28.11.2025, 08:51 ✶
Zarechotał. O Jezu jak on zaczął rechotać jak w łapie typa pojawiła się całkiem dorodna kutasoświeczka w przepięknym pastelowo różowym odcieniu. O jakież to było piękne. Zwłaszcza kiedy ten creep spojrzał na nią zaskoczony, a świeczka zamrugała wielkimi doklejonymi oczkami, nabrała powietrza w płuca (?) i zaczęła śpiewać na całe świeczkowe gardło:
Ciężko powiedzieć czy w tym momencie świeczka śpiewała głośniej, czy głośniej darła się jednak Charlotte. A może on rechotał z tego najgłośniej, dociskając ręce do brzucha. To wszystko w sumie miało niewielkie znaczenie, bo Baldwin prawie się popłakał.
Gość nawet na niego nie spojrzał. Pochylił się jeszcze raz nad Mulciberówną, ale kiedy Baldwin uniósł różdżkę - rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie cuchnącą smugę dymu. Nie zastanawiał się nad tym. Wolał się upewnić czy z Charlotte wszystko w porządku. Zrobił jeden krok w jej stronę. Potem drugi. A potem potknął się o wystający kawałek deski i wyrżnął jak długi.
Świat zawirował do rytmu wciąż drącej się chujoświeczki. Cóż za zajebisty repertuar, żeby tak wziąć i umrzeć.
Jeśli to był sen to Baldwin nie chciał się obudzić.
Świat był piękny, ludzie wspaniali, żyć się chciało. Zwłaszcza, kiedy tak rozwalił się na schodach przed Dans Macabre wystawiając ryj do słońca przepalającej się lampy ulicznej, a jakiś debil, chyba cygan, grał szanty na akordeonie. Czemu szanty? Na chuj się interesować.
Jak się tu znalazł? Nie wiedział. Zakładał, że się przywlókł o własnych nogach. Co tu robił? Sądząc po przyjemnym szumie w głowie i butelce w ręku - chlał. Czego więcej do szczęścia potrzeba? No tak - jakiejś dupy, stwierdziłby każdy porządny Nokturniarz i miałby rację.
I oto usłyszał - anielski głos, który darł pizdę na całą ulicę krzycząc "Baldwin, Baldwin!" Bogowie wiedli go na pokuszenie, ale nie. On był silny. A raczej w chuj po prostu spłukany.
- Ja madmoiseleeleel przep-przepraszam - czknął trzymając ręce uniesione. Jak to się mówiło w biznesie “dotykasz - płacisz”. Ta. Dobre sobie. Miał przy dupie może z dwa knuty i kapsel po piwie.- Ja siem na ussssługi żadne - znów czknięcie - nie piszę. Ja mam żonę i trójkę dzieci. Alvina, Simona i Theodora.- Bełkotał jak potłuczony.
Spróbował sięgnąć po swoją butelkę (coś tam jeszcze na dnie zostało), ale laska wpakowała mu się praktycznie na kolana. Nosz kurwa, co to za nowy wymysł marketingowy? Odruchowo zacisnął palce na jej talii, żeby się nie zjebała na ziemię.
A potem się sfokusował. Względnie. Na tyle na ile dał radę. Zamrugał. Twarz Mulciberówny przestała być kolorową plamą. No właśnie. Mulciberówny, ale nie jego Mulciberówny. Nie mniej, właśnie potrząsało nim mocne 8/10*, z twarzy i imienia całkiem mu znane. Zerknął odrobinę w dół, skorzystał z okazji i zerknął lasce w cycki, na jej jakże gustowną piżamę w brązowe misie.
- Yo Szarlotka, a ty co?- Otarł wolną ręką usta z resztek mocnego wina.- Chłopów próbujesz wyrwać na “możesz mnie tatusiu utulić” czy to jakaś nowa moda na popierdalanie przez miasto w piżamie? - Zmarszczył lekko brwi widząc jak się trzęsie.- Ej, panna, co jest?
* Z przyczyn oczywistych (m.in chęci posiadania udanego pożycia małżeńskiego) jedynym 10/10 jest pani Scarlett Mulciber. Jest to moje całkowicie dobrowolnie spisane oświadczenie, a w/w Scarlett Mulciber wcale nie trzyma mi noża na gardle.
