Nie zadawała pytań, nie zastanawiała się nad tym dokąd idą. Pozwoliła się prowadzić, właściwie to wyglądało trochę bardziej jakby ciągnął ją za sobą, ledwie nadążała za nim stawiać kroki. Jakimś cudem udało jej się nie potknąć się o żaden krawężnik, o żadną wystającą kostkę brukową, to był spory sukces, zważając na tempo tej wędrówki, do którego nie do końca była przystosowana. Zresztą mało kto byłby w stanie za nim nadążyć, nie oszukujmy się - Benjy poruszał się wyjątkowo szybko, miał długie nogi i predyspozycje, które sprzyjały zapierdalaniu w siną dal.
Wiedziała, że dobrze zrobili ewakuując się sprzed Wiwerny. Co chwila ktoś tam trzaskał drzwiami, wchodził i wychodził, a oni stali przed pubem i dyskutowali całkiem zaciekle, co mogło powodować pytania u ludzi, którzy zdecydowanie nie powinni się nimi interesować.
To, że w ogóle doszło między nimi do tej konfrontacji było zbiegiem okoliczności. Nie bywała często w Wiwernie - miała ochotę odetchnąć, wypić jednego drinka po pracy i pójść do domu, nawet nie do swojego domu, a domu rodziców, bo własnego już nie miała. Nic już nie miała, a przynajmniej w tej chwili tak jej się wydawało, wszystko straciła w przeciągu niecałych dwóch tygodni. Zasługiwała na medal, albo jakieś inne odznaczenie, tak doskonale radziła sobie ze spadaniem.
Zacisnął palce na jej dłoni dość mocno, nie na tyle, żeby ją to zabolało, ale jednak nie dało się ignorować tego dotyku, nie próbowała zresztą nadal go przerwać. Szła za nim, mijali kolejne kamienice, kolejne bramy, nie skupiała się na tym, czy znała okolicę, czy nie, całą swoją uwagę angażowała w to, aby się nie potknąć, bo nie chciała oglądać podłoża ze zbyt bliska, niby wiedziała, że nie pozwoli jej upaść, ale jednak ostrożność była wpisana w typowe dla niej zachowanie.
Nie do końca wiedziała, jaki był sens w tym, aby razem teraz przemierzali tę drogę, wiele już między nimi padło, być może nie dokończyli tej rozmowy, ale czuła, że może to się zakończyć dla nich nie najlepiej. Mimo wszystko szła za nim, jakby to naprawdę było najbardziej właściwą rzeczą, jaką mogła w tej chwili zrobić. Nie do końca zastanawiała się nad tym, co ma mu jeszcze do przekazania, w sumie większość już padła z jej ust, ale szła dalej, jakby jeszcze istniała jakaś nadzieja na to, że jeśli pozwoli mu się zaprowadzić gdziekolwiek właśnie teraz zmierzał to uda im się jakoś z tego wybrnąć.
Nie była do końca pewna, czy on chce, żeby zanim szła, czy wręcz przeciwnie, był wkurwiony, nie dało się tego nie zauważyć, mógł odwrócić się na pięcie i zniknąć w mroku, gdyby faktycznie miał wszystko gdzieś zapewne tak by zrobił, a może wręcz przeciwnie zamierzał dać jej to, o czym mu wspominała, może wymusiła na nim to pożegnanie, którego brakowało jej do zakończenia ich całej historii, krótkiej, bardzo intensywnej, wartej zapamiętania, a jednak nie do końca szczęśliwej. Powinna wiedzieć, że w jej życiu nie było miejsca na szczęśliwe zakończenia, w końcu żyła głównie wspomnieniami, swoimi i innych.
Nie wiedziała ile przeszli podwórek, ile kamienic minęli, miała nadzieję, że niedługo dotrą na miejsce, bo jej nogi raczej nie poradziłyby sobie z długą drogą, nie była przygotowana na piesze wędrówki - jak zawsze. Pantofelki stukały o bruk bardzo cicho, niemalże bezgłośnie, ale jednak nadal szła za nim. Czuła ciężar jego dłoni na swojej, czuła ciepło, za bardzo się na nim skupiała, bo przecież próbowała się od tego dystansować, próbowała wprowadzać jakieś granice, żeby znowu nie utonąć.
