Starała się dystansować, tak było prościej, przynajmniej dopóki wydawało jej się, że odpowiedzialność za to, że postanowił odejść leży na jej barkach, kiedy te wszystkie swoje domysły ułożyła w całość, w obrazek, który idealnie się narysował. Z każdą jednak minutą tej rozmowy docierało do niej, że to nie do końca było prawdą, że tym razem się pomyliła, co musiała chyba po prostu zaakceptować, powoli więc zaczynała ściągać maskę, przestawała sięgać po ten chłód, bo zdawała sobie sprawę, że nie miało to większego sensu, nie musiała się za nim chować, nie w tej chwili, nie przy nim, nie tym razem.
- Nie, widzę Cię takim jakim jesteś, jakim jesteś przy mnie. - To nie była jakaś wyidealizowana wizja jego osoby, ona naprawdę widziała go właśnie w ten sposób, nie miała pojęcia dlaczego nie chciał w to uwierzyć. Nikt nigdy nie traktował jej tak, jak on, nikt nigdy nie dał takiego poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, nikt nigdy tego nie zrobił. Dla niej był wyjątkowy, taki jak był, nie musiał nic zmieniać, ale nie do końca chciał to widzieć.
Nie było wiele osób, które potrafiły reagować na hipnozę, mało kto potrafił reagować, gdy ktoś wchodził do jego umysłu, to, że ktoś próbował w ten sposób coś zdziałać nie było winą zainteresowanych, nie mieli wpływu na to, że ktoś postanowił się nimi bawić, czy wsadzać w głowy posrane ideologie. To nie była jego wina, że Romulus okazał się być skończonym idiotą, który postanowił namieszać mu w myślach. Nie miał na to najmniejszego wpływu, nie prosił się o to, ten idiota wykorzystał chwilę, bo chciał pokazać swoją dominację, gdyby nie wahadełko to nie byłby w stanie nic zrobić, to była jego cała siła.
- Nie robiłeś tego świadomie, to nie byłaby Twoja wina, tylko tego, kto spowodował, że zachowywałeś się w ten sposób. Wiem przecież, że sam z siebie nigdy byś mnie nie skrzywdził, ani nie pozwolił mnie skrzywdzić. Nie masz jednak wpływu na to, że ktoś Ci zrobił coś takiego. To nie byłeś Ty. - Nie mógł brać na siebie odpowiedzialności za coś, czego nie robił z własnej woli, zresztą nie widziała go wtedy, nie dopuścił do tego, żeby cokolwiek zauważyła, trzymał to wszystko w sobie, poza nią. - Łatwiej byłoby mi zrozumieć, gdybym wiedziała, to wszystko, no i mogłabym Ci pomóc szukać rozwiązania, zrozumiałabym. - Nie mogła do końca poradzić sobie z tym, że wolał odejść niż przyznać się, że ktoś namieszał mu w głowie. To musiał być jakiś jego odruch bezwarunkowy, ucieczka, jakby zniknięcie powodowało, że pozbędzie się problemu.
- Nie, wystarczyłoby, że powiedziałbyś, że coś Cię niepokoi, to wszystko, to nie jest takie trudne. Zaufanie się z tym wiąże Benjy, że nie ma się problemu z tym, aby mówić o wszystkim, co się dzieje. Nawet jeśli nie ufasz sobie to ufasz mi, to działa w dwie strony. - Miała świadomość, że bywały takie moment, że można było zacząć wątpić w samego siebie, wtedy dobrze było mieć przy sobie kogoś, kto przypomni kim naprawdę jesteś, kto utrzyma cię nad powierzchnią kiedy zaczniesz zachłystywać się wodą.
Niby próbowała sobie tłumaczyć, że jego podejście wynikało z lat nie najlepszych doświadczeń, nie był taki bez powodu, życie go ukształtowało w ten sposób, jednak uważała, że akurat nad tym warto było popracować. Musieli być ze sobą szczerzy, musieli się dzielić swoimi troskami, zwłaszcza kiedy mogło to nieść ze sobą jakieś niebezpieczeństwo.
