24.11.2025, 18:34 ✶
Podniosła powoli spojrzenie na seniorkę rodu. Czego potrzeba Donaldowi Mulciberowi, Philomeno? Zdawała się pytać, choć lekko uniesiony, drżący w rozbawieniu kącik ust zdradzał to co chciała wiedzieć najbardziej.
Bo przecież nie tylko Donald był tym wielkim nieobecnym, prawda?
Gdzie jest Diana? Gdzie twój mały klejnot rodu Burke, za który zapłaciłaś ukochanym wnukiem? Leży zaćpany na kolejnym odwyku, bo przecież wszyscy wiedzą. Wszyscy widzą co się stało z tą rodziną.
Ale nie wchodziła z Mulciberową w żadną werbalną czy niewerbalną potyczkę. Po prostu grzecznie oddała rozgrzebany talerz służącym. Trochę jak dziecko, które nie chce być zatrzymane po kolacji przy stole. Niech oddadzą resztki psom.
A kto to?
Przełknęła z trudem ślinę. Co odpowiedzieć matce, która nie pamięta swoich synów? Co odpowiedzieć tej, która pamiętać ich nie chce.
- Nikt taki.- Powiedziała w końcu. Próżno było szukać w głosie Lorien czegoś więcej poza suchą obojętnością.
Wzrok, który wcześniej miała utkwiony w Philomenie, bardzo powoli, wypowiadając dwa proste słowa, przeniosła na Alexandra. Nikt taki. Nikt ważny. Tak zwyczajnie w świecie ktoś po prostu nieistotny.
Babka mogła to wszystko nazywać szopką czy teatrzykiem. Mogła sobie prychać, parskać pod nosem, mrużyć zdegustowana oczy i ściągać brwi. Ale nic nie zmieniało faktu, że Lorien tu była. Ciałem i duchem. Nie dla niej. Zdecydowanie nie dla reszty dalszej zebranych przy stole. I z pewnością nie dla zwłok na rodzinnym cmentarzu. Była tu, bo tu był jej dom. Czy się to komuś podobało czy nie.
Podziękowała służącemu, który podstawił pani nowy, czysty talerz. Nałożyła sobie pieczonego mięsa i wyjątkowo nawet nie zaczęła go rozdrabniać. Tylko troszkę. Zdążyła przełknąć jeden kęs, by następnie znów nachylić się w stronę Seliny, gdy ta zaczęła mówić o… żabach? Jeziorko w lesie. Bezwiednie uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Och tak pamiętała. To było to okropne bagnisko, gdzie Alex wpadł po kolana w błoto a potem wciągnął ją.
- Dobrze, pójdziemy tam ciociu. Kiedy zrobi się trochę cieplej.
Obietnica bez pokrycia, jakich wiele się tu składało.
- Weźmiemy Scarlett. Tak jak ostatnio, gdy była z nami w ogrodzie.- Dodała jeszcze, posyłając ciepły uśmiech siedzącej naprzeciw dziewczynie.
Dokładnie taki sam, którym obdarzyła ją zaledwie parę dni wcześniej. To był wieczór, jak ich ostatnio wiele, gdy młoda Mulciberówna zdecydowała się spędzić czas w Mulciber Manor. Siedziały więc obie w salonie, zajęte najbardziej irracjonalną czynnością na świecie - zawijaniem delikatnej granatowej włóczki w motki, których używała Selina do dziergania szali. Nie był to specjalnie absorbujący proces, ale wymagał precyzji, czasu i co najmniej dwóch osób. “Cieszę się, że spędzasz z nią czas.” powiedziała wówczas, patrząc czy użyte zaklęcie nie plącze cienkich nitek. “Widzisz Scarlett, kiedy mnie zabraknie… Alex będzie potrzebował pomocy. Poradzi sobie, ale ty musisz być dla Seliny. Ona nie ma tu już nikogo innego.”
Kolejny kęs mięsa przełknęła, gdy temat zszedł na pożary. Złapała spojrzenie brata. Nie lubiła go… Takim. To nie był jej Alexander. Nie lubiła jego obojętności. Wtedy stawał się prorokiem całego świata, a nie jej… No właśnie. Kim był jej Alexander. To nie miało znaczenia.
Podobnie jak i pytanie, które zamarło nad stołem. Nie odpowiedziała na nie. Nie kiedy pytał tym tonem. Co miałaby odpowiedzieć?
Mojego Londynu już nie ma.
Pokręciła przecząco głową i zacisnęła usta. Jedyny znak, że odpowiedzi na pytanie nie usłyszy.
Zamiast tego postukała pazurami o pokryty obrusem blat stołu. Dostrzegła spojrzenie jakie Charlotte rzuciła panu na Mulciber Manor. Nie tak się zachowują damy. A przecież dobrze jej szło. Im obu, bo i na Scarlett nie mogła narzekać. Przypomniała sobie nieszczęsną Sophie na nieszczęsnym wieczorku u Agnes Delacour. Tak zagubioną, tak nieodpowiednią w nieodpowiednim miejscu. Porażkę.
Odchrząknęła, żeby zwrócić na siebie uwagę młodych panien. Sama się zresztą wyprostowała w swoim krześle, tak jakby małe przepióreczki miały podążyć za wskazówkami.
Wyprostuj się. Łokcie ze stołu. Uśmiechaj się. Bądź widziana, a nie słyszana.
Nie wiedziała nic o wychowaniu Scarlett (choć mogła podejrzewać, że dziecko bez matki chowało się samo, bo egoistyczny ojciec nigdy się ponownie nie ożenił, by zapewnić dzieciom kobiecą dłoń i nauki), ale widziała jak dorastała mała Charlotte. Obie jednak powinny znać zasady.
- Wszyscy ponosimy konsekwencję gwałtu na prawie jakim był zamach z 8. września, mia dolce piccolina- Odłożyła powoli widelec, opierając go o talerz.- Ciężko wierzyć w roztropność i pomyślunek zwykłych fanatyków, gdy ofiarami stają się rody, których czystość krwi i wierność starym prawom Kodeksu Tajności Czarodziejów jest niekwestionowana. Niestety ten akt przemocy był nie tylko oznaką kompletnego braku smaku i wyczucia, ale przede wszystkim poplecznicy tego człowieka, którego imię nie jest warte wspomnienia, udowodnili, że nie znają naszych tradycji i kultury. Nie zdziwiłabym się, gdybyś stała się, moja słodka Lotte, ofiarą brudnokrwistego głupca. Nie wierzę, że ktoś ze starych rodów przystałby na tak plugawą ideę jak spopielenie bezcennych zabytków i serca magicznej kultury jaką jest nasza ulica Pokątna. Nie mówiąc o zniszczeniach w Dolinie Godryka i Little Hangleton.