28.11.2025, 22:05 ✶
Pożądanie nie było dla mnie nowością, ale to, które czułem do niej… Nie miało nic wspólnego z pragnieniem, jakie znałem przez lata. To nie było zwykłe pożądanie, zwykłe pożądanie mija, rozmywa się, słabnie, a mnie trzymało, odkąd mieliśmy po kilkanaście lat, pstro w głowie i patrzyła na mnie tym swoim piekielnym, niecierpliwym wzrokiem, który sprawiał, że mój własny puls wariował. Nigdy nie przyznałbym się wtedy na głos, że czasem wystarczyło jedno jej zdanie, jedno przewrócenie oczami, jedno „Rookwood, oszczędź mi” i musiałem wybierać, czy się odwrócić, czy udawać, że nic się ze mną nie dzieje.
„Może właśnie liczę na to, że w końcu przestaniesz?”
Jej szept trafił w miejsce, które od lat walczyłem, żeby utrzymać pod powierzchnią, przegrałem natychmiast. Nie miała pojęcia, jak blisko była tego, by to życzenie spełniło się samo. Uśmiechnąłem się, tylko tyle mogłem zrobić, żeby nie zdradzić, jak bardzo te słowa rozcięły mi resztki opanowania. Mówiła to przecież po to, żeby mnie tam popchnąć, zawsze wiedziała, gdzie uderzyć, jak przesunąć ciężar, jednym zdaniem rozbroić całą moją logikę.
- Mhm. Nigdy nie glałaś fail. - Odpowiedziałem niskim tonem, a dźwięk mojego głosu wydał mi się bardziej chrapliwy, niż planowałem. Prue zawsze miała na mnie ten wpływ, nawet gdy byliśmy zbyt młodzi i zbyt uparci, by przestać się żreć. Zdarzało mi się twardnieć w czasie jej tyrad, zdarzało mi się patrzeć na nią dłużej niż wypadało, zdarzało mi się marzyć o tym, żeby zamiast strzelać we mnie słowami zetrzeć te słowa z ust pocałunkiem. Teraz nie mówiła do mnie gniewem, teraz jej głos był miękki, urwany, ciepły od oddechu, teraz miała te same oczy, tylko nie ostre - rozmyte, zapatrzone głębiej, ciemniejsze od ognia, który odbijał się w ich powierzchni. Kiedy na mnie siedziała - jej ciało dopasowane lekkością i ciepłem, nogi oplatające mnie tak naturalnie, jakby to było ich miejsce od zawsze - wszystko, co przez lata w sobie trzymałem, wróciło jednym uderzeniem krwi. Westchnęła właśnie w taki sposób, jaki zawsze sobie wyobrażałem - może kiedyś przypadkiem, może w snach, na jawie i poza nią, w tych rzadkich momentach, gdy pozwalałem sobie myśleć o niej dłużej, niż powinienem. Była dorosła, ja również - to, co kiedyś było impulsem, teraz miało ciężar lat, tęsknot, całej przeszłości, której nie przeżyliśmy razem, jednak wróciło z siłą, jakby te lata wcale nie upłynęły. Pochyliłem się lekko, tak że jej włosy musnęły moją szczękę, jej usta były leciutko spuchnięte od moich pocałunków. Widziałem to wyraźnie, kiedy nachylała się znowu i znowu, kiedy dotykała mojej skóry z determinacją, która działała na mnie jak rozżarzone żelazo przy szyi.
- To zaleszy. - Odpowiedziałem cicho, ledwie muskając jej usta słowami - te usta potrafiły mnie kiedyś doprowadzić na skraj wytrzymałości samym faktem, że istniały. Zdarzało się, że po jednej z naszych kłótni musiałem opierać się bokiem o chłodną ścianę, modląc się, żeby mój organizm przestał reagować na nią jak na coś zakazanego, bo przez chwilę, krótką, upokarzającą chwilę, bałem się, że zauważy. - Chcesz, szebym dotszymał słowa, czy szebyś miała s czego mnie lozliczaś? - Uniósłem dłoń do jej twarzy, przesunąłem kciukiem po miejscu, gdzie od moich pocałunków jej wargi były bardziej różowe.
