25.11.2025, 19:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.11.2025, 19:31 przez Benjy Fenwick.)
Słońce łupało mnie w czaszkę, jakby miało wobec mnie osobistą wendettę, a ona stała nade mną i próbowała mówić „normalnie” - to było jak oglądanie kota, która stara się zachowywać jak królik - fascynujące, przerażające i absolutnie nie na miejscu. Kiedy wypłynęło z jej ust to nieszczęsne „Benjy, słoneczko…”, aż mi coś w czaszce chrupnęło.
- Bsmis, jakbyś mi miała zalas pszynieść naleśniki s konfitulą i powiedzieś, szebym się szybciutko ogalnął do szkoły. - Wymamrotałem, wykrzywiając się jak dziecko z muchami w nosie. - Zapleciesz mi walkoszyki? Nie chcę kucycka. - Wymamrotałem, bardzo mocno akcentując seplenienie przy tym ostatnim słowie. Nie wiedziałem, czy bardziej rozśmieszałem ją moim stanem, czy zażenowałem, ale to, jak się skrzywiła na własne słowa, utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiła wracając do swojego naturalnego, pięknego i brutalnie szczerego repertuaru wulgaryzmów.
- Widaś. - Mruknąłem. - I, kulwa, słychaś. - Burknąłem, kiedy rzuciła mi tę swoją ironiczną uwagę. Z jednej strony doceniałem gest, z drugiej… Morgana mi świadkiem, brzmiała jak aktorka-amatorka grająca matkę w podrzędnym przedstawieniu.
Wreszcie podniosłem się, a raczej podniosła mnie siła Geraldine w połączeniu z jej determinacją i moim pragnieniem, by nie rozpłaszczyć się na chodniku jak naleśnik bez konfitury. Bujało mną jak wahadłem, z tą różnicą, że wahadło zwykle trzymało jakiś rytm, ja nie trzymałem nic - może poza jej ramieniem, żeby nie pocałować betonu.
- Dzik to komplement w twojej kulturze rodzinnej? - Chciałem zapytać, ale nie zdążyłem, bo zrobiłem trzy kroki. Trzy. Kroki.
Kurwa, czułem się, jakbym zrobił kilkadziesiąt mil morskich. Prychnąłem z udawanym oburzeniem, ale miała rację - dzika bardziej niż człowieka można było we mnie znaleźć, jeśli chodziło o gabaryty, zapach i stopień kurwa nieprzewidywalności.
Widziałem, jak się we mnie wpatrywała - Geraldine patrzyła na mnie nie jak na partnera podróży, nie jak na znajomego, nie jak w człowieka, tylko jak w bombę, która za chwilę pierdolnie, i pewnie miała rację. Bez niej dawno już pocałowałbym chodnik, a nie byłby to mój pierwszy romans tego typu. Próbowałem udawać, że idę sam, próbowałem też udawać, że nie widzę, jak ona co chwilę gotowa jest mnie złapać. Próbowałem nawet wyglądać dumnie - żadne z tych podejść nie przyniosło skutku. Patrzyła na mnie z tą swoją miną, która mówiła: „No dalej, Benjy, zaskocz mnie”. A ja, zamiast zaskoczyć, zrobiłem to, co umiałem najlepiej - zawiodłem w spektakularny sposób. Chciałem jej powiedzieć coś mądrego - coś, co wzbudziłoby w niej chociaż odrobinę szacunku, ale wyszło ze mnie tylko:
- Ja? Optymista? Vai de pula mea, kochanie, ja tylko plóbuję nie umsześ. - Prawda była taka, że im mocniej alkohol ze mnie ulatywał, tym bardziej świat stawał się agresywnie rzeczywisty, każdy krok mnie kosztował, ruch wywoływał protest gdzieś pod skórą, w mięśniach, o których nawet nie wiedziałem, że je mam.
I wtedy przyszło to olśnienie, które uderzyło mnie w głowę jak mokra szmata - bez alkoholu zrobi się gorzej, więc gdy obiecała, że „ogarnie coś”, przysięgam, poczułem się jak przedszkolak, któremu oddano jego ulubiony kocyk, a za chwilę dostanie butelkę z ciepłym mlekiem. Z tym że moja wersja mleka mogła prawnie zostać sklasyfikowana jako broń chemiczna.
„Mam chleb.”
