29.11.2025, 19:09 ✶
Skupiłem się na punkcie w przestrzeni, a kiedy tylko go sobie wyobraziłem, świat zamknął się wokół mnie z lekkim trzaskiem - po chwili stałem już na ubitej ścieżce prowadzącej wzdłuż przycinki leśnej pod Little Hangleton. Pachniało wilgotną korą i chłodnym październikowym powietrzem, tym ostrym, ale jeszcze przyjemnym, zanim pogoda zrobi się naprawdę paskudna, a słońce miało ten przyjemny, jesienny kolor, który w zwykły dzień pewnie by mnie irytował, dziś nie.
Mój skórzany płaszcz od razu złapał silny podmuch wiatru, ciężki materiał podniósł się, łopocząc za mną jak chorągiew bojowa - zwykle dodawał mi groźności, tej surowej aury, dzięki której ludzie wiedzieli, że nie ma sensu podchodzić z głupimi pytaniami. Teraz musiał wyglądać raczej śmiesznie, bo i tak nie dałby rady przykryć tego głupiego uśmiechu, który wciąż mi się wymykał, kiedy nie pilnowałem twarzy smaganej włosami. Nie byłem typem, który chodził z trwale przylepionym uśmieszkiem, jak idiota, chyba że prześmiewczym, ale zazwyczaj wyglądałem jak ktoś, kto albo właśnie wrócił z walki, albo zaraz ma zamiar jakąś zacząć. A jednak czułem to nagłe, ciepłe wrażenie, uparte, podnoszące jeden kącik ust wyżej, niż wypadało ludziom o mojej reputacji. Zwykle przypadkowy przechodzień mógłby przysiąc, że wyglądam jak zwiastun złych wieści - twarz ściągnięta, spojrzenie nieprzyjemne, krok szybki, żeby mieć wszystko jak najszybciej za sobą. Dziś… No, cóż. Ktokolwiek by mnie zobaczył, miałby prawo zastanawiać się, co poszło wyjątkowo dobrze, skoro ten konkretny idiota z moją twarzą uśmiechał się jak ktoś, kto albo wygrał w totolotka, albo zrobił coś jeszcze głupszego.
Poprawiłem kołnierz, z przyzwyczajenia, ale moje oczy od razu zatrzymały się na obrączce. Zerkałem na nią absurdalnie często, trochę jak debil, któremu trzeba parokrotnie potwierdzić, że coś się naprawdę wydarzyło, zanim przyjmie to do wiadomości. Pasowała do mnie bardziej niż jakiekolwiek gładkie, arystokratyczne cudo, które mógłby mi ktoś kiedyś wcisnąć. Złoto było trochę nierówne, ciężkie, z kilkoma drobnymi rysami, których nie dało się wypolerować. Zwykle w marszu ścinałem emocje do zera, dzisiaj nie umiałem, nawet jeśli powinienem - jakby jakaś siła wyższa stwierdziła, że nie ma opcji, żebym chociaż przez minutę wyglądał znowu na tego skurwiela, którym byłem na co dzień. Po prostu szedłem przez las, jak ktoś tak rozproszony, że powinien potykać się o korzenie, a zamiast tego omiatał wzrokiem wszystko dookoła, jakby właśnie odkrył, że świat stał się mniej paskudny, niż pamięta - nawet w tej okolicy, ba, szczególnie w niej.
Nie spędziłem całego dnia z moją żoną - to też brzmiało za dobrze, żeby nie powtórzyć tego w myślach - bo miała dyżur. Oczywiście, że miała, była przecież sobą. Najchętniej spędziłbym z nią ten dzień, cały następny też, może nawet najbliższe siedem, ale wiedziałem, że nie uznajemy miodowych tygodni, bo życie obojga było zbyt popaprane, żeby nagle udawać normalność tego typu. Wystarczyło, że wciąż czułem ją na sobie, miałem w pamięci każde spojrzenie, każdy dotyk z tej nocy, każdą półszeptaną uwagę, którą rzuciliśmy - kilka chwil, zanim opuściliśmy nokturńskie mieszkanie i zrobiliśmy coś tak irracjonalnego, że aż właściwego, i wszystko później.
