28.11.2025, 11:38 ✶
Mężczyzna, który miał w planach wyminąć Astorię i dotrzeć do windy, która właśnie popędziła w dół, zwolnił kroku. Kilka sekund i już stał przy Astorii, wyhamowując pęd swoich kroków. Otaksował kobietę spojrzeniem - pustym, bez cienia zainteresowania czy jakiejkolwiek emocji, która mówiłaby, że kobieta nie powinna była się tu znaleźć. Departament Tajemnic był strzeżony, niepowołane osoby nie mogły wejść do okrągłej sali, lecz to piętro nie należało tylko do Niewymownych. Mężczyzna przestąpił z nogi na nogę.
- Niewymowny Lestrange, tak? - zapytał bardziej siebie samego, niż kobiety, która stała przed nim. Odruchowo uniósł dłoń do krótko przystrzyżonej brody, i potarł o nią w zamyśleniu. - Pewnie jest u siebie. Proszę poczekać, zawołam kogoś.
Westchnął cicho, rzucając jeszcze jedno tęskne spojrzenie w stronę windy, a potem przeszedł kilka kroków. Odbijały się echem wśród marmurowych korytarzy, które sprawiały wrażenie śliskich, zimnych. Niczym lochy w Hogwarcie, które prowadziły do pokoju wspólnego ślizgonów. Tutejsze ściany również pulsowały tajemnicą i nieprzystępnością - czymś, co mogło odrzucać osoby przyzwyczajone do miękkich, puchowych dywanów i ciepłego światła świec.
Astoria została sama ze swoimi myślami. Czy na pewno dobrze zrobiła, przychodząc tu? Przecież mogła mu go odesłać. Mogła go też wyrzucić, co sama rozważała. Po co więc zjechała do ciemnych, nieprzyjemnych korytarzy, które na dodatek w niczym nie przypominały holu w Atrium Ministerstwa. Tutaj królowało zimne światło, a na widocznych ścianach nie znajdował się żaden obraz. Nie było tu okien, nie było tu nic poza mrokiem i tajemnicą. Czy to było dziwne, że Lestrange wybrał właśnie takie miejsce na swoją pracę? A może sam Departament Tajemnic wyglądał zupełnie inaczej? Niżej w końcu znajdowały się sale wizengamotu, może ten wystrój miał nastraszyć osoby, doprowadzane na przesłuchania?
Jej rozmyślania jednak zostały przerwane przez dwie pary butów, których kroki odbiły się gwałtownym echem. Zza rogu wyszedł najpierw czarodziej, którego Astoria poprosiła o pomoc. Tuż za nim wychynęła dobrze jej znana, wysoka sylwetka Rodolphusa. Wyglądał dokładnie tak, jak mogła się po nim spodziewać - starannie ułożone, zaczesane w tył czarne włosy, blada cera. Biała koszula, czarne spodnie i marynarka. Wyglądał dokładnie tak jak wtedy na przyjęciu i jak w każde inne dni, gdy go widziała. Wyglądało na to, że młody Lestrange miał szafę, skomponowaną z identycznych ubrań. Czy widziała go kiedykolwiek w innym kolorze? A może w innej koszulce? A może w zwykłym t-shircie? Czy ten człowiek nawet spał w koszuli? To były pytania, które nasuwały się niemal każdemu, kto miał styczność z Rodolphusem.
- Astoria - powiedział cicho, gdy czarodziej wyminął kobietę i zniknął w windzie. Papierowe samolociki zaszeleściły wokół ich głów, by obrać właściwy tor lotu i popędzić dalej. Zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż sowy, które brudziły korytarze. - Co tu robisz?
Gdy przyszedł do pracy, nie spodziewał się jej tutaj. W zasadzie to spodziewał się, że nigdy nie otrzyma od niej wiadomości. Że spotkają się na jakimś przyjęciu i będą się mijać, udając że to, co zadziało się kilka dni temu, w ogóle nie miało miejsca.
Rodolphus bardzo starał się wyrzucić tamten dzień z pamięci, tłumacząc sobie, że Avery za dużo wypiła. W końcu alkohol sprawiał, że ludzie robili głupie rzeczy. Pomimo usilnych prób odepchnięcia od siebie wszystkiego, co wtedy w nim wezbrało, nadal jednak czuł jej wargi na swoich. Pamiętał zaciśniętą na koszuli dłoń, pamiętał miękkość jej włosów i krzywiznę kręgosłupa. Zbyt mało czasu minęło, żeby mógł upchnąć te wspomnienia w skrzyneczce w swojej pamięci, a potem zepchnąć ją na samo dno.
- Coś się stało? - w jego głosie odbiła się troska. Stał teraz przed nią, z jedną ręką w kieszeni, a w stalowoszarych oczach pojawił się cień niepokoju. Nie kryjąc się z tym nawet, otaksował kobietę wzrokiem, jakby chciał upewnić się, że nic jej nie grozi. Że nie jest ranna lub rozedrgana, jakby wydarzyło się coś, co nie powinno mieć miejsca. Przez myśl nawet mu nie przeszło, że była tu z powodu elementu jego garderoby, który już dawno spisał na straty. To było w Astorii najgorsze i najlepsze - ostatnio zachowywała się tak, że nie był w stanie przewidzieć jej następnego ruchu. Drażniło to jego przyzwyczajony do sztywnej rutyny umysł.