Zamachała mi bochenkiem przed oczami jak ksiądz kropidłem. Popatrzyłem - na chleb - na nią - na chleb - na nią. Stanąłem bardziej prosto, wyciągając rękę, chociaż „stanąłem” to za dużo powiedziane - ja się jedynie wyprostowałem i zacząłem falować na boki jak kurwa meduza na lądzie.
- Cudownie - powiedziałbym, gdyby nie zakręciło mi się w głowie - będę pił jak menel na cmentarzu, przez kromkę, błogosławiony niech będzie ten bochen. - Chleb oznaczał, że mogłem wypić absolutnie każdy trunek, nawet coś, co teoretycznie powinno czyścić podłogi - nic nie było niemożliwe.
Kazała mi oprzeć się przed wejściem do sklepu, miałem ochotę powiedzieć „nie każ mi, bo zasnę”, ale zrobiłem to - oparłem się o parapet - zimny, chropowaty, nieprzyjemny, idealny, żeby nie zasnąć, zdecydowanie mniej stabilny, niż powinien być, ale jednocześnie dość stabilny, by utrzymywać przy życiu kogoś o moim stopniu napierdolenia. Bez niego moje ciało pracowało w systemie „idę tam, gdzie mnie rzuci wiatr”. Słyszałem jeszcze jej oddalające się kroki, a potem tylko własny puls dudniący mi w głowie.
Kiedy wróciła, już z butelką - bez etykiety, bez jakiejkolwiek pieprzonej pewności, że nie było to coś, co powstało w garażu podzielonym z kurnikiem, czyli klasyka małomiasteczkowej alchemii - popatrzyłem na nią jak na zbawienie. Zbawienie niekoniecznie higieniczne, niekoniecznie legalne, ale jednak zbawienie.
- Melsi, micuța mea… - Znałem wiele sposobów na powiedzenie „maleńka” i jeszcze więcej słów na „kurwa”, ale „micuța mea” brzmiało najłagodniej, najczulej, jakkolwiek idiotycznie to wyglądało w ustach kolesia, który nadal zataczał się jak wójt po dożynkach. - Jesteś… - Zacząłem, potem zawahałem się, bo słowo „cudowna” to nie był mój styl, a „kurwa niezła” brzmiało jeszcze gorzej, w głowie miałem tylko słowa, które albo brzmiały zbyt ckliwie, albo zbyt obraźliwie. A Geraldine zasługiwała na coś pomiędzy. Próbowałem jej powiedzieć coś przyzwoitego, coś między „jesteś fantastyczna” a „jesteś moim zbawieniem”, ale żadne słowo nie pasowało.
Otworzyłem butelkę, odkorkowałem ją zębami, od razu tego żałując z powodu tej przeklętej jedynki - zapach walnął mnie w twarz jak otwarte drzwi stodoły w lipcu, w nozdrza uderzyło mnie charakterystyczne pierdolnięcie woltażu, który mógłby służyć do odrdzewiania lokomotyw - domowy specjał, brak etykiety nie kłamał - to mogło mnie albo postawić na nogi, albo wysłać do Morgany szybciej niż upadek z balkonu, ale miałem to absolutnie gdzieś.
- To jest… - Powąchałem jeszcze raz, ostrożniej. - To jest nielegalne w sześciu klajach, pszysięgam. - Zawyrokowałem, ale czy to miało mnie powstrzymać przed degustacją - no, niekoniecznie. - Dobla. Jak oślepnę, to powiem Ambloise’owi, sze to twoja wina. - Mruknąłem, po czym pociągnąłem solidny łyk. Duży, zbyt duży. W pierwszej sekundzie poczułem, jakby mi spaliło język. W drugiej - jakby spaliło mi przełyk. W trzeciej próbowałem oddychać. Zakrztusiłem się, złapałem powietrze, potem drugi raz, łzy zalały mi oczy, a głos wyszedł ze mnie jak przez papier ścierny:
- KUUUUUU– ekhm ekhm ekhm –WA.
Kaszlałem jeszcze chwilę, aż w końcu oparłem się z powrotem o parapet, sapiąc jak zmaltretowany osioł, ale po chwili, kiedy przełknąłem ogień, gdy mi się odkasłało i oczy przestały łzawić, poczułem to - to ciepło, ten spokój, błogi, alkoholowy całun rozlany po trzewiach. Westchnąłem przeciągle.