To, co szumiało mi w uszach, nie było już krwią, tylko jej imieniem. Nie wypowiedziałem go na głos, ale czułem, jak drży pod językiem, jakby chciało wydostać się na wolność razem z oddechem, który robił się coraz krótszy. Gdzieś w tle trzaskał ogień, ale nie było już znaczenia, czy to on dawał ciepło, czy my sami. Prue była na moich kolanach, w moich dłoniach, w moim oddechu, a to znaczyło jedno - przestawałem panować nad sobą dokładnie tak, jak prosiła. To przyszło do mnie tak naturalnie, jakby te lata nigdy nie istniały. Jakbym znów miał kilkanaście lat, jakbym znów stał z nią pod ścianą w jakimś cholernym korytarzu w Hogwarcie, tylko że wtedy byłem chłopcem udającym mężczyznę, a teraz byłem mężczyzną, któremu życie spiłowało wszystkie miękkie krawędzie.
- Nic. - Odpowiedziałem od razu, bez choćby ułamka zawahania. - Absolutnie nic.
A kiedy wyszeptała „wiem, jak bardzo chciałeś”, coś we mnie pękło - jej słowa były ciosem, ale takim, który człowiek przyjmował z przyjemnością. Bo ona wiedziała, gdzie uderzyć, zawsze wiedziała, zawsze miała tę przeklętą łatwość trafiania we mnie bardziej precyzyjnie, niż potrafiły to zrobić jakiekolwiek zaklęcia.
- Nie wiesz. - Odparłem, ledwie poruszając ustami. - Nie masz pojęcia. - To było prawie wyznanie, nie planowałem go, wymsknęło się samo, w rytmie oddechu, w rytmie bicia serca, które już dawno przestało słuchać rozumu. Wspomnienia - krótkie, ostre, niewypowiedziane - wróciły wszystkie naraz, jak migawka z lat, kiedy jeszcze byliśmy głupi, uparci, zbyt młodzi, żeby przyznać, że chcemy czegokolwiek od kogokolwiek. Prawda była taka, że pragnąłem jej zawsze, nawet kiedy kłóciliśmy się tak mocno, że ściany Hogwartu drżały, potrafiłem mieć ochotę zamknąć jej wtedy usta nie słowem, a jednym pociągnięciem dłoni wplątanej w jej włosy. Nigdy tego nie zrobiłem, nie miałem prawa. Za każdym razem sam je sobie odbierałem, wikłając się coraz bardziej w coś, co już teraz nie było ważne.
Jej oczy.
Merlinie.
To były te same oczy, co wtedy, tamta sama głębia, ale teraz ciemniejsza, rozmyta, rozszerzona pragnieniem, które nie było już niewinne. Byłem wtedy młody, głupi i zbyt dumny, żeby przyznać przed samym sobą, że potrafiłem dostać erekcji, kiedy kłóciliśmy się przy stole w bibliotece, a ona rzucała we mnie tym swoim zimnym, błyskotliwym spojrzeniem. Przy drodze do Hogsmeade, pod schodami przy bibliotece, po jednym z jej wybuchów, kiedy już wtedy chciałem ją uciszyć ustami, na zimowych balach, na które nigdy nie odważyłem się jej zaprosić, za każdym razem popełniając ten sam błąd. Tamtego styczniowego wieczoru, następnego ranka... Chciałem ją wtedy pocałować, zamknąć jej usta dłonią czy pocałunkiem - cokolwiek, co sprawiłoby, że przestanie mówić, a zacznie...
Bo chciałem, przecież, Merlinie, chciałem jej od dawna. Od lat, w których udawaliśmy, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, tylko znajomymi, tylko wrogami, nieprzyjaciółmi, szkolnymi rywalami, „tym i tamtym”. Kiedy uniosła głowę, jej oczy błyszczały światłem, które znałem tylko z nielicznych chwil - takich, w których nie zakładała masek, w których naprawdę pozwalała sobie na coś więcej niż rolę, którą odgrywała przed światem.
Wiedziałem to, widziałem to w sposobie, w jaki nachylała się do mnie, jak napierała ciałem, jej biodra poruszały się niepozornie, a jednocześnie zupełnie świadomie. Wbiła we mnie spojrzenie - pewne, rozpalone, osadzone głęboko w moich źrenicach. Pękałem, a ona, cholera, doskonale wiedziała, że tak robię, wykorzystywała to, podwajając każdy bodziec. Jej prowokacja uderzyła we mnie mocniej niż wszystko, co powiedziała tej nocy, a przecież już wcześniej potrafiła trafić prosto w miejsce, w którym traciłem równowagę - słowa weszły we mnie jak ostrze, nie raniąc, ale niosąc ze sobą coś, od czego skóra paliła mnie od środka, nie istniała we mnie żadna siła, która mogłaby oddzielić logikę od instynktu. W tamtej chwili nie istniała żadna granica.
