26.02.2023, 18:44 ✶
Zamrugała mało przytomnie, jakby to miało pomóc w tym, że nagle zacznie widzieć o wiele lepiej niż przed tą czynnością. Niespodzianka: nie widziała. Nadal wszystko było jakieś takie, dziwne, obce, nienaturalne. A ciało zdawało się należeć do kogoś zgoła innego, jakby nie miała nad nim kontroli.
Choć przecież miała. Jakąś. Skoro była w stanie podeprzeć się dość niemrawo dłonią czy też mocniej plecami, to jeszcze nie było tragedii z gatunku „petrificus totalus”, obecny tan bliższy był „drętwocie”, ale i też miała całkiem niezła pewność co do tego, iż nie oberwała żadnym zaklęciem. Zresztą, choć objawy w pewnych aspektach się pokrywały, to na dłuższą metę…? Umysł jeszcze działał na tle, by odpowiednio połączyć kropki – i co za tym idzie – dojść do wniosku, że przyczyna takiego stanu rzeczy jednak musi być inna niż pospolite zaklęcie, rzucone z przyczajki.
Mruganie nie działało, więc na chwilę po prostu zamknęła oczy, próbując zmusić swoje rozbiegane myśli do jakiejkolwiek współpracy. Chaos, jeden wielki chaos – dokładnie to działo się w umyśle Clare, próbującej poskładać wszystko do kupy, niczym rozbity na milion kawałeczków przedmiot.
W każdym razie: nie była tu jednak sama. Sojusznik? Wręcz przeciwnie? Sądząc z wypowiadanych słów chyba znalazł się w dość podobnej sytuacji, co ona, ale…
… nikomu nie należało ufać. Nikomu. Jedyne osoby, którym powierzenie własnego życia mogłaby rozważyć, znajdowały się gdzieś indziej i… pozostawały nieświadome tego, iż wraz z pogrzebem cykl życia pochowanej kobiety wcale nie został nieodwracalnie zakończony. Stąd też wolną dłonią zaczęła szukać własnej różdżki, tak na wszelki wypadek.
Choć rzucanie czarów w obecnej sytuacji mogło nie być najlepszym możliwym posunięciem. Z drugiej strony, różdżka w dłoni mogła też stanowić ostrzeżenie i sprawić, że potencjalny napastnik zastanowiłby się tak z kilka razy, zanim by ostatecznie podjął decyzję o przejściu do rzeczy.
Sama, w każdym razie, nie planowała atakować jako pierwsza, tym bardziej że – przynajmniej na razie – nie miała ku temu racjonalnego powodu.
- Gdzie… gdzie my w ogóle jesteśmy…? – spytała dość słabo, ponawiając próbę dźwignięcia się na nogi. Cholera, miała wrażenie, że w tej chwili dwie to jednak za dużo i zaraz się niemiłosiernie poplączą czy coś w ten deseń…
Choć przecież miała. Jakąś. Skoro była w stanie podeprzeć się dość niemrawo dłonią czy też mocniej plecami, to jeszcze nie było tragedii z gatunku „petrificus totalus”, obecny tan bliższy był „drętwocie”, ale i też miała całkiem niezła pewność co do tego, iż nie oberwała żadnym zaklęciem. Zresztą, choć objawy w pewnych aspektach się pokrywały, to na dłuższą metę…? Umysł jeszcze działał na tle, by odpowiednio połączyć kropki – i co za tym idzie – dojść do wniosku, że przyczyna takiego stanu rzeczy jednak musi być inna niż pospolite zaklęcie, rzucone z przyczajki.
Mruganie nie działało, więc na chwilę po prostu zamknęła oczy, próbując zmusić swoje rozbiegane myśli do jakiejkolwiek współpracy. Chaos, jeden wielki chaos – dokładnie to działo się w umyśle Clare, próbującej poskładać wszystko do kupy, niczym rozbity na milion kawałeczków przedmiot.
W każdym razie: nie była tu jednak sama. Sojusznik? Wręcz przeciwnie? Sądząc z wypowiadanych słów chyba znalazł się w dość podobnej sytuacji, co ona, ale…
… nikomu nie należało ufać. Nikomu. Jedyne osoby, którym powierzenie własnego życia mogłaby rozważyć, znajdowały się gdzieś indziej i… pozostawały nieświadome tego, iż wraz z pogrzebem cykl życia pochowanej kobiety wcale nie został nieodwracalnie zakończony. Stąd też wolną dłonią zaczęła szukać własnej różdżki, tak na wszelki wypadek.
Choć rzucanie czarów w obecnej sytuacji mogło nie być najlepszym możliwym posunięciem. Z drugiej strony, różdżka w dłoni mogła też stanowić ostrzeżenie i sprawić, że potencjalny napastnik zastanowiłby się tak z kilka razy, zanim by ostatecznie podjął decyzję o przejściu do rzeczy.
Sama, w każdym razie, nie planowała atakować jako pierwsza, tym bardziej że – przynajmniej na razie – nie miała ku temu racjonalnego powodu.
- Gdzie… gdzie my w ogóle jesteśmy…? – spytała dość słabo, ponawiając próbę dźwignięcia się na nogi. Cholera, miała wrażenie, że w tej chwili dwie to jednak za dużo i zaraz się niemiłosiernie poplączą czy coś w ten deseń…
349/827