- Niewymowny Lestrange, tak? - zapytał bardziej siebie samego, niż kobiety, która stała przed nim. Odruchowo uniósł dłoń do krótko przystrzyżonej brody, i potarł o nią w zamyśleniu. - Pewnie jest u siebie. Proszę poczekać, zawołam kogoś.
Westchnął cicho, rzucając jeszcze jedno tęskne spojrzenie w stronę windy, a potem przeszedł kilka kroków. Odbijały się echem wśród marmurowych korytarzy, które sprawiały wrażenie śliskich, zimnych. Niczym lochy w Hogwarcie, które prowadziły do pokoju wspólnego ślizgonów. Tutejsze ściany również pulsowały tajemnicą i nieprzystępnością - czymś, co mogło odrzucać osoby przyzwyczajone do miękkich, puchowych dywanów i ciepłego światła świec.
Astoria została sama ze swoimi myślami. Czy na pewno dobrze zrobiła, przychodząc tu? Przecież mogła mu go odesłać. Mogła go też wyrzucić, co sama rozważała. Po co więc zjechała do ciemnych, nieprzyjemnych korytarzy, które na dodatek w niczym nie przypominały holu w Atrium Ministerstwa. Tutaj królowało zimne światło, a na widocznych ścianach nie znajdował się żaden obraz. Nie było tu okien, nie było tu nic poza mrokiem i tajemnicą. Czy to było dziwne, że Lestrange wybrał właśnie takie miejsce na swoją pracę? A może sam Departament Tajemnic wyglądał zupełnie inaczej? Niżej w końcu znajdowały się sale wizengamotu, może ten wystrój miał nastraszyć osoby, doprowadzane na przesłuchania?
Jej rozmyślania jednak zostały przerwane przez dwie pary butów, których kroki odbiły się gwałtownym echem. Zza rogu wyszedł najpierw czarodziej, którego Astoria poprosiła o pomoc. Tuż za nim wychynęła dobrze jej znana, wysoka sylwetka Rodolphusa. Wyglądał dokładnie tak, jak mogła się po nim spodziewać - starannie ułożone, zaczesane w tył czarne włosy, blada cera. Biała koszula, czarne spodnie i marynarka. Wyglądał dokładnie tak jak wtedy na przyjęciu i jak w każde inne dni, gdy go widziała. Wyglądało na to, że młody Lestrange miał szafę, skomponowaną z identycznych ubrań. Czy widziała go kiedykolwiek w innym kolorze? A może w innej koszulce? A może w zwykłym t-shircie? Czy ten człowiek nawet spał w koszuli? To były pytania, które nasuwały się niemal każdemu, kto miał styczność z Rodolphusem.
- Astoria - powiedział cicho, gdy czarodziej wyminął kobietę i zniknął w windzie. Papierowe samolociki zaszeleściły wokół ich głów, by obrać właściwy tor lotu i popędzić dalej. Zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż sowy, które brudziły korytarze. - Co tu robisz?
Gdy przyszedł do pracy, nie spodziewał się jej tutaj. W zasadzie to spodziewał się, że nigdy nie otrzyma od niej wiadomości. Że spotkają się na jakimś przyjęciu i będą się mijać, udając że to, co zadziało się kilka dni temu, w ogóle nie miało miejsca.
Rodolphus bardzo starał się wyrzucić tamten dzień z pamięci, tłumacząc sobie, że Avery za dużo wypiła. W końcu alkohol sprawiał, że ludzie robili głupie rzeczy. Pomimo usilnych prób odepchnięcia od siebie wszystkiego, co wtedy w nim wezbrało, nadal jednak czuł jej wargi na swoich. Pamiętał zaciśniętą na koszuli dłoń, pamiętał miękkość jej włosów i krzywiznę kręgosłupa. Zbyt mało czasu minęło, żeby mógł upchnąć te wspomnienia w skrzyneczce w swojej pamięci, a potem zepchnąć ją na samo dno.
- Coś się stało? - w jego głosie odbiła się troska. Stał teraz przed nią, z jedną ręką w kieszeni, a w stalowoszarych oczach pojawił się cień niepokoju. Nie kryjąc się z tym nawet, otaksował kobietę wzrokiem, jakby chciał upewnić się, że nic jej nie grozi. Że nie jest ranna lub rozedrgana, jakby wydarzyło się coś, co nie powinno mieć miejsca. Przez myśl nawet mu nie przeszło, że była tu z powodu elementu jego garderoby, który już dawno spisał na straty. To było w Astorii najgorsze i najlepsze - ostatnio zachowywała się tak, że nie był w stanie przewidzieć jej następnego ruchu. Drażniło to jego przyzwyczajony do sztywnej rutyny umysł.