26.11.2025, 15:21 ✶
Powiem tak - jeśli ktoś mi kiedyś powie, że „Rumunia to piękny kraj, Benjy, jeździj, zwiedzaj, odpoczywaj”, to mu napluję w herb.
Nie, Rumunia nie była odpoczynkiem - Rumunia była przygodą, po której człowiek chciał zdechnąć w rowie. Dzisiejszy dzień był jebanym maratonem, a ja byłem jego pokiereszowanym uczestnikiem, który nie wiedział nawet, czy startował dobrowolnie. Geraldine wyglądała lepiej, ale tylko trochę - zmęczenie miała wypisane na twarzy, tak głęboko, że aż mnie bolało patrzenie. Paradoksalnie przy niej czułem się jeszcze bardziej rozjebany - ona szła trzeźwa, ona pamiętała wszystko. Ja byłem jeszcze w tej błogiej strefie „pomiędzy”, gdzie ból dopiero czekał za rogiem.
Drogę pod górę pamiętałem głównie jako serię potknięć, w których tylko cudem nie przegryzłem sobie języka na pół. Alkohol już nie grzał tak przyjemnie jak wcześniej - teraz raczej działał podtrzymując mnie w tym stanie pomiędzy „umarłem” a „jeszcze nie”. Moja głowa pulsowała, ciało bolało, a w środku… W środku było to samo co zawsze - echo spraw, do których nie chciałem wracać. Ścieżka między sadami była piękna, naprawdę piękna, tylko życie w środku mnie było absolutnie do dupy. Zmęczenie miało swoje własne warstwy - fizyczne, moralne, emocjonalne, egzystencjalne, wszystkie się poprzeplatały i zrobiły jedną wielką kupę nędzy, którą niosłem na własnych barkach. A jednak… Wchodziłem pod górę, wiejską drogą, krok za krokiem. Tak, w głowie miałem świadomość, że jak ból się w końcu przebije przez alkohol - jebnie mnie jak walnięcie cegłą w skroń. A moralny kac? Ten dopiero się szykował, już ostrzył nóż. Kolory, liście, góry w tle, sady pachnące jesienią… Wszystko to wyglądało jak obrazek z pocztówki, a ja na tej pocztówce byłem rozmazanym cieniem człowieka.
Szliśmy dalej, powoli, każdy krok bolał mnie trochę inaczej - biodro, plecy, żebra, głowa, kolana, pięty - miałem wrażenie, że co pięć minut odkrywam nową część ciała, która jednak istnieje i potrafi bardzo, bardzo boleć. Żołądek Geraldine burczał tak głośno, że aż obejrzałem się, czy coś nie idzie za nami. Ja nie byłem głodny, przynajmniej jeszcze nie, uderzenia alkoholu mieszały się z bólem fizycznym i tym drugim, który siedział mi w klatce piersiowej jak cholerny kamień - tym bólem, którego nie potrafiłem znieczulić żadną flaszką.
Wtedy ona wskazała drzewo - wielka grusza w słońcu wyglądała jak coś z obrazka, pełna owoców, ciężkich, aromatycznych, wisiały, jakby prosiły, żeby je zjeść.
- Micuță… - Mruknąłem ochryple, bo to słowo jakoś mi łatwiej przechodziło niż „Geraldine”. - Zatszymamy się. Oczywiście, sze się zatszymamy.
Zeszliśmy z drogi, liście chrzęściły pod naszymi butami, a cienie gałęzi falowały na ziemi, rzucając ruchome plamy. Rumunia nagle wyglądała jak coś z obrazka, nie jak z koszmaru, gdyby nie to, że bolała mnie każda kostka i każde wspomnienie, mógłbym powiedzieć, że jest pięknie. Wskazałem brodą pudełko, które niosła.
- Co to właściwie za plesent? Jakieś pieldolone… - Zaciąłem się, kiedy zobaczyłem, że już zerknęła do środka. - Talot. - Skrzywiłem się, gdyby wiedziały, co o mnie wiedzieć powinny, to dałyby mi co najwyżej jeszcze jedną butelkę. - Jasne. Los się ze mnie śmieje, to czemu by nie wysłaś mi jeszcze kart s oblaskami, któle mówią „masz pszeslane” w innym języku. - Zawahałem się, bo nie chciałem zabrzmieć jak żałosny śmieć, tylko że ja nie potrzebowałem tarota, by wiedzieć, jak wygląda moja przyszłość - pusta, zamknięta, bezpieczna tylko wtedy, kiedy nikt nie grzebie w tym, co czuję.
Usiadłem pod gruszą ostrożnie, wciąż trzymając butelkę w ręce - tak, żeby nie rozlać ani kropli, nie dlatego, że potrzebowałem, ale dlatego, że… Cholera, nie wiem, przyzwyczaiłem się. Odchyliłem głowę, patrząc, jak światło prześwituje przez liście.