Obserwowała go uważnie, kiedy się odezwał, słowa które padały z jego ust brzmiały bardzo pewnie, nie wahał się nawet sekundy, zanim je wypowiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. On naprawdę ją wybrał, już dawno temu, poruszyło to Prue naprawdę głęboko, bo nikt, nigdy tego nie zrobił, a on jeszcze mówił do niej w ten sposób.
- Nie masz pojęcia, jak wiele to dla mnie znaczy. - Nie sądziła, żeby wiedział, nie wydawało jej się, aby zdawał sobie sprawę z tego, jakie to było dla niej wyjątkowe. Zawsze była stawiana za kimś, lub za czymś, a on właśnie oznajmił ją, że ją wybrał, już dawno temu. Zresztą wiedziała o tym co nieco, czytała jego notatki, wyjaśnił jej dlaczego wtedy ją porzucił, naprawdę starała się rozumieć te argumenty, teraz porzucił ją po raz drugi i znowu to nie było takie zerojedynkowe. To nie była prosta sytuacja.
- Być może tego nie wiedziałam, ale nie zmienia to faktu, że i tak przetrwałam. - Jakoś sobie z tym poradziła, jakoś udało jej się przetrwać mimo tej niewiedzy.
- Niespecjalnie interesuje mnie już to, co powinnam. - Ten czas się skończył, teraz bardziej chodziło o to, czego sama chciała. Nie zamierzała spełniać żadnych powinności, czy cudzych oczekiwań, bo wiedziała, że nie doprowadzi jej to do niczego dobrego, miała ochotę sięgać po to, na czym jej zależało, bez względu na wszystko, a jakoś tak się złożyło, że ze wszystkich ludzi na świecie postanowiła zapragnąć jego, pokochała go, czy mu się to podobało, czy nie i nie mógł nic z tym zrobić.
- A co jeśli nie chcę kogoś takiego? Czy w ogóle bierzesz to pod uwagę, że nie chcę mieć gościa, który wraca codziennie do domu punkt piętnasta, co on niby miałby mi do zaoferowania? Punktualność? Codzienne powroty? W życiu chodzi o coś więcej niż o stabilność, chciałabym je przeżyć, a nie egzystować. - Uniosła nieco ton głosu, co było czymś nowym podczas tej konwersacji. Miała wrażenie, że Benjy na siłę próbował ją wsadzić w jakieś ramy, w których nie mogłaby się odnaleźć, które zupełnie jej nie odpowiadały. Nie chciała tego.
- Wiesz o tym, że nie jestem bezbronna? Że potrafię sobie radzić, nie jestem krucha? Jeśli ktoś do mnie zapuka niech próbuje, ale to raczej nie ja powinnam się martwić. - Jasne, być może Prue nie wyglądała na wojowniczkę, zresztą nie musiała, bo wcale nią nie była, to znała jednak zupełnie inne metody, dzięki którym mogła sobie poradzić z nieproszonymi gośćmi, no o ile do ich wizyt doszłoby podczas jej obecności. Żałowała, że nie było jej w mieszkaniu, kiedy ktoś postanowił je zniszczyć, chętnie pokazałby tej osobie swoje możliwości.
- Nigdy nie chciałam mieć ogrodu, zdecydowanie wolę trupy, niż kwiatki, żeby tacy jak ja mogli uzdrawiać inni muszą rzucać inne zaklęcia, tak działa ten świat, jeśli myślisz, że to mnie odstraszy to naprawdę się mylisz. Ja dużo widziałam Benjy, naprawdę wiele widziałam, w przeszłości, teraźniejszości, mało co jest mnie w stanie zdziwić. - Nie była wrażliwa na śmierć, nie bała się jej, wiedziała, że jedni musieli umierać, po to, by inni mogli żyć, tak wyglądał ten świat, to nie było coś szczególnie skomplikowanego.
- Wolę Twoje źle, niż obce dobrze, nie rozumiesz tego? Ja też wybrałam Ciebie, z tym całym pakietem, który Cię otacza, wiem, jak bardzo może być źle, ale wiem też, jak jest kiedy jest dobrze i jestem na to gotowa. - Mógł mówić swoje, najwyraźniej jednak Prue też miała swoje zdanie, którego jego argumenty nie zmieniały. Oczywiście, jak zawsze akceptowała to, że myślał swoje, co jednak nie oznaczało, że miało to mieć wpływ na jej podejście.
