26.11.2025, 02:37 ✶
Jego spokojny ton zwykle koił, ale tym razem wyczuła pod nim zmęczenie, jak cienką pajęczynę, której dotyk znała aż nazbyt dobrze. Usiadła tam, gdzie wskazał, poprawiając materiał spódnicy z nawyku, który miał dać jej pozory opanowania.
- Cały. Ale nie mogę pozbyć się dymu. Wsiąkł we wszystko - odpowiedziała z cichym westchnięciem, powoli, jakby powietrze musiała przeciskać przez bolesny ucisk pod żebrami. Problem mieszkania pozostawał aktualny, bo żadne zaklęcie nie pomagało. Jakby całe mieszkanie zostało skażone od środka. - A twój?
Nie chciała teraz myśleć ilu czarodziejów straciło domy. Zacisnęła dłoń na kolanie. Teraz musiała skupić się na swoim zdrowiu. Basilius spisywał objawy z tą samą skrupulatnością, z jaką kiedyś notował jej pierwsze ataki włochatości. Znał jej przypadłość aż za dobrze, dlatego ufała mu w kwestii leczenia, tym bardziej, że sam zmagał się z tą chorobą. Wiele razy uratował jej skórę.
- Czy i tobie dym dał się tak we znaki? - zastanawiała się, jak mężczyzna przeżył pożar, ale widocznie dobrze, skoro był na tyle sprawny, by leczyć innych. Może włochatość sama w sobie nie była tu głównym czynnikiem osłabienia? Może ona sama była po prostu za słaba? Może zbyt dawno przyjęła eliksir wspomagający?
Temat wydzieliny odruchowo wywołał w niej dreszcz obrzydzenia - miała ochotę skrzywić się, odsunąć od samej myśli o tym, co działo się w jej własnych płucach, o tym ciężkim, gryzącym nagromadzeniu brudu, które chciało wydostać się na zewnątrz. Ale przecież siedziała naprzeciwko człowieka, który całe życie spędził na zaglądaniu ludziom do gardeł, na składaniu połamanych żeber, na ratowaniu ciał w stanie sto razy gorszym niż jej.
- Tak, ale niewiele - mruknęła w końcu, krzywiąc się nieznacznie.
Gdy zaczął tłumaczyć sytuację z eliksirami, pokiwała tylko głową, już spodziewając się takiej odpowiedzi.
- Rozumiem. Naprawdę nie oczekuję cudów - powiedziała miękko. - Chcę tylko móc oddychać głębiej niż na pół płuca. I nie kaszleć jak górnik z kopalni goblinów.
Znała procedury, nie zamierzała sprzeciwiać się badaniu, choć jego kolejne słowa wywołały w niej niemałe rozbawienie. Zamiast od razu odpowiedzieć, uniosła dłoń do dekoltu. Palcami wsunęła je pod materiał bluzki, po czym wyciągnęła na łańcuszku niewielki bursztynowy amulet, który błysnął w świetle gabinetowej lampy. Zawisł jej na palcach, kołysząc się ostentacyjnie.
- Ten amulet? - wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - Tak, matka mnie zmusiła. Mówiłam jej, że to nie ma sensu - pozwoliła, by amulet opadł jej z powrotem na skórę. - W każdym razie jestem gotowa. Zanim magia bursztynu uzdrowi mnie na śmierć.
- Cały. Ale nie mogę pozbyć się dymu. Wsiąkł we wszystko - odpowiedziała z cichym westchnięciem, powoli, jakby powietrze musiała przeciskać przez bolesny ucisk pod żebrami. Problem mieszkania pozostawał aktualny, bo żadne zaklęcie nie pomagało. Jakby całe mieszkanie zostało skażone od środka. - A twój?
Nie chciała teraz myśleć ilu czarodziejów straciło domy. Zacisnęła dłoń na kolanie. Teraz musiała skupić się na swoim zdrowiu. Basilius spisywał objawy z tą samą skrupulatnością, z jaką kiedyś notował jej pierwsze ataki włochatości. Znał jej przypadłość aż za dobrze, dlatego ufała mu w kwestii leczenia, tym bardziej, że sam zmagał się z tą chorobą. Wiele razy uratował jej skórę.
- Czy i tobie dym dał się tak we znaki? - zastanawiała się, jak mężczyzna przeżył pożar, ale widocznie dobrze, skoro był na tyle sprawny, by leczyć innych. Może włochatość sama w sobie nie była tu głównym czynnikiem osłabienia? Może ona sama była po prostu za słaba? Może zbyt dawno przyjęła eliksir wspomagający?
Temat wydzieliny odruchowo wywołał w niej dreszcz obrzydzenia - miała ochotę skrzywić się, odsunąć od samej myśli o tym, co działo się w jej własnych płucach, o tym ciężkim, gryzącym nagromadzeniu brudu, które chciało wydostać się na zewnątrz. Ale przecież siedziała naprzeciwko człowieka, który całe życie spędził na zaglądaniu ludziom do gardeł, na składaniu połamanych żeber, na ratowaniu ciał w stanie sto razy gorszym niż jej.
- Tak, ale niewiele - mruknęła w końcu, krzywiąc się nieznacznie.
Gdy zaczął tłumaczyć sytuację z eliksirami, pokiwała tylko głową, już spodziewając się takiej odpowiedzi.
- Rozumiem. Naprawdę nie oczekuję cudów - powiedziała miękko. - Chcę tylko móc oddychać głębiej niż na pół płuca. I nie kaszleć jak górnik z kopalni goblinów.
Znała procedury, nie zamierzała sprzeciwiać się badaniu, choć jego kolejne słowa wywołały w niej niemałe rozbawienie. Zamiast od razu odpowiedzieć, uniosła dłoń do dekoltu. Palcami wsunęła je pod materiał bluzki, po czym wyciągnęła na łańcuszku niewielki bursztynowy amulet, który błysnął w świetle gabinetowej lampy. Zawisł jej na palcach, kołysząc się ostentacyjnie.
- Ten amulet? - wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - Tak, matka mnie zmusiła. Mówiłam jej, że to nie ma sensu - pozwoliła, by amulet opadł jej z powrotem na skórę. - W każdym razie jestem gotowa. Zanim magia bursztynu uzdrowi mnie na śmierć.