Zorientowała się, gdzie dokładnie są dopiero kiedy Benjy zatrzymał się przed jedną z kamienic. Powinna się domyślić, że Ambroise da mu klucze do ich dziupli, w końcu się przyjaźnili, mógł ją jednak przed tym ostrzec, mógł przekazać jej, że może w tej ich bezpieczniej przestrzeni znaleźć się ktoś jeszcze, przynajmniej by się na to przygotowała, chociaż znając ją pewnie nie postawiłaby tu szybko swojej stopy, by nie doprowadzać do konfrontacji, bo niby chciała wyjaśnień, a z drugiej strony obawiała się tego, co mogłaby usłyszeć. Zresztą, czy Fenwick naprawdę był osobą przed którą powinien ją ostrzegać, no nie, to nie miało sensu, nic właściwie nie miało sensu.
Widziała jak się męczył, jak próbował otwierać drzwi tą ręką, która wcześniej zrobiła mu za tarczę, miała ochotę wyrwać mu ten klucz z dłoni, otworzyć te drzwi, aby się nie męczył, jednak tego nie zrobiła. Czekała, aż w końcu drzwi zostaną otwarte, nie chciała wchodzić mu w drogę, obawiając się tego, że każdy jej kolejny gest mógł go bardziej rozjuszyć, widziała przecież w jakim stanie się znajdował.
Weszli wreszcie do środka, nie rozglądała się po tym niewielkim mieszkaniu, doskonale znała jego układ, zapewne gdzieś można było tu znaleźć książki, które należały do niej, te, które zostawiała Ambroise'owi do przeczytania.
Wypuścił jej dłoń, chwilę jeszcze czuła ciepło na nadgarstku, ale później zrobił kilka kroków w przód, co przerwało ten dotyk. Przetarła odruchowo kciukiem miejsce, w którym przed chwilą ją trzymał. Póki co nic nie mówiła, czekała, właściwie nie do końca wiedziała na co. Mieli kontynuować tam gdzie przerwali? Droga, którą przeszli, zimny, jesienny wieczór nie spowodowały, że emocje opadły, nie wydawało jej się, aby szybko przetrawili to, co się wydarzyło, może lepiej więc po prostu przejść dalej, skończyć to, mieć za sobą, by nie psuć sobie krwi zbyt wiele razy.
Wiedziała, że jego ręka wymaga opatrzenia, miała ze sobą podręczny zestaw uzdrowiciela, jednak nie spytała, czy mu pomóc, w ogóle mogła jeszcze o to pytać? Trudno jej się było odnaleźć w tej całej sytuacji, bo niby pogodziła się z tym, że postanowił ją opuścić, starała się to zaakceptować i jakoś z tym poradzić, a jednak przyszła tutaj z nim z jakiegoś powodu, na coś liczyła, tylko na co?
Westchnęła ciężko, w powietrzu dało wyczuć się ciężar rozmowy, która nie miała ich ominąć, im szybciej to zrobią tym lepiej, oczyszczą atmosferę, tak jasne, już ona doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak doskonale potrafili to robić.
Odwrócił się gwałtownie, spoglądał na jej twarz, nie spuszczała wzroku, nie unikała jego spojrzenia, wpatrywała się w niego równie intensywnie, czekając, aż wreszcie któreś z nich zacznie mówić, widziała w nim wściekłość, którą chyba sama spowodowała, tego przecież chciała. Zależało jej na tym, aby go zranić i chyba jej się to udało. Tylko, że w tej chwili jakoś nie czerpała z tego powodu satysfakcji, nie podobało jej się, że znaleźli się tutaj w takim stanie, właściwie bardzo brutalnie niszczyli to, co jeszcze niedawno wydawało się być całkiem właściwie, to nie powinno ich spotkać.