- Dlaczego kwestionujesz moje zdanie? Dlaczego nie potrafisz tego zaakceptować? Dlaczego nie wierzysz w to, że nim jesteś? - Nie potrafiła zrozumieć, że mówi o sobie jako o jej klęsce, naprawdę nie widział tego, że przy nim w końcu zaczęła oddychać?
- Mój ideał potrafi spowodować, że żyję, mój ideał zachęca mnie do przekraczania granic, mój ideał umie roztopić ten lód. - Gdzieś miała to o czym mówił, nie potrzebowała tej stabilności, o której wspominał, już to miała kiedyś przynajmniej po części i wiedziała, że nie jest do tego stworzona, nigdy nie chciała pasować do obrazka, do norm, które ktoś sobie wymyślił i uważał, że każdy może się w nich odnaleźć. Nie bez powodu sięgała po to, co zakazane, nie bez powodu szukała dla siebie różnych możliwości.
- Dostałam już pierścionek i jakoś niespecjalnie mnie to uszczęśliwiło. - Było raczej drogą ku autodestrukcji i zgubieniu samej siebie. - Jeśli postanowiłbyś mi kupić nóż, to musiałbyś też mi pokazać jak się nim walczy, bo gdzie powinnam nim ranić to wiem. - Bo nie miała w tym żadnego doświadczenia, a szkoda, żeby się marnował, skoro już miałaby go dostać. Nie widziała w tym żadnego problemu, bo ona wcale nie chciała pierścionka, nie chciała tego wszystkiego, co mogło wydawać się spełnieniem marzeń dla większości, chciała czegoś więcej, i wiedziała, że on może jej to dać. Nie obchodziły jej te rozważania, o tym, na co jego zdaniem zasługuje, wiedziała, że to nie jest to, że nie tego pragnie, nie kiedy wiedziała, jak to jest być z nim. I mógł próbować ją przed sobą chronić, mógł uważać, że tak będzie lepiej, ale ona wcale tego nie chciała, nie potrzebowała, bo podjęła już decyzję, wystarczyło tylko, żeby i on chciał spróbować, zobaczyć, że nie będzie im pisane takie fatalne zakończenie.
Zamknął ją w swoich ramionach, i czuła, że wreszcie jest na swoim miejscu, mimo tych słów, które padły z jego ust, mimo, że bronił się przed tym jak cholera, to i tak to zrobił. Miała wrażenie, że walczy ze sobą, walczy z tym, czego chce, a co powinien, gdyby tylko przestał myśleć o tym wszystkim, co może pójść nie tak. Chciał dla niej dobrze, rozumiała to, jednak nie sądziła, że zdawał sobie sprawę, że dla niej już nie było odwrotu. Zakochała się w nim, wiedząc jaki ciężar nosi na swoich barkach, mając świadomość, jak może wyglądać życie z kimś takim, tego chciała.
Drgnęła gdy usłyszała kocham, i być może zabrzmiało to szorstko i surowo, jednak było potwierdzeniem tego, że czuł to samo, co ona. Nie była w tym sama, chociaż, czy to zmieniało cokolwiek, kiedy tak się bronił przed tym, aby mogli zrobić coś z tym więcej, niż cierpieć?
- Myślę, że niektóre wspomnienia są warte swojej ceny. - Czy właśnie nie o to w tym wszystkim chodziło? Prue widziała wiele wspomnień, nie tylko swoich, często zatracała się w tym, co przytrafiło się innym ludziom, i łatwo przychodziło jej podejście, że lepiej było coś przeżyć, niż żałować, że nie pozwoliło się sobie na to, żeby żyć. Widziała ludzi, którzy byli kurewsko nieszczęśliwi, bo się ograniczali, bo strach kazał im postępować odpowiedzialnie, czy było to coś warte? Czy kiedy nadejdzie faktyczny koniec zaznają spokoju, czy będą się zastanawiać nad tym, jakby to było, gdyby kiedyś postąpili inaczej?