Nie, Rumunia nie była odpoczynkiem - Rumunia była przygodą, po której człowiek chciał zdechnąć w rowie. Dzisiejszy dzień był jebanym maratonem, a ja byłem jego pokiereszowanym uczestnikiem, który nie wiedział nawet, czy startował dobrowolnie. Geraldine wyglądała lepiej, ale tylko trochę - zmęczenie miała wypisane na twarzy, tak głęboko, że aż mnie bolało patrzenie. Paradoksalnie przy niej czułem się jeszcze bardziej rozjebany - ona szła trzeźwa, ona pamiętała wszystko. Ja byłem jeszcze w tej błogiej strefie „pomiędzy”, gdzie ból dopiero czekał za rogiem.
Drogę pod górę pamiętałem głównie jako serię potknięć, w których tylko cudem nie przegryzłem sobie języka na pół. Alkohol już nie grzał tak przyjemnie jak wcześniej - teraz raczej działał podtrzymując mnie w tym stanie pomiędzy „umarłem” a „jeszcze nie”. Moja głowa pulsowała, ciało bolało, a w środku… W środku było to samo co zawsze - echo spraw, do których nie chciałem wracać. Ścieżka między sadami była piękna, naprawdę piękna, tylko życie w środku mnie było absolutnie do dupy. Zmęczenie miało swoje własne warstwy - fizyczne, moralne, emocjonalne, egzystencjalne, wszystkie się poprzeplatały i zrobiły jedną wielką kupę nędzy, którą niosłem na własnych barkach. A jednak… Wchodziłem pod górę, wiejską drogą, krok za krokiem. Tak, w głowie miałem świadomość, że jak ból się w końcu przebije przez alkohol - jebnie mnie jak walnięcie cegłą w skroń. A moralny kac? Ten dopiero się szykował, już ostrzył nóż. Kolory, liście, góry w tle, sady pachnące jesienią… Wszystko to wyglądało jak obrazek z pocztówki, a ja na tej pocztówce byłem rozmazanym cieniem człowieka.
Szliśmy dalej, powoli, każdy krok bolał mnie trochę inaczej - biodro, plecy, żebra, głowa, kolana, pięty - miałem wrażenie, że co pięć minut odkrywam nową część ciała, która jednak istnieje i potrafi bardzo, bardzo boleć. Żołądek Geraldine burczał tak głośno, że aż obejrzałem się, czy coś nie idzie za nami. Ja nie byłem głodny, przynajmniej jeszcze nie, uderzenia alkoholu mieszały się z bólem fizycznym i tym drugim, który siedział mi w klatce piersiowej jak cholerny kamień - tym bólem, którego nie potrafiłem znieczulić żadną flaszką.
Wtedy ona wskazała drzewo - wielka grusza w słońcu wyglądała jak coś z obrazka, pełna owoców, ciężkich, aromatycznych, wisiały, jakby prosiły, żeby je zjeść.
- Micuță… - Mruknąłem ochryple, bo to słowo jakoś mi łatwiej przechodziło niż „Geraldine”. - Zatszymamy się. Oczywiście, sze się zatszymamy.
Zeszliśmy z drogi, liście chrzęściły pod naszymi butami, a cienie gałęzi falowały na ziemi, rzucając ruchome plamy. Rumunia nagle wyglądała jak coś z obrazka, nie jak z koszmaru, gdyby nie to, że bolała mnie każda kostka i każde wspomnienie, mógłbym powiedzieć, że jest pięknie. Wskazałem brodą pudełko, które niosła.
- Co to właściwie za plesent? Jakieś pieldolone… - Zaciąłem się, kiedy zobaczyłem, że już zerknęła do środka. - Talot. - Skrzywiłem się, gdyby wiedziały, co o mnie wiedzieć powinny, to dałyby mi co najwyżej jeszcze jedną butelkę. - Jasne. Los się ze mnie śmieje, to czemu by nie wysłaś mi jeszcze kart s oblaskami, któle mówią „masz pszeslane” w innym języku. - Zawahałem się, bo nie chciałem zabrzmieć jak żałosny śmieć, tylko że ja nie potrzebowałem tarota, by wiedzieć, jak wygląda moja przyszłość - pusta, zamknięta, bezpieczna tylko wtedy, kiedy nikt nie grzebie w tym, co czuję.
Usiadłem pod gruszą ostrożnie, wciąż trzymając butelkę w ręce - tak, żeby nie rozlać ani kropli, nie dlatego, że potrzebowałem, ale dlatego, że… Cholera, nie wiem, przyzwyczaiłem się. Odchyliłem głowę, patrząc, jak światło prześwituje przez liście.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)