26.11.2025, 14:31 ✶
Dojście w tym stanie do mieszkania było teoretycznie możliwe, praktycznie graniczące z cudem, ale jakoś to szło, jakimś cudem nie pozabijaliśmy się ani w nocy, ani nad ranem, a to już było osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że ja miałem w organizmie tyle rumuńskiego alkoholu, że powinienem widzieć przyszłość. Gdybym widział, może zauważyłbym gąsiora-zamachowca wcześniej, ale nie, oczywiście, że nie.
Geraldine wskoczyła na płot z taką prędkością, jakby całe życie trenowała parkour. Ja stanąłem zdezorientowany - genialnie, perfekcyjnie, idealny cel - i gąsior mnie dopadł, jakby był moją osobistą karą za wszystkie życiowe błędy. Co gorsza, ledwo ode mnie odbiegł, odwróciłem się i zobaczyłem cały pierdolony ptasi fanklub. A potem ten festiwal dźwięków - gąsior darł się jak dziecko diabła, ja darłem się jakbym właśnie był w trakcie egzorcyzmu, dziewczyny piszczały jak na koncercie, to wszystko składało się na jeden, niekoniecznie piękny, koszmar. A potem usłyszałem słowo „miłość”. „Miłość”. Miłość, kurwa - jeśli było coś, czego nie powinienem dziś słyszeć, to było to właśnie.
Spojrzałem w kierunku mojej towarzyszki, która patrzyła na mnie z tego płotu - jak generał, który już wie, że jego oddział zginie, ale z jakiegoś powodu nadal mu kibicuje - poczułem, że muszę coś powiedzieć, coś w rodzaju „wszystko pod kontrolą”, chociaż absolutnie nic nie było pod kontrolą. Jej uwaga, to jej kiwnięcie, ten wyraz twarzy, wszystko mówiło jedno
„nie wiem, co robisz, ale proszę cię, przestań”. Więc, oczywiście, że nie mogłem przestać - byłem już za daleko zainwestowany w rozwój sytuacji, za bardzo napierdolony, za bardzo rozpędzony, a gąsior za bardzo żywy. Nasza bieganina zajęła długie sekundy, ale wreszcie go złapałem - gąsior jazgotał wściekle, a ja stanąłem, zdyszany, trzymając go jak trofeum, którego nikt, nigdy w życiu nie powinien wygrywać. Gąsior zapiszczał i trzepnął skrzydłem, ledwo utrzymałem bestię, a wtedy jedna z dziewczyn wskazała na mnie, potem na moje serce i powiedziała:
- Cine te place pe tine? Ea? - Dziewczyny spojrzały po sobie, jedna zakryła usta, druga zrobiła oczy jak galeony, aż cmoknęły, patrząc raz na mnie, raz za mnie.
Popatrzyłem za siebie, instynktownie, zupełnie głupio, bo nie miałem pojęcia, na kogo wskazuje, ale zobaczyłem Geraldine na płocie, zbierającą się do tego, żeby zejść, ale jeszcze nie schodzącą. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, prawie parskając pod nosem.
- To… Moja familija, da? - Zacząłem, machając ręką między sobą a Geraldine, jakbym próbował narysować drzewo genealogiczne w powietrzu. Uniosłem ręce, żeby je uciszyć, bo już zaczynały trajkotać jak wiosenne wróble. - To… To moja familia, losumiecie? Familia mea. My… Spoklewnieni. Vely duszo spoklewnieni. - Machnąłem ręką, jakby to wszystko było absolutnie oczywiste. Dziewczyny zmrużyły oczy, patrząc jakby próbowały ocenić, czy pieprzę od rzeczy, czy naprawdę mam w rodzie takie egzemplarze jak Geraldine. - Męszată. - Machnąłem ręką w kierunku Geraldine, kręciły głowami, więc próbowałem dalej, gorzej. - Duszy mąsz. Foalte male. Duszy blondyn. Pszystojny, foalte flumos… Taki noldycki w chuj. Ona felicită. Feliz. Szczęśliwa s nim, da? Ei doi… Lobią miłość, wszystko, co tam ludzie lobią. Często. - Skrzywiłem się nieznacznie.