Zbliżył się do niej o krok, przymknęła na sekundę oczy, właściwie to na ułamek sekundy, niby chciała, żeby znajdował się coraz bliżej niej, a z drugiej strony wiedziała, że ta bliskość może wpłynąć na racjonalność jej myśli, nigdy nie potrafiła ich zbierać, gdy znajdował się w takiej odległości, zapominała o całym czarodziejskim świecie, tym razem nie mogła sobie na to pozwolić.
Wypuściła głośno powietrze, kiedy usłyszała, co miał jej do powiedzenia. Oczywiście, że musiał poruszyć go jej ton, ale to była reakcja obronna, nic nowego. Gdy Prue nie radziła sobie z tym, co działo się w rzeczywistości przechodziła w ten dziwny tryb, wyłączała emocje, właściwie to starała się udawać, że nie istnieją. Mówiła o wielu rzeczach, tylko bardzo rzeczowo, bezuczuciowo, jakby wydawało jej się, że dzięki temu nie będzie jej to ranić. Gówno prawda, w środku rozsypywała się na milion kawałków, ale przynajmniej z pozoru wyglądała jakby była w całości. Nie znosiła pokazywać tego, jak się czuła, i tak otworzyła się przed nim bardziej, niż przed kimkolwiek innym, ale teraz reagowała niczym jeż, wyciągała te swoje kolce, które przybierały postać chłodu.
- Jeśli coś jest powtarzalne, to zaczynasz się do tego przyzwyczajać. - Ciągnęła dalej, nadal tym samym tonem, nie chciała pęknąć, pokazać mu do jakiego stanu ją doprowadził, a była naprawdę bardzo bliska, żeby to zrobić.
- Dwa tygodnie temu pieprzyliśmy się w mojej kuchni, bawiliśmy się też w dom, którego chyba nie potrzebowałeś. - Głos jej drgnął, Prue zdecydowanie nie była dobra w konfrontacjach, nie w takich.
- A co innego mi pozostało? Mam się rozpaść? Rozsypać na Twoich oczach, tego chcesz? Przykro mi, ale próbuję sobie jakoś z tym radzić. - Oczy jej błyszczały, naprawdę do tego zmierzał, miała przestać się dystansować, oczywiście. Zacisnęła swoje dłonie w pięści, naprawdę ją wkurzał, ale jednak nadal nie wyszła z tego obskurnego mieszkania, chociaż stała bardzo blisko drzwi.
- Pewnych naleciałości jak widać nie da się pozbyć. - Odbąknęła niemalże od razu. Pasowało to do niej, pani z kostnicy, która potrafiła się od wszystkiego odciąć, udawać, że nic ją nie rusza, podchodzić do wszystkiego na chłodno, tyle, że nie czuła, żeby faktycznie w tym przypadku to działało.
- Siebie już dawno przestałam oszukiwać. - Miała ochotę kopnąć go w łydkę, może w kostkę, przeniosła wzrok na jego nogi, tak, żeby poczuł jej złość, przemoc jednak nie była jej odpowiedzią, wróciła więc wzrokiem do jego twarzy, przy okazji założyła sobie ręce na piersiach, nie była zadowolona z tego, w jaki sposób rozmawiali. Nie podobało jej się to, i niby chciała wyrzucić z siebie wszystko, w zupełnie inny sposób, ale obawiała się, że wtedy zupełnie się spali i nic z niej nie zostanie. Przeniosła wzrok na swoje buty, które zupełnie nie pasowały do tego miejsca, wpatrywała się w nie krótką chwilę.
- A nie wiem, czy Ty jesteś gotowy na prawdę. - Dodała jeszcze cicho, nie powinna tego mówić, bo wiedziała, do czego zmierza, ale jednak sięgnęła po te słowa, najwyżej faktycznie będzie to moment, w którym nie będzie miała innej opcji, jak przyznać się do wszystkiego, co zaczęło się z nią dziać, będzie musiała sobie poradzić z nazwaniem tych emocji, jakoś powinna sobie z tym poradzić.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control