- Pyszniutkie. - Zawahałem się, spojrzałem na jej brzuch, potem na nią. - Pyszniutkie, naplawdę. - Wygiąłem usta w coś, co mogło uchodzić za uśmiech. - Szkoda, sze zachciało ci się pszedłuszaś linię lodową, bo byś sobie tesz walnęła. Idealne na polanek jak ten. - Mruknąłem i odchrząknąłem, co zabrzmiało jak kaszel gruźlika.
- Bsmis, jakbyś mi miała zalas pszynieść naleśniki s konfitulą i powiedzieś, szebym się szybciutko ogalnął do szkoły. - Wymamrotałem, wykrzywiając się jak dziecko z muchami w nosie. - Zapleciesz mi walkoszyki? Nie chcę kucycka. - Wymamrotałem, bardzo mocno akcentując seplenienie przy tym ostatnim słowie. Nie wiedziałem, czy bardziej rozśmieszałem ją moim stanem, czy zażenowałem, ale to, jak się skrzywiła na własne słowa, utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiła wracając do swojego naturalnego, pięknego i brutalnie szczerego repertuaru wulgaryzmów.
- Widaś. - Mruknąłem. - I, kulwa, słychaś. - Burknąłem, kiedy rzuciła mi tę swoją ironiczną uwagę. Z jednej strony doceniałem gest, z drugiej… Morgana mi świadkiem, brzmiała jak aktorka-amatorka grająca matkę w podrzędnym przedstawieniu.
Wreszcie podniosłem się, a raczej podniosła mnie siła Geraldine w połączeniu z jej determinacją i moim pragnieniem, by nie rozpłaszczyć się na chodniku jak naleśnik bez konfitury. Bujało mną jak wahadłem, z tą różnicą, że wahadło zwykle trzymało jakiś rytm, ja nie trzymałem nic - może poza jej ramieniem, żeby nie pocałować betonu.
- Dzik to komplement w twojej kulturze rodzinnej? - Chciałem zapytać, ale nie zdążyłem, bo zrobiłem trzy kroki. Trzy. Kroki.
Kurwa, czułem się, jakbym zrobił kilkadziesiąt mil morskich. Prychnąłem z udawanym oburzeniem, ale miała rację - dzika bardziej niż człowieka można było we mnie znaleźć, jeśli chodziło o gabaryty, zapach i stopień kurwa nieprzewidywalności.
Widziałem, jak się we mnie wpatrywała - Geraldine patrzyła na mnie nie jak na partnera podróży, nie jak na znajomego, nie jak w człowieka, tylko jak w bombę, która za chwilę pierdolnie, i pewnie miała rację. Bez niej dawno już pocałowałbym chodnik, a nie byłby to mój pierwszy romans tego typu. Próbowałem udawać, że idę sam, próbowałem też udawać, że nie widzę, jak ona co chwilę gotowa jest mnie złapać. Próbowałem nawet wyglądać dumnie - żadne z tych podejść nie przyniosło skutku. Patrzyła na mnie z tą swoją miną, która mówiła: „No dalej, Benjy, zaskocz mnie”. A ja, zamiast zaskoczyć, zrobiłem to, co umiałem najlepiej - zawiodłem w spektakularny sposób. Chciałem jej powiedzieć coś mądrego - coś, co wzbudziłoby w niej chociaż odrobinę szacunku, ale wyszło ze mnie tylko:
- Ja? Optymista? Vai de pula mea, kochanie, ja tylko plóbuję nie umsześ. - Prawda była taka, że im mocniej alkohol ze mnie ulatywał, tym bardziej świat stawał się agresywnie rzeczywisty, każdy krok mnie kosztował, ruch wywoływał protest gdzieś pod skórą, w mięśniach, o których nawet nie wiedziałem, że je mam.
I wtedy przyszło to olśnienie, które uderzyło mnie w głowę jak mokra szmata - bez alkoholu zrobi się gorzej, więc gdy obiecała, że „ogarnie coś”, przysięgam, poczułem się jak przedszkolak, któremu oddano jego ulubiony kocyk, a za chwilę dostanie butelkę z ciepłym mlekiem. Z tym że moja wersja mleka mogła prawnie zostać sklasyfikowana jako broń chemiczna.
„Mam chleb.”
Zamachała mi bochenkiem przed oczami jak ksiądz kropidłem. Popatrzyłem - na chleb - na nią - na chleb - na nią. Stanąłem bardziej prosto, wyciągając rękę, chociaż „stanąłem” to za dużo powiedziane - ja się jedynie wyprostowałem i zacząłem falować na boki jak kurwa meduza na lądzie.