Dziewczyny otworzyły usta, jedna z nich szepnęła coś w stylu „vai, Doamne”, a ja tylko rozłożyłem ręce
Dodałem jeszcze, bo uznałem, że to najważniejszy element układanki:
- A mąsz… Zazdlośnik. Jaloux. Duszy chłop, silny, duszy jak… Jak dszewo. Jak kogoś zobaczy koło niej… To pa, pa, gata, kaput. - Pokazałem ręką wysokość, jakbym opisywał trolla, nie człowieka, a potem wskazałem na swoją szyję, pokazując, gdzie by mi ją uciął w innym wypadku. Całe szczęście, wydawało mi się, że dostatecznie dobrze podkreśliłem nasze spowinowacenie. Dziewczyny jednocześnie patrzyły na mnie jednak, jak na człowieka, który właśnie wygłosił kazanie po trzech językach naraz, każdym źle.
- Ja nie mieś szadne szczęście, micuțe. - Powiedziałem, ciężko oddychając, starając się, by to brzmiało wystarczająco szczerze, ale nie żałośnie. - Ja mieś… - Urwałem, bo dokładnie w tym momencie gąsior spróbował ugryźć mnie drugi raz, być może uświadamiając sobie błąd w kąsającym błogosławieństwie i chcąc mi je odebrać, być może razem z kciukiem. Podszedłem do dziewcząt bliżej, trzymając gąsiora, który machał skrzydłami jak rozjuszony demon.
Oddałem ptaka najwyższej z nich, chociaż z jakiegoś dziwnego powodu, one wszystkie były zapatrzone we mnie jak w bohatera telenoweli - patrzyły na mnie jak na jebanego gladiatora, nie przeszkadzał im ani zapach alkoholu, ani fakt, że jestem raczej kandydatem do wytrzeźwiałki niż do romansu. Zerknąłem na swoją pogryzioną rękę, podczas gdy stado dziewczyn patrzyło na mnie jak na postać z ich jebanej folklorystycznej legendy - miłość, szczęście, przeznaczenie - westchnąłem ciężko.
- Ty… Mieć szczęście, bo gąsior gryźć. Gąsior gryźć to miłość, ty go złapał, miłość coming. Dużo. Ty mieć serce BOOM. - Tak, „BOOM” - pokazała rękami eksplozję na wysokości klatki piersiowej, zaśmiały się wszystkie.
Stałem tam, trzymając tego ślepego potwora, i nie mogłem powstrzymać tej jednej, kurewsko szczerej myśli - miłość i ja nie graliśmy w tej samej drużynie od dawna - i to bolało znacznie bardziej niż dziobnięcie ptaka.
Wziąłem więc wdech i powiedziałem:
- Ja mieś… Selce… Kaput. - Słowa wyszły ze mnie, zanim zdążyłem je zatrzymać, może z alkoholu, może z przemęczenia.
Zrobiły wielkie oczy.
- Kaput? No, nuuuu! - Chyba jednak miały mnie w dupie, jeśli chodziło o sceptycyzm. Ta którą próbowała mówić w naszym języku, uśmiechnęła się jakby mnie w ogóle nie akceptowała mojej odpowiedzi.
- Ty nie wiedzieć! Ty być… Jak mówi?... Zamknięty w sercu! Ale być ktoś dla ty! - Klasnęła w ramię drugiej, po czym zaczęły znowu mówić coś o „dragoste”, o „inimă”, i o tym, że „vine sigur, sigur”, machając rękami jakby wypędzały duchy, ale ja już nie słuchałem. - Tu să fii norocos… în dragoste!
Tylko podkręciłem głową.
- No, co? - Rozłożyłem ręce, patrząc w kierunku Geraldine. - Chciały, to im złapałem. Nie będę im udowadniał, sze chuja mam… - Zmrużyłem oczy, czując jak ból po dziobie w końcu przebija alkoholowe znieczulenie. Dwie z dziewczyn jeszcze do nas pomachały, chyba nawet w dalszym ciągu życzyły nam „miłość, miłość, dużo miłość”, a potem - całe szczęście - poszły w cholerę.
