25.11.2025, 12:53 ✶
Przez chwilę zdawało się jej, że…
…czy ten dom płonął?
Nie.
Zacisnęła powieki. Odetchnęła kilka razy. Niby po wizycie u Philippy było lepiej niż do tej pory, ale… wciąż miewała omamy i momentami zastanawiała się, czy jednak nie powinna być zamknięta w Lecznicy Dusz. Dopiero głos miejscowego kowala sprawił, że otworzyła oczy i automatycznie przywołała na twarz uśmiech. I próbowała nie myśleć o ogniu i o prześladujących ją omamach.
– Cześć, Hjalmar. Obawiam się, że dziś nie wzięłam ze sobą pączków, ale daję słowo, że zadbam o to następnym razem – powiedziała i ruszyła ku niemu, by wejść na teren posesji. – Naprawdę? To dobrze. Ja tylko w wilczej postaci i tylko złych gości. I nie trzeba niczego do jedzenia, nie jestem głodna – zapewniła, chociaż gdy weszli do środka, nie wzbraniała się przed nastawianiem wody na herbatę: bo to było coś, co normalni ludzie po prostu oferowali gościom i czego nie wypadało odmówić. Nawet jeżeli w jakimś trudnym do powstrzymania odruchu na pewno miała obserwować, jak to robił, zaprzestając na moment rozglądania się. Nie wierzyła, że Hjalmar dodałby jej coś do herbaty, ale chyba nie umiała już po prostu całkiem odłożyć podejrzliwości na bok.
– Cieszę się, że nie ucierpieliście. U was… poszły tylko okna? – spytała, na moment zwracając spojrzenie ponownie ku oknom. – Dzieje się tu coś jeszcze? Obawiam się, że sporo domów nie tylko spłonęło, w niektórych też pojawiają się jakieś dziwne runy, ruchome ślady i tak dalej…
Runa na ścianie jej kamienicy, ślady dłoni, pnące się po wnętrzach klubokawiarni, dziwny strach, który towarzyszył każdemu, kto wszedł do Pękatej Fiolki. Wreszcie ciemność, która zagnieździła się w ścianach Warowni.
Nie umiała się dopatrzeć w tym żadnego wzoru. Niektóre miejsca nie ucierpiały, inne tak. Czy te, które nie spłonęły, pozostały nietknięte, bo tak postanowili śmierciożercy? Czy to był tylko przypadek?
– Pewnie macie teraz od cholery i trochę pracy, przepraszam, że zawracam teraz głowę.
…czy ten dom płonął?
Nie.
Zacisnęła powieki. Odetchnęła kilka razy. Niby po wizycie u Philippy było lepiej niż do tej pory, ale… wciąż miewała omamy i momentami zastanawiała się, czy jednak nie powinna być zamknięta w Lecznicy Dusz. Dopiero głos miejscowego kowala sprawił, że otworzyła oczy i automatycznie przywołała na twarz uśmiech. I próbowała nie myśleć o ogniu i o prześladujących ją omamach.
– Cześć, Hjalmar. Obawiam się, że dziś nie wzięłam ze sobą pączków, ale daję słowo, że zadbam o to następnym razem – powiedziała i ruszyła ku niemu, by wejść na teren posesji. – Naprawdę? To dobrze. Ja tylko w wilczej postaci i tylko złych gości. I nie trzeba niczego do jedzenia, nie jestem głodna – zapewniła, chociaż gdy weszli do środka, nie wzbraniała się przed nastawianiem wody na herbatę: bo to było coś, co normalni ludzie po prostu oferowali gościom i czego nie wypadało odmówić. Nawet jeżeli w jakimś trudnym do powstrzymania odruchu na pewno miała obserwować, jak to robił, zaprzestając na moment rozglądania się. Nie wierzyła, że Hjalmar dodałby jej coś do herbaty, ale chyba nie umiała już po prostu całkiem odłożyć podejrzliwości na bok.
– Cieszę się, że nie ucierpieliście. U was… poszły tylko okna? – spytała, na moment zwracając spojrzenie ponownie ku oknom. – Dzieje się tu coś jeszcze? Obawiam się, że sporo domów nie tylko spłonęło, w niektórych też pojawiają się jakieś dziwne runy, ruchome ślady i tak dalej…
Runa na ścianie jej kamienicy, ślady dłoni, pnące się po wnętrzach klubokawiarni, dziwny strach, który towarzyszył każdemu, kto wszedł do Pękatej Fiolki. Wreszcie ciemność, która zagnieździła się w ścianach Warowni.
Nie umiała się dopatrzeć w tym żadnego wzoru. Niektóre miejsca nie ucierpiały, inne tak. Czy te, które nie spłonęły, pozostały nietknięte, bo tak postanowili śmierciożercy? Czy to był tylko przypadek?
– Pewnie macie teraz od cholery i trochę pracy, przepraszam, że zawracam teraz głowę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.