• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy

[06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
26.11.2025, 02:01  ✶  
Gdyby mnie ktoś zapytał, jaki typ zwierzęcia powinien mnie zaatakować o ósmej rano w rumuńskiej wiosce, gąsior z zawiązanymi oczami nie znalazłby się nawet w pierwszej dwudziestce, a jednak - życie lubi niespodzianki.

Ten poranek był tak pojebany, że nawet mój mózg - ten biedny, zmęczony, pijacki organ - poddawał się i tylko kiwał głową na wszystko, jak pracownik baru po trzech zmianach z rzędu. „U mnie naleśniki to tylko z mięsem”, kiedy to powiedziała, spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, próbując zrozumieć chociaż połowę tej rzeczywistości, w której istniała. Naleśniki ze skrzata, skrzata, zrobione przez skrzata, nie ze skrzata, ale ja i tak potrzebowałem sekundy, żeby upewnić się, że się nie przesłyszałem. Jeśli ja byłem wrakiem człowieka, ona była bliska utraty wiary w moją inteligencję, ale oboje, razem, tworzyliśmy jakiś dziwacznie funkcjonujący duet, więc kiedy rzuciła to swoje „następnym razem postaram się bardziej”, pokiwałem głową, bo nawet nie byłem pewien, czy słyszałem dobrze, ale chciałem być miły - o dziwo. Wiedziałem jedno - jej próba bycia miłą brzmiała tak sztucznie, że aż mi się zrobiło ciepło w sercu, więc postanowiłem ją odwzajemnić, zapewne równie przekonująco.
Tak, tak, słyszałem ją, ale mój mózg miał opóźnienie jak sowiecki pociąg w zimie, więc dopiero po sekundzie dotarło do mnie, co powiedziała. Chciałem jej odpowiedzieć coś błyskotliwego, coś jak „prawda, bo jestem mężczyzną czynu”, ale w mojej głowie odezwał się tylko dźwięk radia bez zasięgu, więc odchrząknąłem i udawałem, że patrzę na horyzont. Zaległbym, w sekundę, prawdę mówiąc, ale wtedy ktoś by mi ukradł buty, a ja lubiłem moje buty.
Wziąłem butelkę, która wyglądała jak obietnica zarówno zbawienia, jak i śmierci, ale w tamtym stanie to była w gruncie rzeczy jedna i ta sama rzecz, i otworzyłem ją zębami - idiotycznie, bo faktycznie brakowało mi kawałka jedynki, ale nawet nie zapytałem siebie mentalnie „czy to zaboli?” Zaskakująco - zabolało, ale nie aż tak, jak mogło, albo byłem tak pijany, że nie czułem niczego poza bólem istnienia. Alkohol zrobił swoje - ból przebił się tylko na sekundę, jak krótkie „ej, wiesz, że cierpisz?”. Po czym zniknął pod falą ognistego syfu. Wypiłem, zakaszlałem, umarłem i zmartwychwstałem. Potem wypiłem jeszcze więcej - potem prawie umarłem - potem wróciłem do żywych.
Zrobiłem krok, drugi, trzeci, trzymając butelkę przy sobie jak amulet - szliśmy, a raczej - ja się kołysałem, a ona czujna jak pies pasterski, który ma do upilnowania jednego bardzo, bardzo głupiego barana, dzika, cokolwiek. Dotarliśmy do miejsca, gdzie kończyło się miasteczko, a zaczynały pola, domki, kury… I wtedy, gdy myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy, życie pokazało mi środkowy palec - najpierw usłyszałem trzepot, potem zobaczyłem ogrodzenie, a jeszcze później… Wielki, naprawdę gigantyczny gąsior wrzasnął jak banshee, wylatując wprost na drogę, którą szliśmy moment wcześniej.
Jakim cudem ptak z opaską na oczach widział, gdzie biegnie? Nie wiedziałem - może używał echa, może węszył moją słabość. Najważniejsze, że to we mnie gąsior zobaczył cel, no, „zobaczył”, i wycelował - po prostu poczuł we mnie słabego. Poprawiłem uchwyt na flaszce, bo to była jedyna broń, jaką miałem, za późno. Zanim zdążyłem się zamachnąć albo powiedzieć cokolwiek, niekoniecznie mądrego, pierdolnął prosto we mnie i ugryzł mnie w rękę. Jednocześnie całe stadko mugolskich dziewczyn wybiegło zza płotu, śmiejąc się jak wariatki. Rumunek, jak wywnioskowałem, miały kolorowe ubrania, warkocze, miny jakby właśnie odpaliły najlepszą bekę swojego życia. Jedna wskazała na mnie palcem.
Ptak wrzasnął:
- GAAAARGH!
Ja wrzasnąłem:
- ARGH!
Dziewczyny wrzasnęły, wszystkie naraz:
- WOOOOOOO!
Kiedy ptaszysko odbiegło, jedna z nich, roześmiana jakby właśnie zobaczyła najzabawniejszą rzecz na świecie, pokazała na moje pogryzione ramię.
- Dacă te-a mușcat, o să ai noroc în dragoste! - Uśmiechnęła się jak wróżka z telezakupów. Patrzyłem na nią pustym, bezrozumnym wzrokiem. Nie wiedziałem, kto to wymyślił, kto był inicjatorem, ale absolutnie wierzyłem, że rumuńskie dzieci mają w sobie mrok. - Dragoste! Noroc! În dragoste!
