mnie do mruknięcia:
- Noooo, tak, wtedy byłem zabawny, bo jeszcze nie miałem powodów wyglądaś, jakbym komuś chciał wbiś… Sztylet w oko. - Przetarłem twarz dłonią, bo oczywiście że pamiętałem tamte czasy. Byłem młodszy, lżejszy, głupszy. Quidditch, durne żarty, bójki po meczach… Popatrzyłem na nią kątem oka, kiedy zaczęła się nabijać z mojego dawnego romantyzmu - a niech to, powinienem się obrazić, albo odgryźć, ale prawda była taka, że sam uważałem tamte liściki za… Idiotyczne. I cholernie miękkie.
- Tak, no co. Miałem uczucia. Kulwa, sejio.
A potem zaczęła opowiadać tę pierdoloną scenę jak z taniej książki - tutaj, tutaj naprawdę dałem się sobie ponieść. Nie mogłem się powstrzymać - prychnąłem śmiechem, który szybko przeszedł w chrząknięcie, bo gardło bolało mnie po rzyganiu.
- Wysoki, glośny nieznajomy… - Powtórzyłem, głęboko, powoli, modulując głos bardziej niż powinienem. - Wyłonił się s mloku… Niosąc w lękach… Yyyy… List. List zapisany lunami pasji i zakasanych plagnień. - Odetchnąłem, znów chwytając długopis między palce. - W jego selcu… - Kontynuowałem z tą pijacką powagą człowieka, który nie powinien zaczynać żadnego zdania. - By… Biły dwie emocje. Dwie. Nie trzy. Nie cztery. Dwie. - Zawiesiłem się, mrużąc oczy, jakbym właśnie próbował policzyć do trzech. - Desepa… Dese-pela… Despelasja, dobla, to pamiętam… - Machnąłem długopisem, prawie trafiając się w policzek - zamachnąłem się ręką z nim, prawie tracąc równowagę. - I… Muskulalna tęsknota. - „MUSKULARNA” - ten termin nie powinien istnieć, a jednak. Mrugnąłem do niej powoli, trochę pijacko, trochę zbyt zadowolony z siebie, jak na faceta, który pół godziny temu rzygał jak kot z przejedzenia.
- Czytałem kiedyś… - Wypowiedziałem to bezwstydnie. - No… Te od… Tej… - Uniosłem długopis, próbując trafić nim w powietrze przed jej twarzą. - Balbla Caltland. - Stałem się wręcz dumny z samego siebie, że pamiętałem to nazwisko w tym stanie. - Znam ją. Pisała te wsystkie pikantne… Bsdety w latach sześćdziesiątych. Lomansidła, w któlych kaszda… Kobieta jest dziewisą, a kaszdy facet ma sześciopak, nawet jak jest bibliotekaszem. Nie udawaj… - Zerknąłem na nią z pobłażliwym półuśmiechem, parsknąłem krótko, a moja głowa poleciała lekko w bok, więc musiałem się oprzeć o oparcie ławki, zanim zwaliłbym się jej na kolana. - Pszyłapałem cię. - Zanim zdążyła zaprotestować, dodałem:
- Mas tę minę osoby, któla zna lósznicę między „uwodzicielskim potalsem dłoni” a „śmiałym, acz niewłaściwym dotykiem”.
Zsunąłem spojrzenie na kartkę - runy układały się w coś, co wyglądało jak wyznanie, lepsze słowo niż „spowiedź” - było w tym coś z innego człowieka, tego, którego już dawno zakopałem pod warstwą cynizmu, whisky i klątw. Wzdrygnąłem się, mimowolnie, gdy powiedziała „przynajmniej będziesz miał czyste sumienie”, skrzywiłem się minimalnie.
- Czyste sumienie to luksus, którego nie mam od lat, ale mose… - Odchyliłem głowę, żeby oprzeć ją o plecy ławki, ale zgubiłem równowagę, więc usiadłem jednak z powrotem, mordując spojrzeniem własne kolana. Splunąłem na chodnik, bo coś stało mi w gardle, nie miałem siły na wielkie reakcje, ale brew uniosła mi się sama. Popatrzyłem na kartkę, na runy. To było… Dziecinne, głupie, sentymentalne, a mimo to - jednocześnie cholernie potrzebne.
Kiedy powiedziałem, że wyślę to na przypale, uśmiechnęła się tak pewnie, jakby naprawdę nie wątpiła, że to zrobię, i to coś we mnie znów dziwnie poruszyło, ale zanim zdążyłem coś z tym zrobić, padło pytanie o ptaka. Kurwa, nawet w stanie w którym byłem, nie mogłem tego puścić. Zerknąłem na nią powoli, a w kącikach ust pojawił mi się bardzo podejrzany uśmieszek.
- Ge’ealdine… - Zacząłem teatralnie, zawiesiłem głos, nabrałem powietrza, a potem odwzajemniłem jej zaczepny ton - może nawet ciut zbyt pewnie jak na pijaka na granicy przytomności, ale cóż, alkohol robił swoje, padło to nieszczęsne pytanie o ptaka - to, jak to powiedziała, jak zmodulowała głos, jak sama zorientowała się, jak to zabrzmiało… No, nie mogłem tego przepuścić, nawet jakbym chciał - nie dałbym rady. Uśmiechnąłem się do niej wolno, teatralnie wręcz, z miną człowieka, który właśnie usłyszał najbardziej dwuznaczne zdanie poranka.
- Mam takiego ptaka… Na któlego widok mało któla nie gwiszsze.
Pauza.
Krótka.
Sakramencko znacząca.
A potem dodałem:
- Myszołowa. - Uśmiechnąłem się pod nosem, zrobiłem najpoważniejszą minę, jaką mógł zrobić pijany człowiek, który ledwo utrzymuje głowę prosto, a potem parsknąłem.
Oparłem głowę o ścianę za ławką, tym razem skuteczniej, zamykając na chwilę oczy, ale nie na tyle długo, żeby zasnąć - obiecałem jej to - kartkę umieściłem na kolanie i przytrzymałem ją dłonią.
- Ge’el… Dzięki. Selio. - Głos miałem chrypliwy, miękki, rozpity, ale prawdziwy - taki, który rzadko komukolwiek pokazywałem. Przechyliłem głowę do boku, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek. - Ja, mój stan… I myszołów pszylatujący nad lanem, szeby zablaś list o złamanym selcu? - Pokręciłem głową. - Kulwa, faktycznie, ktoś powinien to kiedyś spisaś… Ale nie ja, ja jestem od… Pisania lunami w pijackim amoku, heh…
A potem zacząłem pochrapywać…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)