24.11.2025, 15:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2025, 17:49 przez Benjy Fenwick.)
Obudziła mnie zimna jak skurwysyn ściana wody spływająca mi po twarzy. Lodowata fala walnęła mnie w twarz tak nagle, że przez ułamek sekundy byłem przekonany, że ktoś mnie topi. Zaciągnąłem się powietrzem, jak zadławiony kot, i poderwałem głowę, co natychmiast zemściło się jakimś ostrym, kłującym bólem z tyłu czaszki.
- O żesz kurwa mać ja pierdolę. - Wycharczałem idealną tonacją i dykcją, która na pewno musiała niedługo się na mnie za to zemścić, mrużąc oczy przed słońcem, które najwyraźniej postanowiło mnie tego ranka dobić. Próbowałem na stałe otworzyć oczy, ale powieki przykleiły mi się do worków pod oczami, jak połamane żaluzje, a w środku głowy coś rozpychało się łokciami, wyraźnie niezadowolone, że je obudziłem.
- O szesz… - Wydusiłem, tym razem już normalniejszym dla mnie tonem, wycierając twarz dłonią, która drżała tak, jakby należała do kogoś, kogo dopiero co wyciągnięto za fraki z zamarzniętego jeziora. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to była jej butelka, to ona mnie oblała, że zasnąłem jej na ławce. Kurwa, naprawdę zasnąłem na ławce.
- Jusz, jusz… - Burknąłem, chociaż nawet półtora litra dobrej woli nie pomogłoby mi teraz brzmieć na kogokolwiek, kto mógł „już” cokolwiek - no, chyba że „już” miałoby być spierdoleniem się z ławki. Kac wchodził we mnie jak nieproszony lokator, rozkładając swoje jebane walizki pod czaszką. Alkohol trzymał się jeszcze resztkami, ale ból… Ból już ostrzył noże. Przekręciłem głowę i zobaczyłem ją stojącą nade mną - zmęczoną, niewyspaną, ale jakoś dziwnie czujną, jakby tylko ona trzymała nas jeszcze w pionie i w rzeczywistości. Ja byłem raczej czymś na kształt zużytej dekoracji - jebanej, mokrej piñaty.
- Wiem… Wiem, sze musimy. - Mruknąłem, choć wcale nie wiedziałem, jakim cudem miałem w ogóle pozostać w pionie. - Tylko pszestań mówić tak… Nolmalnie. To boli. - Chciałem jeszcze coś dodać, coś błyskotliwego, ale ból w kolanach dokładnie w tej sekundzie przypomniał mi, że naprawdę spadłem z balkonu - nie wymyśliłem sobie tego w pijackim delirium.
Wyciągnęła do mnie rękę, musiałem chwilę na nią popatrzeć, czując, jak bardzo moje ciało nie życzyło sobie pionu.
- Dobla… - Mruknąłem i złapałem jej dłoń, nie dlatego że to było mądre, tylko dlatego że alternatywą było jebnięcie o bruk z impetem godnym sterty mokrego śniegu spadającej z dachu, a mieliśmy dopiero październik, i to żenująco pogodny. Świat dookoła był zbyt jasny, zbyt poranny i zbyt prawdziwy. Słońce wzeszło jakby specjalnie, żeby nam dopierdolić. Kac zaczynał się podnosić we mnie jak fala - ta, którą widzisz z daleka i wiesz, że zaraz cię pierdolnie, ale nie możesz już zrobić nic poza przyjęciem jej na klatę. Czoło mi pulsowało, gardło paliło, łydki drżały - całe ciało przypominało mi o każdym możliwym grzechu z ostatnich dwunastu godzin.
- O żesz kurwa mać ja pierdolę. - Wycharczałem idealną tonacją i dykcją, która na pewno musiała niedługo się na mnie za to zemścić, mrużąc oczy przed słońcem, które najwyraźniej postanowiło mnie tego ranka dobić. Próbowałem na stałe otworzyć oczy, ale powieki przykleiły mi się do worków pod oczami, jak połamane żaluzje, a w środku głowy coś rozpychało się łokciami, wyraźnie niezadowolone, że je obudziłem.
- O szesz… - Wydusiłem, tym razem już normalniejszym dla mnie tonem, wycierając twarz dłonią, która drżała tak, jakby należała do kogoś, kogo dopiero co wyciągnięto za fraki z zamarzniętego jeziora. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to była jej butelka, to ona mnie oblała, że zasnąłem jej na ławce. Kurwa, naprawdę zasnąłem na ławce.
- Jusz, jusz… - Burknąłem, chociaż nawet półtora litra dobrej woli nie pomogłoby mi teraz brzmieć na kogokolwiek, kto mógł „już” cokolwiek - no, chyba że „już” miałoby być spierdoleniem się z ławki. Kac wchodził we mnie jak nieproszony lokator, rozkładając swoje jebane walizki pod czaszką. Alkohol trzymał się jeszcze resztkami, ale ból… Ból już ostrzył noże. Przekręciłem głowę i zobaczyłem ją stojącą nade mną - zmęczoną, niewyspaną, ale jakoś dziwnie czujną, jakby tylko ona trzymała nas jeszcze w pionie i w rzeczywistości. Ja byłem raczej czymś na kształt zużytej dekoracji - jebanej, mokrej piñaty.
- Wiem… Wiem, sze musimy. - Mruknąłem, choć wcale nie wiedziałem, jakim cudem miałem w ogóle pozostać w pionie. - Tylko pszestań mówić tak… Nolmalnie. To boli. - Chciałem jeszcze coś dodać, coś błyskotliwego, ale ból w kolanach dokładnie w tej sekundzie przypomniał mi, że naprawdę spadłem z balkonu - nie wymyśliłem sobie tego w pijackim delirium.
Wyciągnęła do mnie rękę, musiałem chwilę na nią popatrzeć, czując, jak bardzo moje ciało nie życzyło sobie pionu.
- Dobla… - Mruknąłem i złapałem jej dłoń, nie dlatego że to było mądre, tylko dlatego że alternatywą było jebnięcie o bruk z impetem godnym sterty mokrego śniegu spadającej z dachu, a mieliśmy dopiero październik, i to żenująco pogodny. Świat dookoła był zbyt jasny, zbyt poranny i zbyt prawdziwy. Słońce wzeszło jakby specjalnie, żeby nam dopierdolić. Kac zaczynał się podnosić we mnie jak fala - ta, którą widzisz z daleka i wiesz, że zaraz cię pierdolnie, ale nie możesz już zrobić nic poza przyjęciem jej na klatę. Czoło mi pulsowało, gardło paliło, łydki drżały - całe ciało przypominało mi o każdym możliwym grzechu z ostatnich dwunastu godzin.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)