24.11.2025, 21:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2025, 21:02 przez Benjy Fenwick.)
Skrzywiłem się od odruchu - nie dlatego, że mnie przepraszała, tylko dlatego, że mój mózg protestował przeciwko jakimkolwiek dźwiękom powyżej szeptu. Jej głos odbijał mi się pod czaszką jak metalowy kubek o ścianę. A potem zaczęła… próbować być miła - to było… Kurwa, dziwaczne, kiedy usłyszałem jej „Benjy, słoneczko…”, spojrzałem na nią z takim powolnym, bolesnym zdziwieniem, jakby właśnie zaczęła przemawiać głosem jakiejś prezenterki telewizji śniadaniowej. Autentycznie przeszedł mnie dreszcz, taki nieprzyjemny, jak przy dotykaniu ciepłej deski w toalecie dworcowej.
- Nie… Nie lób tak. - Wydukałem, unosząc lekko rękę w obronnym geście. Jej twarz też natychmiast wygięła się w obrzydzeniu, więc chociaż tyle było normalne. - To jest stlaszniejsze nisz woda. - Skrzywiłem się, zacisnąłem powieki, a potem je otworzyłem, bo zamknięte bolały tak samo jak otwarte. Na szczęście szybko wróciła do swojej naturalnej, soczystej wersji, którą znałem - tej od słownika składającego się z ośmiu czasowników i czterech przekleństw - do „Benjy, kurwa”, które pasowało do niej idealnie, jak butelka whiskey do mojej dłoni w lepszych czasach. „Musimy zapierdalać” - o, to było znajome, to było bezpieczne, to nie kłuło mnie w mózg, to miało sens. Aż parsknąłem czymś, co miało być śmiechem, a wyszło bardziej jak kaszel po dwóch paczkach papierosów.
Podciągnęła mnie na nogi, a ja przez sekundę byłem pewien, że grawitacja miała do mnie osobisty żal - utrzymanie równowagi okazało się bardziej zaawansowane niż cała ta magia, którą czasem musiałem odczyniać. Zamiast odpowiedzieć od razu, poczułem jak gardło samo składa mi się w gorzki, prosty wniosek - ten ból głowy, te kolana, te plecy, to jebane słońce… I ta świadomość, że zaraz będziemy musieli stanąć przed Ambroise’em, a ja będę wyglądał jakbym spał w śmietniku i bił się z lisem. Zawahałem się, popatrzyłem na jej rękę, wciąż gotową mnie złapać, a potem westchnąłem.
- Sam…? - Powtórzyłem po niej, przechylając się odrobinę w lewo, zanim odruchowo odbiłem się w prawo i wróciłem mniej więcej do pionu. Dwa kroki w prawo, dwa w lewo, jakbym tańczył z nią jakiś pierdolony walczyk. Złapałem równowagę dopiero po trzech podejściach. Wzrok mi się ustabilizował… Mniej więcej - to "mniej więcej" oznaczało, że nadal widziałem dwa jej nosy, ale przynajmniej tylko jedną głowę. - Nie wiem, czy jestem gotów na to, szeby Loise zobaczył, jak mnie niesiesz, jak świeżo złowionego jelenia. - Rzuciłem, zrobiłem kolejny krok sam. Drugi. Trzeci… Świat lekko odpłynął, ale stałem. - Okej, dobrze, dotlę. Jakoś. Mose. Pomyślmy posytywnie. - Chociaż brzmiało to tak, jakby ktoś kazał mi wierzyć, że cierpienie uszlachetnia. Właściwie… Zerknąłem na nią z ukosa, gdy zrozumiałem, że mój organizm miał w tym momencie jedno, absolutnie priorytetowe żądanie - i nie było to „odpocznij, Benjy”, „napij się wody, Benjy”, ani „zastanów się nad swoim życiem, Benjy”, „dotknij trawy, Benjy, dotknij trawy”.
- I… - Spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, lekko przechylony, jakbym sam siebie próbował przekonać, że to, co powiem, jest w pełni racjonalne. Zawahałem się, bo brzmiało to idiotycznie serio, ale trudno, życie było już wystarczająco żenujące. - Wiesz, że to… Eee… Tak naplawdę goszej będzie, jak kompletnie wytsześwieję. Potszebuję… - Uprzedziłem ją, z tym rodzajem powagi, jaką ma człowiek, którego decyzje od lat uzależniały się od jednego magicznego czynnika - alkoholu - tego, który naprawdę zastanawiał się, czy spirytus techniczny dałby mu jakąkolwiek ulgę. - Czegokolwiek, co ma plocenty. Cokolwiek. Wóda, bimbel, lakija, spilyt, denatulat, płyn do szyb i bułka… - Wymieniłem, licząc na palcach, chociaż palce mi się myliły. - Czaisz nie?
