24.11.2025, 06:53 ✶
- Nieprzewidzianą zmianę - powtórzył w ślad za nią, wnosząc oczy ku niebu. Było tak samo szare i ponure jak zawsze, niestety nie wyglądając jakby miało przynieść ze sobą cokolwiek. Atreus chyba odrobinę liczył na to, że ten smok przyniesie wszystko co obiecywał tu i teraz, no bo po co miałby niepotrzebnie się wstrzymywać i trzymać w niepewności? Po co, kiedy mógł ich uratować od naiwnych, domorosłych nekromantów i śmierdzących kurników?
- Już lepszy smok, jak ta stara lampa - uśmiechnął się do niej złośliwie. Jasne, nieprzewidziana zmiana mogła być tak samo dobra jak i zła, ale przynajmniej sygnalizowała jakikolwiek ruch. Bezwartościowe zajęcie pozostawało, cóż, bezwartościowe. Trzymało w miejscu, nie pozwalało przeć do przodu i tylko denerwowało.
- I co, niby chcesz mi powiedzieć, że taki pierwszy lepszy smarkaty z kurnikiem może se wziąć ropuchę i obstalować swojego własnego, prywatnego bazyliszka? No nie żartuj sobie ze mnie - prychnął. Gdyby tak było, to w połowie piwnic w Little Hangleton, pewnie mogliby wyciągać te przerośnięte pytony. A tymczasem nie wyglądało na to, jakby musieli sprawdzać odpływ kibla, przed każdym siądnięciu na nim.
Atreus był więc gotowy polemizować na temat tych całych kaczek, czy tam kur i pewnie ciągnąłby dalej temat, gdyby nie nagłe poruszenie, które wypadło na nich przez ogrodzenie. Gąsior biegł i darł się, jakby go żywcem ze skóry obdzierali. W panice najpewniej pomagał mu fakt, że miał zakryte oczy, ale prawdę powiedziawszy to Bulstrode nie zamierzał zbytnio dociekać przed czym uciekał. Zamiast tego zrobił krok w tył. Po dżentelmeńsku, bo był bardzo postępowym mężczyzną, pozwalając pannie Lestrange zadbać o samą siebie i zdecydować czy stanie oko w oko z ptactwem czy może również usunie mu się z drogi.
Nie chciała, albo nie dała rady. Jeden pies. Auror uniósł brwi, w ten sposób powstrzymując się od jawnego ryknięcia śmiechem, bo to akurat trzeba było sytuacji przyznać - była komiczna. Ze wszystkich osób, na które mógł gąsior wpaść i podziobać, była to Victoria, a dokładnie jej tyłek. Takie rzeczy nie działy się przypadkiem. Atreus taktycznie spojrzał za ptaszyskiem, czy na pewno nie miał w planach zawrócić, nawet jeśli na ślepo, a kiedy upewnił się że nie, zbliżył do kobiety i wyciągnął do niej pomocną dłoń.
- Nic ci nie jest? - zapytał troskliwym tonem, twarz jednak, oczywiście, wyrażała co innego. - Szczęście w miłości? No proszę. Szczęście w pracy by się chyba bardziej pani przydało. Co wy w ogóle, dziewczyny, robiłyście z tym ptakiem?
- Oh, takie tam. Nie zrozumiałby pan - odparła jedna z dziewcząt wymownie, machając przy tym zbywająco dłonią. Spojrzała po swoich koleżankach porozumiewawczo. - Ale może pomogłaby nam pani go złapać? Jak znowu uszczypnie, to tylko więcej szczęścia pani nałapie.
- Już lepszy smok, jak ta stara lampa - uśmiechnął się do niej złośliwie. Jasne, nieprzewidziana zmiana mogła być tak samo dobra jak i zła, ale przynajmniej sygnalizowała jakikolwiek ruch. Bezwartościowe zajęcie pozostawało, cóż, bezwartościowe. Trzymało w miejscu, nie pozwalało przeć do przodu i tylko denerwowało.
- I co, niby chcesz mi powiedzieć, że taki pierwszy lepszy smarkaty z kurnikiem może se wziąć ropuchę i obstalować swojego własnego, prywatnego bazyliszka? No nie żartuj sobie ze mnie - prychnął. Gdyby tak było, to w połowie piwnic w Little Hangleton, pewnie mogliby wyciągać te przerośnięte pytony. A tymczasem nie wyglądało na to, jakby musieli sprawdzać odpływ kibla, przed każdym siądnięciu na nim.
Atreus był więc gotowy polemizować na temat tych całych kaczek, czy tam kur i pewnie ciągnąłby dalej temat, gdyby nie nagłe poruszenie, które wypadło na nich przez ogrodzenie. Gąsior biegł i darł się, jakby go żywcem ze skóry obdzierali. W panice najpewniej pomagał mu fakt, że miał zakryte oczy, ale prawdę powiedziawszy to Bulstrode nie zamierzał zbytnio dociekać przed czym uciekał. Zamiast tego zrobił krok w tył. Po dżentelmeńsku, bo był bardzo postępowym mężczyzną, pozwalając pannie Lestrange zadbać o samą siebie i zdecydować czy stanie oko w oko z ptactwem czy może również usunie mu się z drogi.
Nie chciała, albo nie dała rady. Jeden pies. Auror uniósł brwi, w ten sposób powstrzymując się od jawnego ryknięcia śmiechem, bo to akurat trzeba było sytuacji przyznać - była komiczna. Ze wszystkich osób, na które mógł gąsior wpaść i podziobać, była to Victoria, a dokładnie jej tyłek. Takie rzeczy nie działy się przypadkiem. Atreus taktycznie spojrzał za ptaszyskiem, czy na pewno nie miał w planach zawrócić, nawet jeśli na ślepo, a kiedy upewnił się że nie, zbliżył do kobiety i wyciągnął do niej pomocną dłoń.
- Nic ci nie jest? - zapytał troskliwym tonem, twarz jednak, oczywiście, wyrażała co innego. - Szczęście w miłości? No proszę. Szczęście w pracy by się chyba bardziej pani przydało. Co wy w ogóle, dziewczyny, robiłyście z tym ptakiem?
- Oh, takie tam. Nie zrozumiałby pan - odparła jedna z dziewcząt wymownie, machając przy tym zbywająco dłonią. Spojrzała po swoich koleżankach porozumiewawczo. - Ale może pomogłaby nam pani go złapać? Jak znowu uszczypnie, to tylko więcej szczęścia pani nałapie.