Po chwili drzewostan przerzedził się jeszcze bardziej, odsłaniając kamienną bryłę posiadłości i sterty desek świadczących o tym, że coś chyba miało się ruszyć w kwestii remontowo-budowlanej. Wszystko wyglądało na bardziej ogarnięte niż ostatnim razem, kiedy tu byłem. Umówiłem się tu z Geraldine, mieliśmy omówić szczegóły naszej współpracy, ale zanim pchnąłem bramę, przystanąłem na krótką chwilę. Chłodny podmuch smagnął mi policzki, zimniejszy niż kilka dni temu, pachnący mokrą ziemią. Ruszyłem się i przyspieszyłem, bo wiatr znowu złapał mnie za poły płaszcza, jakby próbował mnie popchnąć w stronę posiadłości. Przeszedłem przez bramę gałęzie trąciły mój płaszcz, a suchy szelest pod butami zmieszał się z czymś, co od razu przyciągnęło moją uwagę - szczekaniem. Radosnym, dzikim, zupełnie nieprzejmującym się niczym. Rzadko wyglądałem na kogoś przyjaźnie nastawionego do świata - zwykle, z tego co słyszałem, robiłem wrażenie człowieka, który mógłby komuś złamać nos samym spojrzeniem, ale dzisiaj… Dzisiaj nic nie potrafiło mi zepsuć humoru. Podejrzewałem, że nawet gdybym potknął się o jakiś korzeń i wylądował twarzą w liściach, i tak przekląłbym wesoło. Podniosłem głowę, skręcając w stronę dźwięków, i już po chwili zobaczyłem je - psy wybiegające zza rogu głównego budynku, jakby ktoś wypuścił huragan na czterech łapach.
- No, chodźcie, chodźcie, moje potwoly. - Rzuciłem, chociaż to „rzucanie” było tak podejrzanie lekkie, tonem, którym normalnie posługiwałem się tylko po kilku drinkach, że gdyby ktoś mnie nagrał, zaprzeczyłbym własnym uszom. - Kto tu pilnuje posiadłości, co? Kto tu lobi ten cały buldel? Dobla, dobla, wiem, wszyscy nalas, tak, wiem. - Parsknąłem, takim prawdziwym, luźnym tonem, którego prawdopodobnie dawno ode mnie nie słyszano, zwłaszcza nie na trzeźwo. Pochyliłem się, drapiąc jednego za uchem, drugiego po karku, trzeciemu wsuwając dłoń pod szczękę, tak jak lubił. Drapałem każdego zwierzaka po kolei, a właściwie wszystkie naraz, bo te łajzy nie umiały czekać na swoją kolej.
Mój skórzany płaszcz od razu złapał silny podmuch wiatru, ciężki materiał podniósł się, łopocząc za mną jak chorągiew bojowa - zwykle dodawał mi groźności, tej surowej aury, dzięki której ludzie wiedzieli, że nie ma sensu podchodzić z głupimi pytaniami. Teraz musiał wyglądać raczej śmiesznie, bo i tak nie dałby rady przykryć tego głupiego uśmiechu, który wciąż mi się wymykał, kiedy nie pilnowałem twarzy smaganej włosami. Nie byłem typem, który chodził z trwale przylepionym uśmieszkiem, jak idiota, chyba że prześmiewczym, ale zazwyczaj wyglądałem jak ktoś, kto albo właśnie wrócił z walki, albo zaraz ma zamiar jakąś zacząć. A jednak czułem to nagłe, ciepłe wrażenie, uparte, podnoszące jeden kącik ust wyżej, niż wypadało ludziom o mojej reputacji. Zwykle przypadkowy przechodzień mógłby przysiąc, że wyglądam jak zwiastun złych wieści - twarz ściągnięta, spojrzenie nieprzyjemne, krok szybki, żeby mieć wszystko jak najszybciej za sobą. Dziś… No, cóż. Ktokolwiek by mnie zobaczył, miałby prawo zastanawiać się, co poszło wyjątkowo dobrze, skoro ten konkretny idiota z moją twarzą uśmiechał się jak ktoś, kto albo wygrał w totolotka, albo zrobił coś jeszcze głupszego.