Tylko jej ciało, jej oddech, jej smak - jej dłonie na moich ramionach, nogi oplatające moje biodra, przyspieszony puls pod skórą. Jej usta, które wróciły do moich, desperackie, zachłanne, żywe, odpowiedziałem na nie natychmiast, z równą siłą, równym głodem, równą tęsknotą. A jednak się starałem - jeszcze - jeszcze kilka sekund.
Pocałunki stawały się coraz bardziej żarliwe, rozpływające się gorącem po ciele, i kiedy zadała to jedno, zabójcze pytanie:
„Mam przestać?”
Prawie parsknąłem śmiechem.
Niskim, zachrypniętym, zdesperowanym. Nie odpowiedziałem od razu, bo jej usta trafiły na moją skórę. Wydałem z siebie urwany dźwięk, zbyt surowy, by nazwać go westchnieniem. Delikatne dotknięcia, drobne ślady ciepła, które zostawiała na mojej szyi, żuchwie, przy obojczyku. Jej oddech napinał każdy mięsień, jakby chciał sprawdzić, ile jeszcze wytrzymam, a ja wytrzymywałem tylko dlatego, że chciałem zrobić to dobrze, powoli, dokładnie tak, jak na nią zasługiwałem po tylu latach, tylu niewypowiedzianych próbach, tylu niedomkniętych spojrzeniach. Jej ciało poruszało się delikatnie, zbyt delikatnie, by uznać to za przypadek, a wystarczająco naturalnie, bym poczuł każdy centymetr zbliżenia. Poruszaliśmy się w jednym rytmie, tym, który rodził się gdzieś między oddechem a odruchem, między pragnieniem a powściągliwością, i wiedziałem, że ten rytm był niebezpieczny, bo prowadził nas w jedno miejsce, od dawna wyczekiwane, niezatrzymywalne.
Przez ułamek sekundy mogła pomyśleć, że rozważam jej pytanie, trzymała mnie w ryzach własnymi słowami, chociaż przecież doskonale wiedziała, że byłem człowiekiem, który nie lubił granic. Nie rozważałem - odpowiedziałem pocałunkiem. Nie byłem już ostrożny tak jak wcześniej, moje ruchy stały się bardziej zdecydowane, ale wciąż starałem się nie pędzić. Chciałem smakować tę chwilę, zapamiętać ją na długo, bo wiedziałem, że kiedy ona ucieknie, zostanie mi jedynie echo jej oddechu, a ja nie chciałem żyć jedynie echem.
Myślenie zostało daleko za nami, zniknęło, kiedy pierwszy raz dotknęła mojej szyi, może nawet wcześniej - wtedy, kiedy wróciła do mojego życia po tylu latach i znów spojrzała na mnie w ten sposób. Nasze usta odnalazły się znowu, pocałunek był głodny, ostry, intensywny, na granicy utraty tchu. Czułem, jak jej dłonie zaciskają się na moich ramionach, jak jej uda okalają mnie mocniej, a ciało drży pod moimi dłońmi. Moje dłonie znalazły drogę wzdłuż jej pleców, aż do miejsca, gdzie skóra była najbardziej wrażliwa na dotyk. Owinąłem ją ramieniem, pod jej udami, podnosząc ją na sekundę wyżej, tak lekko, jakbym robił to setki razy. Mój wzrok spotkał ciemne oczy, rozszerzone źrenice, to znajome drżenie w kącikach ust, jak wtedy, gdy była jeszcze dziewczyną, tylko teraz pogłębione o całe życie, które przeszliśmy osobno.
- Plends ça. - Mój głos wyszedł z gardła cicho, nisko, z tym chropowatym brzmieniem, które pojawiało się u mnie tylko wtedy, gdy byłem na granicy - jak instynkt, przyznanie, że sięgam po słowa, których używałem tylko wtedy, gdy coś poruszało mnie naprawdę głęboko. Potem powtórzyłem, wolniej, już po angielsku, żeby nie mogła udawać, że nie zrozumiała:
- Biesz, co twoje.
Nie powiedziałem „co ci daję”.
Nie powiedziałem „co mogę ci dać”.
Powiedziałem „twoje”.