- Idziemy. Bo jak zalas wypuszczą tego ptaka dlugi las, to pieldolę, wlasam do Anglii wpław. - I ruszyłem w jej stronę, jeszcze chwiejny, ale trochę dumny, bo skurwysyna złapałem.
Geraldine wskoczyła na płot z taką prędkością, jakby całe życie trenowała parkour. Ja stanąłem zdezorientowany - genialnie, perfekcyjnie, idealny cel - i gąsior mnie dopadł, jakby był moją osobistą karą za wszystkie życiowe błędy. Co gorsza, ledwo ode mnie odbiegł, odwróciłem się i zobaczyłem cały pierdolony ptasi fanklub. A potem ten festiwal dźwięków - gąsior darł się jak dziecko diabła, ja darłem się jakbym właśnie był w trakcie egzorcyzmu, dziewczyny piszczały jak na koncercie, to wszystko składało się na jeden, niekoniecznie piękny, koszmar. A potem usłyszałem słowo „miłość”. „Miłość”. Miłość, kurwa - jeśli było coś, czego nie powinienem dziś słyszeć, to było to właśnie.
Spojrzałem w kierunku mojej towarzyszki, która patrzyła na mnie z tego płotu - jak generał, który już wie, że jego oddział zginie, ale z jakiegoś powodu nadal mu kibicuje - poczułem, że muszę coś powiedzieć, coś w rodzaju „wszystko pod kontrolą”, chociaż absolutnie nic nie było pod kontrolą. Jej uwaga, to jej kiwnięcie, ten wyraz twarzy, wszystko mówiło jedno
„nie wiem, co robisz, ale proszę cię, przestań”. Więc, oczywiście, że nie mogłem przestać - byłem już za daleko zainwestowany w rozwój sytuacji, za bardzo napierdolony, za bardzo rozpędzony, a gąsior za bardzo żywy. Nasza bieganina zajęła długie sekundy, ale wreszcie go złapałem - gąsior jazgotał wściekle, a ja stanąłem, zdyszany, trzymając go jak trofeum, którego nikt, nigdy w życiu nie powinien wygrywać. Gąsior zapiszczał i trzepnął skrzydłem, ledwo utrzymałem bestię, a wtedy jedna z dziewczyn wskazała na mnie, potem na moje serce i powiedziała:
- Cine te place pe tine? Ea? - Dziewczyny spojrzały po sobie, jedna zakryła usta, druga zrobiła oczy jak galeony, aż cmoknęły, patrząc raz na mnie, raz za mnie.
Popatrzyłem za siebie, instynktownie, zupełnie głupio, bo nie miałem pojęcia, na kogo wskazuje, ale zobaczyłem Geraldine na płocie, zbierającą się do tego, żeby zejść, ale jeszcze nie schodzącą. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, prawie parskając pod nosem.
- To… Moja familija, da? - Zacząłem, machając ręką między sobą a Geraldine, jakbym próbował narysować drzewo genealogiczne w powietrzu. Uniosłem ręce, żeby je uciszyć, bo już zaczynały trajkotać jak wiosenne wróble. - To… To moja familia, losumiecie? Familia mea. My… Spoklewnieni. Vely duszo spoklewnieni. - Machnąłem ręką, jakby to wszystko było absolutnie oczywiste. Dziewczyny zmrużyły oczy, patrząc jakby próbowały ocenić, czy pieprzę od rzeczy, czy naprawdę mam w rodzie takie egzemplarze jak Geraldine. - Męszată. - Machnąłem ręką w kierunku Geraldine, kręciły głowami, więc próbowałem dalej, gorzej. - Duszy mąsz. Foalte male. Duszy blondyn. Pszystojny, foalte flumos… Taki noldycki w chuj. Ona felicită. Feliz. Szczęśliwa s nim, da? Ei doi… Lobią miłość, wszystko, co tam ludzie lobią. Często. - Skrzywiłem się nieznacznie.
