29.11.2025, 03:11 ✶
Mżyło tak lekko, że krople bardziej unosiły się w powietrzu niż spadały. Nokturn nigdy nie pachniał dobrze, ale kiedy wyszliśmy z mieszkania, uderzyło mnie to bardziej niż zwykle. Smród ulicy uderzył mnie w nozdrza zaraz po wyjściu na zewnątrz, ten cały koktajl wilgotnej jesieni, mokrego kurzu i czegoś, co nie było już do końca identyfikowalne, ale ona była obok mnie, oddychała tym samym powietrzem, więc nie było aż tak źle. Palce mieliśmy splecione - tak, jak robiliśmy to wiele razy wcześniej, tylko że teraz niosło to inny ciężar - prawdziwy, namacalny. Mój kciuk ocierał się o jej, niby od niechcenia, przypadkowo, ale czułem pod skórą, że to było… Coś - coś, czego nie dało się już odwrócić, ani zignorować. Weszliśmy tam jako praktycznie-byli, wyszliśmy jako narzeczeni, to wcale nie było najdziwniejszą rzeczą, jaka mnie spotkała w życiu, ale było zdecydowanie najlepszą.
Nie spieszyłem się już tak jak wcześniej. Szliśmy wolniej niż wtedy, kiedy wpadliśmy tu jak burza, gotowi się pozabijać słowami albo rozstać ostatecznie, albo jedno i drugie naraz. Dałem jej athamé, bo pierścionek byłby przy tym śmiesznym błyskotem, a nie symbolem, mój nóż był częścią mnie, teraz był jej - uznawałem to za bardziej realne niż cokolwiek, co mógłbym jej kupić.
Puściłem jej dłoń tylko na sekundę, żeby sprawdzić sakiewkę. Wilgoć przesiąkała materiał płaszcza, a szorstki sznurek sakiewki był zimny pod palcami - ale był. Nikt mi jej nie zabrał. Kiwnąłem do siebie, zadowolony. Nie czułem już tej złości pod skórą, tego spięcia, które prawie doprowadziło nas do końca. Teraz było… Spokojniej. W dziwny sposób jaśniej, mimo że ulicę oświetlało ledwie kilka chwiejących się na wietrze lamp. Kiedy latarnie zaczęły migać, nie przejąłem się tym, tutaj zawsze migały, zawsze gasły, zawsze wracały, czasem z opóźnieniem, jakby bały się świecić, bo mogłoby to kogoś wkurzyć. To był Nokturn - tu migotanie świateł ulicznych mogło być oznaką czarów, awarii, duchów albo tego, że ktoś rzucił zaklęcie obok - nic, co by mnie ruszyło. Mogło się tu zdarzyć wszystko, ale gasnące światło nikogo nie dziwiło. Zatrzymałem się na sekundę, żeby spojrzeć jej w oczy, chociaż światło było słabe.
Przechyliłem głowę, patrząc na nią spod mokrych rzęs, kiedy powiedziała “chcesz obrączek, będą obrączki”. Zerknąłem na nią spod brwi, jakby to było coś absolutnie oczywistego.
- Oczywiście, sze chcę nosiś obląszkę. - Powiedziałem cicho, ale bez wahania. - Nie po to się szenię, szeby wyglądaś jak cholelny kawalel. - Zerknąłem na nią z ukosa, takim spojrzeniem, które samo mówiło, jak bardzo to byłoby absurdalne. - Jestem męszczyzną jednej kobiety, Sun. Zawsze byłem, wszystko albo nic, nie zamieszam udawaś, sze to coś skomplikowanego.