- Cudownie - powiedziałbym, gdyby nie zakręciło mi się w głowie - będę pił jak menel na cmentarzu, przez kromkę, błogosławiony niech będzie ten bochen. - Chleb oznaczał, że mogłem wypić absolutnie każdy trunek, nawet coś, co teoretycznie powinno czyścić podłogi - nic nie było niemożliwe.
Kazała mi oprzeć się przed wejściem do sklepu, miałem ochotę powiedzieć „nie każ mi, bo zasnę”, ale zrobiłem to - oparłem się o parapet - zimny, chropowaty, nieprzyjemny, idealny, żeby nie zasnąć, zdecydowanie mniej stabilny, niż powinien być, ale jednocześnie dość stabilny, by utrzymywać przy życiu kogoś o moim stopniu napierdolenia. Bez niego moje ciało pracowało w systemie „idę tam, gdzie mnie rzuci wiatr”. Słyszałem jeszcze jej oddalające się kroki, a potem tylko własny puls dudniący mi w głowie.
Kiedy wróciła, już z butelką - bez etykiety, bez jakiejkolwiek pieprzonej pewności, że nie było to coś, co powstało w garażu podzielonym z kurnikiem, czyli klasyka małomiasteczkowej alchemii - popatrzyłem na nią jak na zbawienie. Zbawienie niekoniecznie higieniczne, niekoniecznie legalne, ale jednak zbawienie.
- Melsi, micuța mea… - Znałem wiele sposobów na powiedzenie „maleńka” i jeszcze więcej słów na „kurwa”, ale „micuța mea” brzmiało najłagodniej, najczulej, jakkolwiek idiotycznie to wyglądało w ustach kolesia, który nadal zataczał się jak wójt po dożynkach. - Jesteś… - Zacząłem, potem zawahałem się, bo słowo „cudowna” to nie był mój styl, a „kurwa niezła” brzmiało jeszcze gorzej, w głowie miałem tylko słowa, które albo brzmiały zbyt ckliwie, albo zbyt obraźliwie. A Geraldine zasługiwała na coś pomiędzy. Próbowałem jej powiedzieć coś przyzwoitego, coś między „jesteś fantastyczna” a „jesteś moim zbawieniem”, ale żadne słowo nie pasowało.
Otworzyłem butelkę, odkorkowałem ją zębami, od razu tego żałując z powodu tej przeklętej jedynki - zapach walnął mnie w twarz jak otwarte drzwi stodoły w lipcu, w nozdrza uderzyło mnie charakterystyczne pierdolnięcie woltażu, który mógłby służyć do odrdzewiania lokomotyw - domowy specjał, brak etykiety nie kłamał - to mogło mnie albo postawić na nogi, albo wysłać do Morgany szybciej niż upadek z balkonu, ale miałem to absolutnie gdzieś.
- To jest… - Powąchałem jeszcze raz, ostrożniej. - To jest nielegalne w sześciu klajach, pszysięgam. - Zawyrokowałem, ale czy to miało mnie powstrzymać przed degustacją - no, niekoniecznie. - Dobla. Jak oślepnę, to powiem Ambloise’owi, sze to twoja wina. - Mruknąłem, po czym pociągnąłem solidny łyk. Duży, zbyt duży. W pierwszej sekundzie poczułem, jakby mi spaliło język. W drugiej - jakby spaliło mi przełyk. W trzeciej próbowałem oddychać. Zakrztusiłem się, złapałem powietrze, potem drugi raz, łzy zalały mi oczy, a głos wyszedł ze mnie jak przez papier ścierny:
- KUUUUUU– ekhm ekhm ekhm –WA.
Kaszlałem jeszcze chwilę, aż w końcu oparłem się z powrotem o parapet, sapiąc jak zmaltretowany osioł, ale po chwili, kiedy przełknąłem ogień, gdy mi się odkasłało i oczy przestały łzawić, poczułem to - to ciepło, ten spokój, błogi, alkoholowy całun rozlany po trzewiach. Westchnąłem przeciągle.
- Pyszniutkie. - Zawahałem się, spojrzałem na jej brzuch, potem na nią. - Pyszniutkie, naplawdę. - Wygiąłem usta w coś, co mogło uchodzić za uśmiech. - Szkoda, sze zachciało ci się pszedłuszaś linię lodową, bo byś sobie tesz walnęła. Idealne na polanek jak ten. - Mruknąłem i odchrząknąłem, co zabrzmiało jak kaszel gruźlika.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)