Spojrzałem na Geraldine, która siedziała na płocie, jak dezerterka, nadal nie wiedziałem, o co chodzi. Bo byłem:
a) Anglikiem,
b) udającym Amerykanina,
c) pijanym jak skunks,
d) pogryzionym przez rumuńskiego ptaka.
Połączenie tych czterech rzeczy nie dawało mi zbytniego komfortu intelektualnego. Dziewczyny spojrzały po sobie, jedna westchnęła, inna parsknęła śmiechem. Zrozumiały chyba, że jestem obcokrajowcem, albo - co bardziej prawdopodobne - idiotą, bo najwyższa z nich przewróciła oczami, jakby miała do czynienia z najgłupszym wieśniakiem w promieniu dwudziestu mil, a potem przeszła na coś, co miałem zrozumieć.
- Ty, pan… Gryźć gąś… To dobrze! Znak! Ty mieć… Szczęście w miłoś. Ty teraz… Eh… Bardzo kochać… Szybko.
- Nie, nie! - Poprawiła ją inna, trochę lepszą wersją łamanego języka. - Hallo… Pan, słucha? Tak?- Ta też zrobiła minę pełną współczucia, jakby mówiła do szczególnie tępego osiłka. - Gąsior… Gryzie pana… To… Bardzo dobre. Szczęście w amóry. Miłość, tak? Love, love. - Zachichotała z koleżankami, a mnie aż zatkało. - To… Tradycja! Kiedy gąsior gryzie, ty… Mieć dobre kochanie! - Wskazała na gąsiora, który tymczasem próbował zrobić drugie podejście.
Szczęście w miłości - ja, capnięty przez ptaka, spocony, połamany, półmartwy alkoholik na rumuńskiej wsi.
- Ty szybki chłopak, tak? Możesz… Łapać? Łapać gąsior dla my? - Uśmiechnęła się znowu ta najwyższa. Dziewczyny zachichotały znowu, jedna klaskała w dłonie, druga pokazała mi gest „idź, łap!”, gąsior tymczasem zapieprzał po drodze.
- Łapać go? - Powtórzyłem, zanim dotarło do mnie, co sugerowały. Spojrzałem na swoją rękę, która nadal pulsowała od ugryzienia, na butelkę, którą wciąż trzymałem drugą dłonią, na moje buty, zakurzone i oblepione. - Wy chcecie… Szebym ja… Złapał tego… Popieldolonego ptaka?
Dziewczyny kiwnęły energicznie głowami, wszystkie naraz.
- Ty musisz łapać! On… Ptak… Robi uciekanie! Nu! Go, go! Łap go! Łap! Razvan! Raaaazvan!
Ptak rzeczywiście robił „uciekanie” - bardzo agresywne uciekanie - przebiegł obok mnie, zawadził mnie skrzydłem i omal nie wypuściłem flaszki. Gąsior - Razvan, pierdolony zabójca - zrobił gwałtowny skręt i popędził między krzakami. Spojrzałem za nim, oceniając swoje szanse - nawet z zasłoniętymi oczami biegł szybko przed siebie, zygzakiem, ale z pewniejszym krokiem niż ja, to już mówiło wszystko. Następnie przeniosłem wzrok na Geraldine - tę, która wystawiła mnie na front. Skarciłem ją wzrokiem, dobrym, profesjonalnym, „mam cię serdecznie dość” wzrokiem, ale cóż - byłem pijany, byłem nieszczęśliwy, byłem życiowo poturbowany, i najwyraźniej teraz miałem też łapać ślepego gąsiora, bo banda mugolskich nastolatek wierzyła, że to przynosi miłość.
- Dobla, kulwa, lecę. - To była szybka decyzja. Rzuciłem się do przodu, to znaczy - zrobiłem pierwszy krok, zatoczyłem się, złapałem równowagę na płocie, prawie przewróciłem wiadro, dopiero potem ruszyłem truchtem. Tymczasem gąsior z opaską na oczach biegł zygzakiem. Jebany - dawał mi tym pół procenta szansy.



Rzut PO 1d100 - 86
Sukces!

AF ◉◉◉◉○ łapanie gąsiora


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4215), Geraldine Greengrass-Yaxley (3704)




Wiadomości w tym wątku
[06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.11.2025, 10:20
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Benjy Fenwick - 24.11.2025, 15:24
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.11.2025, 18:41
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Benjy Fenwick - 24.11.2025, 21:00
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.11.2025, 23:04
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Benjy Fenwick - 25.11.2025, 19:31
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2025, 23:47
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Benjy Fenwick - 26.11.2025, 02:01
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.11.2025, 12:50
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Benjy Fenwick - 26.11.2025, 14:31
RE: [06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.11.2025, 15:06

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa