28.11.2025, 13:50 ✶
Zerknąłem na nią spod brwi, słuchając tego jej „masz gorzej”, nie miałem siły się z tym spierać, bo tak - wyglądałem jak człowiek, który przegrał starcie z betonem, alkoholem, gęsią i życiem w ogóle. Ona miała obdarte pięty, ja miałem obdarte wszystko inne. Westchnąłem ciężko, tak głęboko, że aż mnie zabolało pod żebrami. Geraldine mówiła spokojnie, bez tej swojej typowej złośliwej iskry, i to było chyba najbardziej niepokojące - że nawet ona była już na takim etapie zmęczenia, że przestała mnie jebać słowami, chociaż okazji miała od rana z dziesięć tysięcy.
- Masz foly, bo jesteś w dwupaku, micuță. Koszystaj, póki moses. - Mruknąłem, odchylając głowę, żeby przetrwać kolejny puls bólu. Machnąłem ręką, bo każdy scenariusz kończył się dla mnie opierdoleniem, zaklęciem albo spojrzeniem w stylu „Benjy, co ja mam z tobą zrobić, czemu jeszcze żyjesz”.
Kiedy walnęła to swoje: „Tak, wiem, potrzebujesz tej swojej dziewuszki…”, poczułem, jak napięcie skacze mi aż do karku, jakby władowała mi łokciem prosto między żebra.
- Gel. - Powiedziałem cicho, ale stanowczo, bo nie chciałem, żeby myślała, że może mówić o tym lekko. - To nie jest „dziewuszka”. - Wziąłem krótki, płytki oddech, z minimalnym skrzywieniem ust, jak na człowieka, który ma jedną nogę w grobie. - I… Nie „potszebuję” jej. - Przeciągnąłem dłoń po twarzy, nie skrzywiłem się z zażenowania, skrzywiłem się, bo puls mi skoczył w skroni, a może jedno i drugie naraz. - Nie potszebuję jej. - Mruknąłem z uporem, ale bez przekonania. - Ja tylko… - Zabrakło mi słów, w gardle miałem pustkę, w głowie chaos, a w piersi tę paskudną, znajomą szarpaninę. - Chuja tam. - Dokończyłem w końcu. - Nie wiem, czego potszebuję, ale wiem, czego nie mam. Tszesiego oka, ledwo widzę na dwa pielwse. - To tyle, to było maksimum, na jakie mogłem się zdobyć.
Karty.
Ciężkie powieki.
Mój ból.
Gruszka.
Światło.
Tarot leżał między nami jak jakieś „wsparcie duchowe”, którego absolutnie nie chciałem, ale które wzięliśmy, bo nie było nic lepszego do roboty niż siedzieć pod drzewem, oddychać i nie umierać.
Sam powinienem był tego posłuchać, tych słów o trzymaniu, ale ja zawsze byłem specjalistą od ściskania rzeczy, które mnie potem raniły.
- Gel, ja jusz pszekloczyłem linię „tak źle” jakieś dziesięś godzin, a mose i lat temu. - Mruknąłem, ale bez marudzenia, raczej z faktem, z którym zdążyłem się zaprzyjaźnić.
Kiedy rozkładałem karty i mówiłem o „babie z kijem”, jej pytanie, czy księżniczka nie może mieć kija, sprawiło, że pokręciłem głową, ale pojawił się cień uśmiechu.
- „Baba s kijem niby nie mosze byś księszniczką?” - Powtórzyłem. - Jeśli włada pałą, na pewno jest klólową. - Uniosłem brwi, a kiedy zrównała Króla Pucharów ze mną, nawet po mojej własnej, zbliżonej interpretacji, prychnąłem. Oparłem głowę o pień jeszcze mocniej, przymknąłem oczy na sekundę - tylko na sekundę - bo gdybym zamknął je dłużej, to bym zasnął i obudził się dopiero wtedy, kiedy gruszki zamieniłyby się w suszki. Jej słowa brzmiały jak echo czegoś sensownego, ale sens to był luksus, na który ledwo było mnie stać. Zamilkłem, zbyt długo, jak na mnie, alkohol wreszcie odpuścił trochę swoje znieczulenie i to, co poczułem pod żebrami, nie miało nic wspólnego z bólem fizycznym. Nienawidziłem tego rodzaju bólu, tego, którego nie można było opatrzyć.
Ale dobrze, tarot, karty, śmieszne obrazki z wróżbą od losu, który mnie nienawidził. Siedziałem chwilę, otwierając oczy i patrząc na trzy karty, które zupełnie nie powinny do siebie pasować, a jednak leżały obok siebie jak coś, co było aż nazbyt spójne.