BABY SHARK DU DU DU, BABY SHARK DU DU DU
Ciężko powiedzieć czy w tym momencie świeczka śpiewała głośniej, czy głośniej darła się jednak Charlotte. A może on rechotał z tego najgłośniej, dociskając ręce do brzucha. To wszystko w sumie miało niewielkie znaczenie, bo Baldwin prawie się popłakał.
MOMMY SHARK DU DU DU, MOMMY SHARK DU DU DU
Gość nawet na niego nie spojrzał. Pochylił się jeszcze raz nad Mulciberówną, ale kiedy Baldwin uniósł różdżkę - rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie cuchnącą smugę dymu. Nie zastanawiał się nad tym. Wolał się upewnić czy z Charlotte wszystko w porządku. Zrobił jeden krok w jej stronę. Potem drugi. A potem potknął się o wystający kawałek deski i wyrżnął jak długi.
Świat zawirował do rytmu wciąż drącej się chujoświeczki. Cóż za zajebisty repertuar, żeby tak wziąć i umrzeć.
DADDY SHARK DU DU DU, DADDY SHARK DU DU DU
.SCENA 2
Jeśli to był sen to Baldwin nie chciał się obudzić.
Świat był piękny, ludzie wspaniali, żyć się chciało. Zwłaszcza, kiedy tak rozwalił się na schodach przed Dans Macabre wystawiając ryj do słońca przepalającej się lampy ulicznej, a jakiś debil, chyba cygan, grał szanty na akordeonie. Czemu szanty? Na chuj się interesować.
Jak się tu znalazł? Nie wiedział. Zakładał, że się przywlókł o własnych nogach. Co tu robił? Sądząc po przyjemnym szumie w głowie i butelce w ręku - chlał. Czego więcej do szczęścia potrzeba? No tak - jakiejś dupy, stwierdziłby każdy porządny Nokturniarz i miałby rację.
I oto usłyszał - anielski głos, który darł pizdę na całą ulicę krzycząc "Baldwin, Baldwin!" Bogowie wiedli go na pokuszenie, ale nie. On był silny. A raczej w chuj po prostu spłukany.
- Ja madmoiseleeleel przep-przepraszam - czknął trzymając ręce uniesione. Jak to się mówiło w biznesie “dotykasz - płacisz”. Ta. Dobre sobie. Miał przy dupie może z dwa knuty i kapsel po piwie.- Ja siem na ussssługi żadne - znów czknięcie - nie piszę. Ja mam żonę i trójkę dzieci. Alvina, Simona i Theodora.- Bełkotał jak potłuczony.
Spróbował sięgnąć po swoją butelkę (coś tam jeszcze na dnie zostało), ale laska wpakowała mu się praktycznie na kolana. Nosz kurwa, co to za nowy wymysł marketingowy? Odruchowo zacisnął palce na jej talii, żeby się nie zjebała na ziemię.
A potem się sfokusował. Względnie. Na tyle na ile dał radę. Zamrugał. Twarz Mulciberówny przestała być kolorową plamą. No właśnie. Mulciberówny, ale nie jego Mulciberówny. Nie mniej, właśnie potrząsało nim mocne 8/10*, z twarzy i imienia całkiem mu znane. Zerknął odrobinę w dół, skorzystał z okazji i zerknął lasce w cycki, na jej jakże gustowną piżamę w brązowe misie.
- Yo Szarlotka, a ty co?- Otarł wolną ręką usta z resztek mocnego wina.- Chłopów próbujesz wyrwać na “możesz mnie tatusiu utulić” czy to jakaś nowa moda na popierdalanie przez miasto w piżamie? - Zmarszczył lekko brwi widząc jak się trzęsie.- Ej, panna, co jest?
* Z przyczyn oczywistych (m.in chęci posiadania udanego pożycia małżeńskiego) jedynym 10/10 jest pani Scarlett Mulciber. Jest to moje całkowicie dobrowolnie spisane oświadczenie, a w/w Scarlett Mulciber wcale nie trzyma mi noża na gardle.