Wyciągnąłem rękę, by znowu ją złapać, myśląc tylko o tym, żeby już jej nie puszczać, ale zanim nasze palce się spotkały, usłyszałem jej ciche słowa. Spojrzałem na nią i zmarszczyłem brwi, trochę zdezorientowany, dopóki nie dotarło do mnie, o co chodzi - parsknąłem pod nosem, pół rozbawiony, pół zakłopotany. Uśmiechnęła się, a ten uśmiech mógłby przywrócić światło w uliczce, gdyby latarnie zdecydowały się w końcu umrzeć. Zerknąłem w dół - rzeczywiście - wyciągnąłem tę rękę, na której miałem porządną ranę po wcześniejszym zamieszaniu, dłoń była spuchnięta, być może nawet częściowo coś złamałem. Podejrzewałem, że Prue tego nie zapomni, nawet jeśli ja bym chciał udawać, że już nie boli.
Latarnie zgasły, wszystkie, jedna po drugiej, jakby ktoś przeciął kabel nożem. Nokturn w nocy był inny - martwy, cichy, nieprzewidywalny. Poczułem, jak mięśnie napinają mi się automatycznie, jak ciało wchodzi w ten tryb, który znało całe życie - czujność, gotowość, reakcja przed myślą. Moja wolna dłoń odruchowo powędrowała w kierunku płaszcza, tam, gdzie była różdżka. Nie wyciągnąłem jej, jeszcze nie, najpierw musiałem wiedzieć, czy to tylko nokturnowy foch infrastruktury… Czy ktoś lub, co gorsza, coś patrzyło na nas z tej ciemności. Schyliłem głowę bliżej niej. Tak, żeby nie musiała zgadywać, czując jej dłoń zaciskającą się na mojej.
- Jestem. - Odpowiedziałem równie cicho. - Jestem tutaj, chodź bliszej. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, powoli, uspokajająco, ale oczy miałem już otwarte szerzej, przyzwyczajone do mroku, wyczulone na każdy ruch, każdy szmer, bo Nokturn nie gasł bez powodu. Obróciłem głowę, nasłuchując dźwięków w mroku - kropli, oddechów, czegoś, co nie powinno być tu z nami, wypatrując w ciemności jakichkolwiek ruchów, kształtów, drgnień powietrza. Nokturn umiał robić takie numery. Gasnące latarnie zwiastowały zwykle jedno - albo magia, albo kłopoty, albo obie rzeczy naraz. Zacisnąłem mocniej palce na jej dłoni.
- Nie puszczę cię. - Dodałem szeptem, twardszym niż przed chwilą. - Niezalesznie od tego, co tu się dzieje. - Zrobiłem krok w przód, osłaniając ją bokiem ciała, gotowy na wszystko, co wyjdzie z ciemnych zaułków. - Tszymaj się blisko. - Zawsze miała się trzymać blisko mnie, a ja niej, bo byliśmy w tym razem.
Nie spieszyłem się już tak jak wcześniej. Szliśmy wolniej niż wtedy, kiedy wpadliśmy tu jak burza, gotowi się pozabijać słowami albo rozstać ostatecznie, albo jedno i drugie naraz. Dałem jej athamé, bo pierścionek byłby przy tym śmiesznym błyskotem, a nie symbolem, mój nóż był częścią mnie, teraz był jej - uznawałem to za bardziej realne niż cokolwiek, co mógłbym jej kupić.
Puściłem jej dłoń tylko na sekundę, żeby sprawdzić sakiewkę. Wilgoć przesiąkała materiał płaszcza, a szorstki sznurek sakiewki był zimny pod palcami - ale był. Nikt mi jej nie zabrał. Kiwnąłem do siebie, zadowolony. Nie czułem już tej złości pod skórą, tego spięcia, które prawie doprowadziło nas do końca. Teraz było… Spokojniej. W dziwny sposób jaśniej, mimo że ulicę oświetlało ledwie kilka chwiejących się na wietrze lamp. Kiedy latarnie zaczęły migać, nie przejąłem się tym, tutaj zawsze migały, zawsze gasły, zawsze wracały, czasem z opóźnieniem, jakby bały się świecić, bo mogłoby to kogoś wkurzyć. To był Nokturn - tu migotanie świateł ulicznych mogło być oznaką czarów, awarii, duchów albo tego, że ktoś rzucił zaklęcie obok - nic, co by mnie ruszyło. Mogło się tu zdarzyć wszystko, ale gasnące światło nikogo nie dziwiło. Zatrzymałem się na sekundę, żeby spojrzeć jej w oczy, chociaż światło było słabe.