Dziewczyny otworzyły usta, jedna z nich szepnęła coś w stylu „vai, Doamne”, a ja tylko rozłożyłem ręce
Dodałem jeszcze, bo uznałem, że to najważniejszy element układanki:
- A mąsz… Zazdlośnik. Jaloux. Duszy chłop, silny, duszy jak… Jak dszewo. Jak kogoś zobaczy koło niej… To pa, pa, gata, kaput. - Pokazałem ręką wysokość, jakbym opisywał trolla, nie człowieka, a potem wskazałem na swoją szyję, pokazując, gdzie by mi ją uciął w innym wypadku. Całe szczęście, wydawało mi się, że dostatecznie dobrze podkreśliłem nasze spowinowacenie. Dziewczyny jednocześnie patrzyły na mnie jednak, jak na człowieka, który właśnie wygłosił kazanie po trzech językach naraz, każdym źle.
- Ja nie mieś szadne szczęście, micuțe. - Powiedziałem, ciężko oddychając, starając się, by to brzmiało wystarczająco szczerze, ale nie żałośnie. - Ja mieś… - Urwałem, bo dokładnie w tym momencie gąsior spróbował ugryźć mnie drugi raz, być może uświadamiając sobie błąd w kąsającym błogosławieństwie i chcąc mi je odebrać, być może razem z kciukiem. Podszedłem do dziewcząt bliżej, trzymając gąsiora, który machał skrzydłami jak rozjuszony demon.
Oddałem ptaka najwyższej z nich, chociaż z jakiegoś dziwnego powodu, one wszystkie były zapatrzone we mnie jak w bohatera telenoweli - patrzyły na mnie jak na jebanego gladiatora, nie przeszkadzał im ani zapach alkoholu, ani fakt, że jestem raczej kandydatem do wytrzeźwiałki niż do romansu. Zerknąłem na swoją pogryzioną rękę, podczas gdy stado dziewczyn patrzyło na mnie jak na postać z ich jebanej folklorystycznej legendy - miłość, szczęście, przeznaczenie - westchnąłem ciężko.
- Ty… Mieć szczęście, bo gąsior gryźć. Gąsior gryźć to miłość, ty go złapał, miłość coming. Dużo. Ty mieć serce BOOM. - Tak, „BOOM” - pokazała rękami eksplozję na wysokości klatki piersiowej, zaśmiały się wszystkie.
Stałem tam, trzymając tego ślepego potwora, i nie mogłem powstrzymać tej jednej, kurewsko szczerej myśli - miłość i ja nie graliśmy w tej samej drużynie od dawna - i to bolało znacznie bardziej niż dziobnięcie ptaka.
Wziąłem więc wdech i powiedziałem:
- Ja mieś… Selce… Kaput. - Słowa wyszły ze mnie, zanim zdążyłem je zatrzymać, może z alkoholu, może z przemęczenia.
Zrobiły wielkie oczy.
- Kaput? No, nuuuu! - Chyba jednak miały mnie w dupie, jeśli chodziło o sceptycyzm. Ta którą próbowała mówić w naszym języku, uśmiechnęła się jakby mnie w ogóle nie akceptowała mojej odpowiedzi.
- Ty nie wiedzieć! Ty być… Jak mówi?... Zamknięty w sercu! Ale być ktoś dla ty! - Klasnęła w ramię drugiej, po czym zaczęły znowu mówić coś o „dragoste”, o „inimă”, i o tym, że „vine sigur, sigur”, machając rękami jakby wypędzały duchy, ale ja już nie słuchałem. - Tu să fii norocos… în dragoste!
Tylko podkręciłem głową.
- No, co? - Rozłożyłem ręce, patrząc w kierunku Geraldine. - Chciały, to im złapałem. Nie będę im udowadniał, sze chuja mam… - Zmrużyłem oczy, czując jak ból po dziobie w końcu przebija alkoholowe znieczulenie. Dwie z dziewczyn jeszcze do nas pomachały, chyba nawet w dalszym ciągu życzyły nam „miłość, miłość, dużo miłość”, a potem - całe szczęście - poszły w cholerę.
- Idziemy. Bo jak zalas wypuszczą tego ptaka dlugi las, to pieldolę, wlasam do Anglii wpław. - I ruszyłem w jej stronę, jeszcze chwiejny, ale trochę dumny, bo skurwysyna złapałem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)