Przymknęła na moment oczy, gdy poczuła jego dłonie sunące po jej ciele, tak łatwo było przy nim się zapomnieć, ignorować wszystko, co działo się wokół, nie przejmować niczym, a przecież czuła, że to był ich koniec, że raczej nie było już odwrotu, bo miał tę swoją wizję, bo wydawało mu się, że nie może jej przynieść niczego dobrego i był w tym tak kurewsko zawzięty, że wiedziała, że nie jest w stanie przekonać go, że widzi to zupełnie inaczej. To, czego chciała, miało się nigdy nie wydarzyć, nie było już dla nich nawet teraźniejszości, chociaż trwali teraz przy sobie, jakby świat znowu na moment się zatrzymał.
I miała ochotę powiedzieć chodź, miała ochotę zatracić się znowu w jego dotyku, pozwolić im na to, żeby znowu przekroczyli granicę, żeby zapomnieli o wszystkim, co dzieje się wokół, ale tego nie zrobiła. Spoglądała zamiast tego na niego uważnie, chcąc zapamiętać to, co widziała w jego oczach. Dostrzegła w nich prawdę, czuła, jak ze sobą walczy, i robił to po to, żeby to ona nie musiała się później po tym wszystkim składać na nowo. Nie chciała tego, była gotowa na wszystko, byleby choć przez chwilę znowu móc przeżyć to, co z nikim innym nie było możliwe, jednak się powstrzymała.
Wiedziała, że miał rację, nic nie miałoby znaczenia, gdyby ich ciała znowu znalazły się na sobie, gdyby zrobił to wszystko o czym mówił, na samą myśl bowiem co mógłby z nią zrobić miała nogi jak z waty i gotowa byłaby mu się tu oddać, mimo wszystko. Tylko co dalej? Co później, kiedy wszystko świadczyło o tym, że nie ma dla nich już nadziei.
Wyciągnęła dłonie, oparła je na jego torsie. Trawiła te wszystkie słowa, które padły z jego ust, była to prawda podana w bardzo bezwzględny sposób. Nie odsunęła się jednak, chociaż przecież to byłoby najbardziej właściwe, powinna to zrobić, ale nadal nie chciała się oddalić, bo czuła, że jeśli zrobiłaby krok w tył, to wszystko by pękło, rozsypało się w drobny mak. - Rozumiem więc, że nie ma opcji, żeby zakopać trupa. - Zaczęła mówić, cicho, ton jej głosu był spokojny, jednak nie chłodny, chociaż w środku czuła, że się rozpada, bo miała nieuchronne wrażenie, że zbliżali się do momentu, w którym nie będzie już odwrotu, kiedy powiedzą sobie za dużo i faktycznie wszystko się skończyć.
- Nie chciałam Cię naprawiać, raczej byłam gotowa stanąć obok i po prostu być, to jednak chyba nie jest tym, co wydaje Ci się słuszne. - Nie mogła zmienić jego podejścia, nie mogła wymagać od niego tego, żeby obiecał jej coś, czego nie był w stanie spełnić. Kochała go, kurewsko go kochała, ale to niczego nie zmieniało, siłą przecież nie mogłaby go przy sobie zatrzymać, to nie miałoby sensu, on by się męczył, a to było ostatnim, czego pragnęła.
- Wiesz, że zawsze będę czekać, gdybyś jednak stwierdził, że chcesz zaryzykować, że potrzebujesz czegoś innego, to będę czekać. - To mogła mu zapewnić. - Najwyżej uschnę z tęsknoty, ale będę trwać, egzystować, wspominać to, co mi pokazałeś, to jak to było być z Tobą, mieć Cię chociaż przez chwilę. - Bo nie równało to się z niczym innym. - i kocham Cię, kocham Cię tak mocno, że nie mogę dopuścić do tego, żebyś robił coś przeciwko sobie. - Uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy. Mówił, że nie zasługiwała na to, żeby pierwsze kocham od lat padło w jego stronę? Cóż, ona uważała inaczej, chciała, żeby to on właśnie usłyszał te słowa z jej ust, wręcz przeciwnie zasługiwał na to, jak nikt inny, i już nic nie mógł z tym zrobić, bo słowo się rzekło, bez najmniejszego zawahania je wypowiedziała, bo była pewna tego co czuła.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control