Przechyliłem głowę, patrząc na nią spod mokrych rzęs, kiedy powiedziała “chcesz obrączek, będą obrączki”. Zerknąłem na nią spod brwi, jakby to było coś absolutnie oczywistego.
- Oczywiście, sze chcę nosiś obląszkę. - Powiedziałem cicho, ale bez wahania. - Nie po to się szenię, szeby wyglądaś jak cholelny kawalel. - Zerknąłem na nią z ukosa, takim spojrzeniem, które samo mówiło, jak bardzo to byłoby absurdalne. - Jestem męszczyzną jednej kobiety, Sun. Zawsze byłem, wszystko albo nic, nie zamieszam udawaś, sze to coś skomplikowanego.
Wyciągnąłem rękę, by znowu ją złapać, myśląc tylko o tym, żeby już jej nie puszczać, ale zanim nasze palce się spotkały, usłyszałem jej ciche słowa. Spojrzałem na nią i zmarszczyłem brwi, trochę zdezorientowany, dopóki nie dotarło do mnie, o co chodzi - parsknąłem pod nosem, pół rozbawiony, pół zakłopotany. Uśmiechnęła się, a ten uśmiech mógłby przywrócić światło w uliczce, gdyby latarnie zdecydowały się w końcu umrzeć. Zerknąłem w dół - rzeczywiście - wyciągnąłem tę rękę, na której miałem porządną ranę po wcześniejszym zamieszaniu, dłoń była spuchnięta, być może nawet częściowo coś złamałem. Podejrzewałem, że Prue tego nie zapomni, nawet jeśli ja bym chciał udawać, że już nie boli.
Latarnie zgasły, wszystkie, jedna po drugiej, jakby ktoś przeciął kabel nożem. Nokturn w nocy był inny - martwy, cichy, nieprzewidywalny. Poczułem, jak mięśnie napinają mi się automatycznie, jak ciało wchodzi w ten tryb, który znało całe życie - czujność, gotowość, reakcja przed myślą. Moja wolna dłoń odruchowo powędrowała w kierunku płaszcza, tam, gdzie była różdżka. Nie wyciągnąłem jej, jeszcze nie, najpierw musiałem wiedzieć, czy to tylko nokturnowy foch infrastruktury… Czy ktoś lub, co gorsza, coś patrzyło na nas z tej ciemności. Schyliłem głowę bliżej niej. Tak, żeby nie musiała zgadywać, czując jej dłoń zaciskającą się na mojej.
- Jestem. - Odpowiedziałem równie cicho. - Jestem tutaj, chodź bliszej. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, powoli, uspokajająco, ale oczy miałem już otwarte szerzej, przyzwyczajone do mroku, wyczulone na każdy ruch, każdy szmer, bo Nokturn nie gasł bez powodu. Obróciłem głowę, nasłuchując dźwięków w mroku - kropli, oddechów, czegoś, co nie powinno być tu z nami, wypatrując w ciemności jakichkolwiek ruchów, kształtów, drgnień powietrza. Nokturn umiał robić takie numery. Gasnące latarnie zwiastowały zwykle jedno - albo magia, albo kłopoty, albo obie rzeczy naraz. Zacisnąłem mocniej palce na jej dłoni.
- Nie puszczę cię. - Dodałem szeptem, twardszym niż przed chwilą. - Niezalesznie od tego, co tu się dzieje. - Zrobiłem krok w przód, osłaniając ją bokiem ciała, gotowy na wszystko, co wyjdzie z ciemnych zaułków. - Tszymaj się blisko. - Zawsze miała się trzymać blisko mnie, a ja niej, bo byliśmy w tym razem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)