„Weź się ogarnij i zacznij coś zmieniać.”
- Spoko. Zajebiście. Ciągnies dwie pozostałe? - Burknąłem trochę mniej radośnie, wsuwając karty z powrotem w talię i pchając ją do Greengrass-Yaxley. Koniec o mnie - już za dużo powiedziane.
- Masz foly, bo jesteś w dwupaku, micuță. Koszystaj, póki moses. - Mruknąłem, odchylając głowę, żeby przetrwać kolejny puls bólu. Machnąłem ręką, bo każdy scenariusz kończył się dla mnie opierdoleniem, zaklęciem albo spojrzeniem w stylu „Benjy, co ja mam z tobą zrobić, czemu jeszcze żyjesz”.
Kiedy walnęła to swoje: „Tak, wiem, potrzebujesz tej swojej dziewuszki…”, poczułem, jak napięcie skacze mi aż do karku, jakby władowała mi łokciem prosto między żebra.
- Gel. - Powiedziałem cicho, ale stanowczo, bo nie chciałem, żeby myślała, że może mówić o tym lekko. - To nie jest „dziewuszka”. - Wziąłem krótki, płytki oddech, z minimalnym skrzywieniem ust, jak na człowieka, który ma jedną nogę w grobie. - I… Nie „potszebuję” jej. - Przeciągnąłem dłoń po twarzy, nie skrzywiłem się z zażenowania, skrzywiłem się, bo puls mi skoczył w skroni, a może jedno i drugie naraz. - Nie potszebuję jej. - Mruknąłem z uporem, ale bez przekonania. - Ja tylko… - Zabrakło mi słów, w gardle miałem pustkę, w głowie chaos, a w piersi tę paskudną, znajomą szarpaninę. - Chuja tam. - Dokończyłem w końcu. - Nie wiem, czego potszebuję, ale wiem, czego nie mam. Tszesiego oka, ledwo widzę na dwa pielwse. - To tyle, to było maksimum, na jakie mogłem się zdobyć.
Karty.
Ciężkie powieki.
Mój ból.
Gruszka.
Światło.
Tarot leżał między nami jak jakieś „wsparcie duchowe”, którego absolutnie nie chciałem, ale które wzięliśmy, bo nie było nic lepszego do roboty niż siedzieć pod drzewem, oddychać i nie umierać.
Sam powinienem był tego posłuchać, tych słów o trzymaniu, ale ja zawsze byłem specjalistą od ściskania rzeczy, które mnie potem raniły.
- Gel, ja jusz pszekloczyłem linię „tak źle” jakieś dziesięś godzin, a mose i lat temu. - Mruknąłem, ale bez marudzenia, raczej z faktem, z którym zdążyłem się zaprzyjaźnić.
Kiedy rozkładałem karty i mówiłem o „babie z kijem”, jej pytanie, czy księżniczka nie może mieć kija, sprawiło, że pokręciłem głową, ale pojawił się cień uśmiechu.
- „Baba s kijem niby nie mosze byś księszniczką?” - Powtórzyłem. - Jeśli włada pałą, na pewno jest klólową. - Uniosłem brwi, a kiedy zrównała Króla Pucharów ze mną, nawet po mojej własnej, zbliżonej interpretacji, prychnąłem. Oparłem głowę o pień jeszcze mocniej, przymknąłem oczy na sekundę - tylko na sekundę - bo gdybym zamknął je dłużej, to bym zasnął i obudził się dopiero wtedy, kiedy gruszki zamieniłyby się w suszki. Jej słowa brzmiały jak echo czegoś sensownego, ale sens to był luksus, na który ledwo było mnie stać. Zamilkłem, zbyt długo, jak na mnie, alkohol wreszcie odpuścił trochę swoje znieczulenie i to, co poczułem pod żebrami, nie miało nic wspólnego z bólem fizycznym. Nienawidziłem tego rodzaju bólu, tego, którego nie można było opatrzyć.
Ale dobrze, tarot, karty, śmieszne obrazki z wróżbą od losu, który mnie nienawidził. Siedziałem chwilę, otwierając oczy i patrząc na trzy karty, które zupełnie nie powinny do siebie pasować, a jednak leżały obok siebie jak coś, co było aż nazbyt spójne.
„Weź się ogarnij i zacznij coś zmieniać.”
- Spoko. Zajebiście. Ciągnies dwie pozostałe? - Burknąłem trochę mniej radośnie, wsuwając karty z powrotem w talię i pchając ją do Greengrass-Yaxley. Koniec o mnie - już za dużo powiedziane.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)