29.11.2025, 01:35 ✶
Primrose nie pojawiła się jeszcze w pomieszczeniu, w którym gromadziła się reszta rodziny. Tak, zdawała sobie sprawę z tego, że jest już solidnie spóźniona, ale zamiast wejść tam i przywitać się ze wszystkimi, stukała obcasikami pantofli o drewnianą podłogę i bawiła się perłowym naszyjnikiem, którego kilka godzin temu dopasowała do długiej, białej przylegającej sukienki, mówiąc sobie w myślach: będziesz wyglądała spektakularnie.
Aktualnie jej pewność siebie nie istniała. A jeżeli istniała, jej resztki dogorywały w żarze, za moment spopielą się i całkowicie ulegną narastającym w jej głowie lękom.
Dwa, może trzy wdechy i wszystko będzie w porządku.
Raz.
Zastukała pantoflami o podłogę jeszcze raz. Poprawiła włosy, które wydłużyła specjalnie na tę okazję. Wyciągnęła z torebeczki szminkę, którą obmalowała jeszcze raz i tak idealnie wyglądające usta.
Dwa.
Kilka razy uderzyła dłońmi w policzki, a później zaczęła naciskać od góry do dołu na coraz czerwieńsze uszy. Później naciskała na dłonie, dokładnie w tym miejscu, który miał załagodzić narastający ból głowy. Nie miała pojęcia jak powiedzieć rodzinie, że nie czuła się w Lecznicy Dusz dobrze. Tak strasznie bała się kolejnego pytania o obraną drogę zawodową i porównań do którejkolwiek z sióstr robiących znakomite kariery w Ministerstwie.
Chciała odetchnąć trzeci raz, ale zamiast tego podskoczyła. Do pokoju, w którym się tak na sobą użalała, wszedł nie kto inny jak William.
– Oh! – Pisnęła, czerwieniejąc jeszcze mocniej, jakby ją nakrył na Matka wie czym. – Billy, sto lat cię nie widziałam – rzuciła, przybliżając się do niego, nim zdołał zareagować i objęła go mocno na przywitanie. Jak zawsze, pachniała przyjemnymi perfumami i czystością. Delikatne, wychudzone dłonie były kościste, ale sama Primrose była tak samo żywa, ciepła i (sztucznie) wesoła jak zawsze. Kto nie wiedział, ile w tym obrazie kryło się panikarstwa, pomyślałby pewnie, że dziewczyna była naprawdę urocza. – A gdzie jest Edenka? Nie przyjdzie? – Przekręciła głowę w bok. – Zgubiłeś się, co? – Niezbyt dała mu wejść sobie w słowo. – Chodź, zabiorę cię tam, gdzie wszyscy siedzą.
Wcale nie dlatego, że trzymając cię pod ramię i mówiąc „zobaczcie, kogo znalazłam po drodze!!” będzie czuła się milion razy pewniej.
Aktualnie jej pewność siebie nie istniała. A jeżeli istniała, jej resztki dogorywały w żarze, za moment spopielą się i całkowicie ulegną narastającym w jej głowie lękom.
Dwa, może trzy wdechy i wszystko będzie w porządku.
Raz.
Zastukała pantoflami o podłogę jeszcze raz. Poprawiła włosy, które wydłużyła specjalnie na tę okazję. Wyciągnęła z torebeczki szminkę, którą obmalowała jeszcze raz i tak idealnie wyglądające usta.
Dwa.
Kilka razy uderzyła dłońmi w policzki, a później zaczęła naciskać od góry do dołu na coraz czerwieńsze uszy. Później naciskała na dłonie, dokładnie w tym miejscu, który miał załagodzić narastający ból głowy. Nie miała pojęcia jak powiedzieć rodzinie, że nie czuła się w Lecznicy Dusz dobrze. Tak strasznie bała się kolejnego pytania o obraną drogę zawodową i porównań do którejkolwiek z sióstr robiących znakomite kariery w Ministerstwie.
Chciała odetchnąć trzeci raz, ale zamiast tego podskoczyła. Do pokoju, w którym się tak na sobą użalała, wszedł nie kto inny jak William.
– Oh! – Pisnęła, czerwieniejąc jeszcze mocniej, jakby ją nakrył na Matka wie czym. – Billy, sto lat cię nie widziałam – rzuciła, przybliżając się do niego, nim zdołał zareagować i objęła go mocno na przywitanie. Jak zawsze, pachniała przyjemnymi perfumami i czystością. Delikatne, wychudzone dłonie były kościste, ale sama Primrose była tak samo żywa, ciepła i (sztucznie) wesoła jak zawsze. Kto nie wiedział, ile w tym obrazie kryło się panikarstwa, pomyślałby pewnie, że dziewczyna była naprawdę urocza. – A gdzie jest Edenka? Nie przyjdzie? – Przekręciła głowę w bok. – Zgubiłeś się, co? – Niezbyt dała mu wejść sobie w słowo. – Chodź, zabiorę cię tam, gdzie wszyscy siedzą.
Wcale nie dlatego, że trzymając cię pod ramię i mówiąc „zobaczcie, kogo znalazłam po drodze!!” będzie czuła się milion razy pewniej.