Małe, malutkie. Tylko na drogę pod górę.
- Nie… Nie lób tak. - Wydukałem, unosząc lekko rękę w obronnym geście. Jej twarz też natychmiast wygięła się w obrzydzeniu, więc chociaż tyle było normalne. - To jest stlaszniejsze nisz woda. - Skrzywiłem się, zacisnąłem powieki, a potem je otworzyłem, bo zamknięte bolały tak samo jak otwarte. Na szczęście szybko wróciła do swojej naturalnej, soczystej wersji, którą znałem - tej od słownika składającego się z ośmiu czasowników i czterech przekleństw - do „Benjy, kurwa”, które pasowało do niej idealnie, jak butelka whiskey do mojej dłoni w lepszych czasach. „Musimy zapierdalać” - o, to było znajome, to było bezpieczne, to nie kłuło mnie w mózg, to miało sens. Aż parsknąłem czymś, co miało być śmiechem, a wyszło bardziej jak kaszel po dwóch paczkach papierosów.
Podciągnęła mnie na nogi, a ja przez sekundę byłem pewien, że grawitacja miała do mnie osobisty żal - utrzymanie równowagi okazało się bardziej zaawansowane niż cała ta magia, którą czasem musiałem odczyniać. Zamiast odpowiedzieć od razu, poczułem jak gardło samo składa mi się w gorzki, prosty wniosek - ten ból głowy, te kolana, te plecy, to jebane słońce… I ta świadomość, że zaraz będziemy musieli stanąć przed Ambroise’em, a ja będę wyglądał jakbym spał w śmietniku i bił się z lisem. Zawahałem się, popatrzyłem na jej rękę, wciąż gotową mnie złapać, a potem westchnąłem.
- Sam…? - Powtórzyłem po niej, przechylając się odrobinę w lewo, zanim odruchowo odbiłem się w prawo i wróciłem mniej więcej do pionu. Dwa kroki w prawo, dwa w lewo, jakbym tańczył z nią jakiś pierdolony walczyk. Złapałem równowagę dopiero po trzech podejściach. Wzrok mi się ustabilizował… Mniej więcej - to "mniej więcej" oznaczało, że nadal widziałem dwa jej nosy, ale przynajmniej tylko jedną głowę. - Nie wiem, czy jestem gotów na to, szeby Loise zobaczył, jak mnie niesiesz, jak świeżo złowionego jelenia. - Rzuciłem, zrobiłem kolejny krok sam. Drugi. Trzeci… Świat lekko odpłynął, ale stałem. - Okej, dobrze, dotlę. Jakoś. Mose. Pomyślmy posytywnie. - Chociaż brzmiało to tak, jakby ktoś kazał mi wierzyć, że cierpienie uszlachetnia. Właściwie… Zerknąłem na nią z ukosa, gdy zrozumiałem, że mój organizm miał w tym momencie jedno, absolutnie priorytetowe żądanie - i nie było to „odpocznij, Benjy”, „napij się wody, Benjy”, ani „zastanów się nad swoim życiem, Benjy”, „dotknij trawy, Benjy, dotknij trawy”.
- I… - Spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, lekko przechylony, jakbym sam siebie próbował przekonać, że to, co powiem, jest w pełni racjonalne. Zawahałem się, bo brzmiało to idiotycznie serio, ale trudno, życie było już wystarczająco żenujące. - Wiesz, że to… Eee… Tak naplawdę goszej będzie, jak kompletnie wytsześwieję. Potszebuję… - Uprzedziłem ją, z tym rodzajem powagi, jaką ma człowiek, którego decyzje od lat uzależniały się od jednego magicznego czynnika - alkoholu - tego, który naprawdę zastanawiał się, czy spirytus techniczny dałby mu jakąkolwiek ulgę. - Czegokolwiek, co ma plocenty. Cokolwiek. Wóda, bimbel, lakija, spilyt, denatulat, płyn do szyb i bułka… - Wymieniłem, licząc na palcach, chociaż palce mi się myliły. - Czaisz nie?
Małe, malutkie. Tylko na drogę pod górę.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)