Bo cholera, jeśli komuś przysługiwało prawo do tej chwili, do mnie, do tego, kim byłem teraz - to właśnie Prue. Moje dłonie przesunęły się minimalnie w dół jej ud, nie kierując ruchem, tylko dając jej punkt zaczepienia. Szorstkie opuszki palców przesunęły się po jej skórze powoli, jakby mówiły „to ty decydujesz, kiedy świat pęknie”. Przyciągnąłem ją odrobinę bliżej swoją wolną dłonią, tylko po to, by poczuła moje czoło oparte o jej, mój oddech mieszający się z jej oddechem. Cała reszta należała już do niej.
„Może właśnie liczę na to, że w końcu przestaniesz?”
Jej szept trafił w miejsce, które od lat walczyłem, żeby utrzymać pod powierzchnią, przegrałem natychmiast. Nie miała pojęcia, jak blisko była tego, by to życzenie spełniło się samo. Uśmiechnąłem się, tylko tyle mogłem zrobić, żeby nie zdradzić, jak bardzo te słowa rozcięły mi resztki opanowania. Mówiła to przecież po to, żeby mnie tam popchnąć, zawsze wiedziała, gdzie uderzyć, jak przesunąć ciężar, jednym zdaniem rozbroić całą moją logikę.
- Mhm. Nigdy nie glałaś fail. - Odpowiedziałem niskim tonem, a dźwięk mojego głosu wydał mi się bardziej chrapliwy, niż planowałem. Prue zawsze miała na mnie ten wpływ, nawet gdy byliśmy zbyt młodzi i zbyt uparci, by przestać się żreć. Zdarzało mi się twardnieć w czasie jej tyrad, zdarzało mi się patrzeć na nią dłużej niż wypadało, zdarzało mi się marzyć o tym, żeby zamiast strzelać we mnie słowami zetrzeć te słowa z ust pocałunkiem. Teraz nie mówiła do mnie gniewem, teraz jej głos był miękki, urwany, ciepły od oddechu, teraz miała te same oczy, tylko nie ostre - rozmyte, zapatrzone głębiej, ciemniejsze od ognia, który odbijał się w ich powierzchni. Kiedy na mnie siedziała - jej ciało dopasowane lekkością i ciepłem, nogi oplatające mnie tak naturalnie, jakby to było ich miejsce od zawsze - wszystko, co przez lata w sobie trzymałem, wróciło jednym uderzeniem krwi. Westchnęła właśnie w taki sposób, jaki zawsze sobie wyobrażałem - może kiedyś przypadkiem, może w snach, na jawie i poza nią, w tych rzadkich momentach, gdy pozwalałem sobie myśleć o niej dłużej, niż powinienem. Była dorosła, ja również - to, co kiedyś było impulsem, teraz miało ciężar lat, tęsknot, całej przeszłości, której nie przeżyliśmy razem, jednak wróciło z siłą, jakby te lata wcale nie upłynęły. Pochyliłem się lekko, tak że jej włosy musnęły moją szczękę, jej usta były leciutko spuchnięte od moich pocałunków. Widziałem to wyraźnie, kiedy nachylała się znowu i znowu, kiedy dotykała mojej skóry z determinacją, która działała na mnie jak rozżarzone żelazo przy szyi.
- To zaleszy. - Odpowiedziałem cicho, ledwie muskając jej usta słowami - te usta potrafiły mnie kiedyś doprowadzić na skraj wytrzymałości samym faktem, że istniały. Zdarzało się, że po jednej z naszych kłótni musiałem opierać się bokiem o chłodną ścianę, modląc się, żeby mój organizm przestał reagować na nią jak na coś zakazanego, bo przez chwilę, krótką, upokarzającą chwilę, bałem się, że zauważy. - Chcesz, szebym dotszymał słowa, czy szebyś miała s czego mnie lozliczaś? - Uniósłem dłoń do jej twarzy, przesunąłem kciukiem po miejscu, gdzie od moich pocałunków jej wargi były bardziej różowe.
To, co szumiało mi w uszach, nie było już krwią, tylko jej imieniem. Nie wypowiedziałem go na głos, ale czułem, jak drży pod językiem, jakby chciało wydostać się na wolność razem z oddechem, który robił się coraz krótszy. Gdzieś w tle trzaskał ogień, ale nie było już znaczenia, czy to on dawał ciepło, czy my sami. Prue była na moich kolanach, w moich dłoniach, w moim oddechu, a to znaczyło jedno - przestawałem panować nad sobą dokładnie tak, jak prosiła. To przyszło do mnie tak naturalnie, jakby te lata nigdy nie istniały. Jakbym znów miał kilkanaście lat, jakbym znów stał z nią pod ścianą w jakimś cholernym korytarzu w Hogwarcie, tylko że wtedy byłem chłopcem udającym mężczyznę, a teraz byłem mężczyzną, któremu życie spiłowało wszystkie miękkie krawędzie.