Poprawiłem kołnierz, z przyzwyczajenia, ale moje oczy od razu zatrzymały się na obrączce. Zerkałem na nią absurdalnie często, trochę jak debil, któremu trzeba parokrotnie potwierdzić, że coś się naprawdę wydarzyło, zanim przyjmie to do wiadomości. Pasowała do mnie bardziej niż jakiekolwiek gładkie, arystokratyczne cudo, które mógłby mi ktoś kiedyś wcisnąć. Złoto było trochę nierówne, ciężkie, z kilkoma drobnymi rysami, których nie dało się wypolerować. Zwykle w marszu ścinałem emocje do zera, dzisiaj nie umiałem, nawet jeśli powinienem - jakby jakaś siła wyższa stwierdziła, że nie ma opcji, żebym chociaż przez minutę wyglądał znowu na tego skurwiela, którym byłem na co dzień. Po prostu szedłem przez las, jak ktoś tak rozproszony, że powinien potykać się o korzenie, a zamiast tego omiatał wzrokiem wszystko dookoła, jakby właśnie odkrył, że świat stał się mniej paskudny, niż pamięta - nawet w tej okolicy, ba, szczególnie w niej.
Nie spędziłem całego dnia z moją żoną - to też brzmiało za dobrze, żeby nie powtórzyć tego w myślach - bo miała dyżur. Oczywiście, że miała, była przecież sobą. Najchętniej spędziłbym z nią ten dzień, cały następny też, może nawet najbliższe siedem, ale wiedziałem, że nie uznajemy miodowych tygodni, bo życie obojga było zbyt popaprane, żeby nagle udawać normalność tego typu. Wystarczyło, że wciąż czułem ją na sobie, miałem w pamięci każde spojrzenie, każdy dotyk z tej nocy, każdą półszeptaną uwagę, którą rzuciliśmy - kilka chwil, zanim opuściliśmy nokturńskie mieszkanie i zrobiliśmy coś tak irracjonalnego, że aż właściwego, i wszystko później.
Po chwili drzewostan przerzedził się jeszcze bardziej, odsłaniając kamienną bryłę posiadłości i sterty desek świadczących o tym, że coś chyba miało się ruszyć w kwestii remontowo-budowlanej. Wszystko wyglądało na bardziej ogarnięte niż ostatnim razem, kiedy tu byłem. Umówiłem się tu z Geraldine, mieliśmy omówić szczegóły naszej współpracy, ale zanim pchnąłem bramę, przystanąłem na krótką chwilę. Chłodny podmuch smagnął mi policzki, zimniejszy niż kilka dni temu, pachnący mokrą ziemią. Ruszyłem się i przyspieszyłem, bo wiatr znowu złapał mnie za poły płaszcza, jakby próbował mnie popchnąć w stronę posiadłości. Przeszedłem przez bramę gałęzie trąciły mój płaszcz, a suchy szelest pod butami zmieszał się z czymś, co od razu przyciągnęło moją uwagę - szczekaniem. Radosnym, dzikim, zupełnie nieprzejmującym się niczym. Rzadko wyglądałem na kogoś przyjaźnie nastawionego do świata - zwykle, z tego co słyszałem, robiłem wrażenie człowieka, który mógłby komuś złamać nos samym spojrzeniem, ale dzisiaj… Dzisiaj nic nie potrafiło mi zepsuć humoru. Podejrzewałem, że nawet gdybym potknął się o jakiś korzeń i wylądował twarzą w liściach, i tak przekląłbym wesoło. Podniosłem głowę, skręcając w stronę dźwięków, i już po chwili zobaczyłem je - psy wybiegające zza rogu głównego budynku, jakby ktoś wypuścił huragan na czterech łapach.
- No, chodźcie, chodźcie, moje potwoly. - Rzuciłem, chociaż to „rzucanie” było tak podejrzanie lekkie, tonem, którym normalnie posługiwałem się tylko po kilku drinkach, że gdyby ktoś mnie nagrał, zaprzeczyłbym własnym uszom. - Kto tu pilnuje posiadłości, co? Kto tu lobi ten cały buldel? Dobla, dobla, wiem, wszyscy nalas, tak, wiem. - Parsknąłem, takim prawdziwym, luźnym tonem, którego prawdopodobnie dawno ode mnie nie słyszano, zwłaszcza nie na trzeźwo. Pochyliłem się, drapiąc jednego za uchem, drugiego po karku, trzeciemu wsuwając dłoń pod szczękę, tak jak lubił. Drapałem każdego zwierzaka po kolei, a właściwie wszystkie naraz, bo te łajzy nie umiały czekać na swoją kolej.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)