Otoczenie raczej można było uznać za średnio sprzyjające, ale nie liczyło się przecież miejsce, tylko czas i osoba, która postanowiła się zadeklarować. Czy spodziewała się tego, że kiedyś ktoś jej wyzna miłość w tym obskurnym miejscu? No nie, czy spodziewała się tego, że sama komuś powie to samo tutaj? No nie. Nie mieli na to wpływu, tak się musiało wydarzyć. Dobrze, że w ogóle mieli szansę na to, żeby się przed sobą otworzyć. Potrzebowali takiego oczyszczenia, podzielenia się swoimi obawami, ale też pragnieniami. To wiele wyjaśniło, to doprowadziło ich do momentu w którym właśnie Benjy uklęknął przed nią na tej obrzydliwej podłodze. Prue wolała nie myśleć o tym, co mogło się na niej znajdować, liczył się gest? Czyż nie. Zresztą nie uważała, żeby był im potrzebny w tej chwili, to nie tak, że go nie doceniała, ale zdążyli już ustalić, że chcą zostać małżeństwem teraz, za chwilę, tej nocy. Wszystko wydawało się być całkiem proste, jakby było najłatwiejszą decyzją z możliwych do podjęcia, jakby wcale nie chodziło o to, że zamierzali spędzić ze sobą resztę życia.
Takie rzeczy po prostu się wiedziało, ta pewność uderzała zupełnie znienacka, nie pozwalała nawet na chwilę wedrzeć się do środka odrobinie zawahania. Tak po prostu miało być, miał być ślub, gdy tylko znajdą kogoś kto postanowi im go udzielić. Prosta sprawa, a wierzyła, że faktycznie bo znajdą, bo jeśli Benjy powiedział A to i miał powiedzieć B, on dotrzymywał słowa i nie rzucał ich na wiatr, zdawała sobie z tego sprawę, i może właśnie dzięki temu, dzięki jego podejściu była całkiem spokojna, bo wiedziała, że skończę ten dzień dokładnie tak jak sami chcieli.
Fenwick wyglądał równie pewnego swojej decyzji co ona, zresztą nie sądziła, że inaczej by się jej oświadczył, nie był osobą, która postępowała w jakiś sposób, dlatego, że tak wypadało, że ktoś tego oczekiwał, od zawsze robił tylko i wyłącznie to na co sam miał ochotę. Teraz postanowił uczynić ją swoją - więc miała się stać jego. Było to proste jak jakaś przedwieczna prawda.
Nie było to spontaniczne tak, jak mogło się wydawać, ta więź sięgała dziecięcych lat, kiedy jeszcze nawet nie wiedzieli, co to znaczy kogoś kochać, przyjaźnili się wtedy, byli sobie oparciem, zupełnie tak jak teraz, gdyby nie to że los rzucił im kłody pod nogi, już dawno mogliby spróbować czegoś podobnego. Nie było jednak sensu się na tym skupiać, najważniejsze, że dostali swoją szansę i właśnie mieli ją wykorzystać. Już jej nie ucieknie, teraz będzie trwał przy niej, bo miał zostać jej mężem. Było w tym coś niesamowitego, bo przecież Benjy należał do tych, którzy cenili sobie wolność, którzy sami decydowali o swoim losie, a teraz trochę sam się tego pozbywał, bo to musiało nieco się zmieniły, już nie mógł patrzeć na wszystko w pojedynkę.
Rozpoznała sztylet, który jej podarował. Nie od razu, potrzebowała do tego chwili, aby przypomnieć sobie jak leżał w ręce i, że kiedyś już go w niej trzymała. Piwnica, w której dowiedziała się kim jest, chociaż czy podświadomie już podczas pożarow nie wiedziała, albo jeszcze wcześniej, kiedy pomagali dziewczynce zlapać tego kota? Jej ciało samo na niego reagowało, rozpoznało go, mimo, że umysł doszedł do tego nieco później oraz z drobną pomocą.
Klęknął pod nią, przed nią tak właściwie i patrzył na nią tym swoim spojrzeniem. Widziała w nim wszystko, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, które mieli spędzić razem. Mimowolnie się uśmiechała, chociaż z nożem w ręku mogło to wyglądać nie najlepiej, jakby co najmniej była jakaś opętana. Może była? Opętała ją miłość do niego.
Nie zamierzała pozwolić mu tak trwać przed nią. Nie kiedy dawno nie czuła jego ust ma swoich, oddechu za uchem, ciepłej skóry przyklejającej się do jej. Musiała to przerwać i poprosić go o reakcję. Nie sądziła też, że wygodnie mu było na kolanach na tej nokturnowej podłodze.
Zareagował na jej słowa, miała wrażenie, że od razu. Nie musiała powtarzać swojej prośby, zupełnie znienacka stał przed nią i sięgał wargami do jej wark. Nigdy nie wnikała w to, jak to robił - to była część jego osoby, tak już miał. Uśmiechnęła się delikatnie, całkiem uroczo, kiedy usłyszała jak ją nazwał, pasowało to do jej osoby idealnie, Benjy zawsze umiał sięgnąć po bardzo trafne spostrzeżenia. To też się nie zmieniło.
Pocałował ją tak, jakby byli jedynymi ludźmi na świecie, zachłannie, intensywnie, chciwie, jakby już należała do niego. Nogi miała jak z waty, uginały się pod nią, ale doznania były niesamowite. Przytrzymywał jej twarz w miejscu, tak, że przy tym wszystkim nie ruszyła się nawet o krok, stała tak po prostu pogłębiając ten najbardziej prawdziwy pocałunek, który przeżyła w swoim życiu. Jak ona wcześniej mogła żyć bez niego? Nie miała pojęcia, teraz jednak wiedziała, że nie może go stracić bo stał się jej całym światem. Docierało do niej, że to trwało od dawna, zawsze gdy się przy niej pojawiał to dostawał całą jej uwagę, nikt inny się nie liczył, ani nic innego, tylko i wyłącznie on.
Oparł czoło o jej czoło, wtedy złapała oddech, kiedy ją całował zapominała o tym, że musi oddychać, bliskość powodowała, że przyjemne ciepło rozwlewało się po jej całym ciele, przymknęła na moment oczy, było tak idealnie, że trudno jej się z tym było pogodzić. Nie była przyzwyczajona do tego, że cokolwiek szło po jej myśli, a w tej sytuacji przecież zupełnie przekorczyło jej oczekiwania, nie spodziewała się, że zostanie jego żoną, że będzie ją chciał, a za maksymalnie kilka godzin mieli wziąć ślub. Niesamowite.
- Ja Ciebie też i zawsze będę Cię kochać. - Bez żadnego zawahania powiedziała te słowa, bo to było dla niej oczywiste, taka miłość nie zdarzała się często, była jedna, jedyna w swoim rodzaju i nie wszyscy mieli szansę ją spotkać, oni mieli te możliwość, teraz wypadałoby to odpowiednio wykorzystać.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control