- Nic. - Odpowiedziałem od razu, bez choćby ułamka zawahania. - Absolutnie nic.
A kiedy wyszeptała „wiem, jak bardzo chciałeś”, coś we mnie pękło - jej słowa były ciosem, ale takim, który człowiek przyjmował z przyjemnością. Bo ona wiedziała, gdzie uderzyć, zawsze wiedziała, zawsze miała tę przeklętą łatwość trafiania we mnie bardziej precyzyjnie, niż potrafiły to zrobić jakiekolwiek zaklęcia.
- Nie wiesz. - Odparłem, ledwie poruszając ustami. - Nie masz pojęcia. - To było prawie wyznanie, nie planowałem go, wymsknęło się samo, w rytmie oddechu, w rytmie bicia serca, które już dawno przestało słuchać rozumu. Wspomnienia - krótkie, ostre, niewypowiedziane - wróciły wszystkie naraz, jak migawka z lat, kiedy jeszcze byliśmy głupi, uparci, zbyt młodzi, żeby przyznać, że chcemy czegokolwiek od kogokolwiek. Prawda była taka, że pragnąłem jej zawsze, nawet kiedy kłóciliśmy się tak mocno, że ściany Hogwartu drżały, potrafiłem mieć ochotę zamknąć jej wtedy usta nie słowem, a jednym pociągnięciem dłoni wplątanej w jej włosy. Nigdy tego nie zrobiłem, nie miałem prawa. Za każdym razem sam je sobie odbierałem, wikłając się coraz bardziej w coś, co już teraz nie było ważne.
Jej oczy.
Merlinie.
To były te same oczy, co wtedy, tamta sama głębia, ale teraz ciemniejsza, rozmyta, rozszerzona pragnieniem, które nie było już niewinne. Byłem wtedy młody, głupi i zbyt dumny, żeby przyznać przed samym sobą, że potrafiłem dostać erekcji, kiedy kłóciliśmy się przy stole w bibliotece, a ona rzucała we mnie tym swoim zimnym, błyskotliwym spojrzeniem. Przy drodze do Hogsmeade, pod schodami przy bibliotece, po jednym z jej wybuchów, kiedy już wtedy chciałem ją uciszyć ustami, na zimowych balach, na które nigdy nie odważyłem się jej zaprosić, za każdym razem popełniając ten sam błąd. Tamtego styczniowego wieczoru, następnego ranka... Chciałem ją wtedy pocałować, zamknąć jej usta dłonią czy pocałunkiem - cokolwiek, co sprawiłoby, że przestanie mówić, a zacznie...
Bo chciałem, przecież, Merlinie, chciałem jej od dawna. Od lat, w których udawaliśmy, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, tylko znajomymi, tylko wrogami, nieprzyjaciółmi, szkolnymi rywalami, „tym i tamtym”. Kiedy uniosła głowę, jej oczy błyszczały światłem, które znałem tylko z nielicznych chwil - takich, w których nie zakładała masek, w których naprawdę pozwalała sobie na coś więcej niż rolę, którą odgrywała przed światem.
Wiedziałem to, widziałem to w sposobie, w jaki nachylała się do mnie, jak napierała ciałem, jej biodra poruszały się niepozornie, a jednocześnie zupełnie świadomie. Wbiła we mnie spojrzenie - pewne, rozpalone, osadzone głęboko w moich źrenicach. Pękałem, a ona, cholera, doskonale wiedziała, że tak robię, wykorzystywała to, podwajając każdy bodziec. Jej prowokacja uderzyła we mnie mocniej niż wszystko, co powiedziała tej nocy, a przecież już wcześniej potrafiła trafić prosto w miejsce, w którym traciłem równowagę - słowa weszły we mnie jak ostrze, nie raniąc, ale niosąc ze sobą coś, od czego skóra paliła mnie od środka, nie istniała we mnie żadna siła, która mogłaby oddzielić logikę od instynktu. W tamtej chwili nie istniała żadna granica.
Tylko jej ciało, jej oddech, jej smak - jej dłonie na moich ramionach, nogi oplatające moje biodra, przyspieszony puls pod skórą. Jej usta, które wróciły do moich, desperackie, zachłanne, żywe, odpowiedziałem na nie natychmiast, z równą siłą, równym głodem, równą tęsknotą. A jednak się starałem - jeszcze - jeszcze kilka sekund.
Pocałunki stawały się coraz bardziej żarliwe, rozpływające się gorącem po ciele, i kiedy zadała to jedno, zabójcze pytanie:
„Mam przestać?”
Prawie parsknąłem śmiechem.
Niskim, zachrypniętym, zdesperowanym. Nie odpowiedziałem od razu, bo jej usta trafiły na moją skórę. Wydałem z siebie urwany dźwięk, zbyt surowy, by nazwać go westchnieniem. Delikatne dotknięcia, drobne ślady ciepła, które zostawiała na mojej szyi, żuchwie, przy obojczyku. Jej oddech napinał każdy mięsień, jakby chciał sprawdzić, ile jeszcze wytrzymam, a ja wytrzymywałem tylko dlatego, że chciałem zrobić to dobrze, powoli, dokładnie tak, jak na nią zasługiwałem po tylu latach, tylu niewypowiedzianych próbach, tylu niedomkniętych spojrzeniach. Jej ciało poruszało się delikatnie, zbyt delikatnie, by uznać to za przypadek, a wystarczająco naturalnie, bym poczuł każdy centymetr zbliżenia. Poruszaliśmy się w jednym rytmie, tym, który rodził się gdzieś między oddechem a odruchem, między pragnieniem a powściągliwością, i wiedziałem, że ten rytm był niebezpieczny, bo prowadził nas w jedno miejsce, od dawna wyczekiwane, niezatrzymywalne.
Przez ułamek sekundy mogła pomyśleć, że rozważam jej pytanie, trzymała mnie w ryzach własnymi słowami, chociaż przecież doskonale wiedziała, że byłem człowiekiem, który nie lubił granic. Nie rozważałem - odpowiedziałem pocałunkiem. Nie byłem już ostrożny tak jak wcześniej, moje ruchy stały się bardziej zdecydowane, ale wciąż starałem się nie pędzić. Chciałem smakować tę chwilę, zapamiętać ją na długo, bo wiedziałem, że kiedy ona ucieknie, zostanie mi jedynie echo jej oddechu, a ja nie chciałem żyć jedynie echem.
Myślenie zostało daleko za nami, zniknęło, kiedy pierwszy raz dotknęła mojej szyi, może nawet wcześniej - wtedy, kiedy wróciła do mojego życia po tylu latach i znów spojrzała na mnie w ten sposób. Nasze usta odnalazły się znowu, pocałunek był głodny, ostry, intensywny, na granicy utraty tchu. Czułem, jak jej dłonie zaciskają się na moich ramionach, jak jej uda okalają mnie mocniej, a ciało drży pod moimi dłońmi. Moje dłonie znalazły drogę wzdłuż jej pleców, aż do miejsca, gdzie skóra była najbardziej wrażliwa na dotyk. Owinąłem ją ramieniem, pod jej udami, podnosząc ją na sekundę wyżej, tak lekko, jakbym robił to setki razy. Mój wzrok spotkał ciemne oczy, rozszerzone źrenice, to znajome drżenie w kącikach ust, jak wtedy, gdy była jeszcze dziewczyną, tylko teraz pogłębione o całe życie, które przeszliśmy osobno.
- Plends ça. - Mój głos wyszedł z gardła cicho, nisko, z tym chropowatym brzmieniem, które pojawiało się u mnie tylko wtedy, gdy byłem na granicy - jak instynkt, przyznanie, że sięgam po słowa, których używałem tylko wtedy, gdy coś poruszało mnie naprawdę głęboko. Potem powtórzyłem, wolniej, już po angielsku, żeby nie mogła udawać, że nie zrozumiała:
- Biesz, co twoje.
Nie powiedziałem „co ci daję”.
Nie powiedziałem „co mogę ci dać”.
Powiedziałem „twoje”.
Bo cholera, jeśli komuś przysługiwało prawo do tej chwili, do mnie, do tego, kim byłem teraz - to właśnie Prue. Moje dłonie przesunęły się minimalnie w dół jej ud, nie kierując ruchem, tylko dając jej punkt zaczepienia. Szorstkie opuszki palców przesunęły się po jej skórze powoli, jakby mówiły „to ty decydujesz, kiedy świat pęknie”. Przyciągnąłem ją odrobinę bliżej swoją wolną dłonią, tylko po to, by poczuła moje czoło oparte o jej, mój oddech mieszający się z jej oddechem. Cała reszta należała już do niej.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)