• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence

[8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
29.11.2025, 21:43  ✶  
W półmroku widziałem, jak lekko drgnęły jej kąciki ust. Szła przy mnie równo, krok w krok, jakbyśmy robili to całe życie, a jednak dopiero co wyszliśmy z mieszkania, w którym prawie się rozpadliśmy. Prawie, bo jednak zamiast się rozpaść, poskładaliśmy się w coś kompletnie nowego. W coś trwałego - coś, co trzymałem w ręce teraz, splatając jej palce z moimi tak, jakbyśmy byli już po wszystkim, a nie dopiero przed ślubem. Szła obok mnie spokojnie, z tą dziwną jednoczesną lekkością i pewnością kobiety, która właśnie zdecydowała się wywrócić swoje życie do góry nogami, moje też, byłem cholernie wdzięczny za to, że robiła to ze mną.
Latarnia zamigotała, ale nic jeszcze nie zwiastowało tego, co miało zaraz nadejść. Nie było tu żywej duszy, przynajmniej żadnej, którą widziałem, ale Nokturn nigdy nie był pusty naprawdę, zawsze coś się czaiło, w szczelinach, za rogami, pod balkonami - nawet jeśli żadne oczy nie błyszczały w mroku.
Na jej „lubię, jak jesteś taki zdeterminowany” tylko nachyliłem się lekko w jej stronę, tak jakbyśmy wymieniali się sekretem, którego nikt nie powinien podsłuchać, spojrzałem na nią spod brwi.
- Dobsze, bo dziś nie ma odwlotu. Nikt, absolutnie nikt nam nie pszeszkodzi. - Brzmiało to dziwnie czuło jak na mnie, ale trudno, prawda jest prawdą. Podobało mi się, jak to powiedziała - miękko i cicho, jakbyśmy mieli jakąkolwiek szansę na dyskrecję w tym miejscu, gdzie mrok słuchał uważniej niż ludzie. Uśmiechnąłem się pod nosem - krótko, krzywo, jak to zwykle u mnie - bo lubiłem, kiedy ona doceniała we mnie coś tak prostego. Determinację, coś, czego miałem w sobie za dużo, za głupio, czasem do brawury, a co przy niej przestawało być wadą, a zaczynało być… Cholera wie czym.
Poprawiłem wolną ręką poły płaszcza i rękaw, żeby mieć łatwy dostęp do różdżki. Nie brakowało mi humoru, ale ostrożność była ważniejsza.
- Wiem, że czekałaś. - Odpowiedziałem cicho. - I pszeplasam, sze zajęło mi to tyle czasu. Byłem… No. Debilem. Jestem świadomy. Dlatego mam zamial całym sobą ci to dziś i nie tylko… Odplacowaś. - Ostatnie słowo powiedziałem niżej, z lekkim, obiecującym mruknięciem, które wiedziałem, że wyczuje.
Światło latarni zamigotało - jedna, potem druga lampa, nie przystanąłem, na Nokturnie światło gasło częściej niż płonęło. Prue spojrzała na mnie, unosząc brodę. Jej „Hmm?” oznaczało, że czeka na pytanie, więc zapytałem.
- Nie chcę wsadzaś ci na palec obląszki, któla wepchnie ci w głowę cudzy koszmal. Nie dziś. Nie kiedykolwiek. Nie tego wieczolu. I nie szadnego innego, jeśli mam coś do gadania. - Zadeklarowałem, nawet jeśli wiedziałem, że czasami nie dało się uniknąć takich sytuacji, jak tamta w kromlechu.
Wyjaśniła mi cały mechanizm swojego daru, uderzenia wspomnień, kontrolę, świece, kręgi - ten cały rytuał, który dla niej był codziennością, a dla kogoś innego brzmiałby jak pretekst do pogrzebu. Słuchałem uważnie, bo to dotyczyło jej, a wszystko, co dotyczyło jej, dotyczyło mnie.
- Dobsze. To znaczy, sze obląszka cię nie lusy, zlesztą, nawet jakby miała, znajdę ci inną. I inną, i kolejną. Asz tlafię na taką, któla będzie chciała nalesześ do ciebie. - Stwierdziłem krótko.
A potem pojawiło się to nieszczęsne „jeśli nie będziesz mnie zbyt mocno rozpraszał”. Spojrzałem na nią jak ktoś, kto właśnie usłyszał bardzo zabawną rzecz i postanowił odpowiedzieć poważnie. Zacisnąłem lekko usta, żeby nie parsknąć śmiechem, ale nie powstrzymałem się przed komentarzem - nachyliłem się do jej ucha, głos miałem miękki, niski, cholernie czytelny.
- Tego jednego ci nie obiecam. - Mogła mnie klepnąć w ramię, mogła powiedzieć, że jestem niemożliwy, ale była moja, ja byłem jej. - Mało tego. Zlobię to s plemedytacją. Noc poślubna to noc poślubna. - Nie miałem zamiaru udawać, że nie planuję dokładnie tego, co planuję.
Latarnie zgasły, totalna ciemność, jej głos sugerował, że powinniśmy iść dalej - miała rację.
- Tak. - Mruknąłem. - Idziemy. Nie dam się zasadziś jak gówniasz, co pielwszy las wyszedł s domu.
Po jej pytaniu, czy trzymam ją za rękę, nie odpowiedziałem od razu, to trwało zaledwie kilkanaście sekund, ale w nokturnowej ciemności wszystko wydawało się dłuższe, bardziej rozciągnięte, jakby powietrze samo chciało nas ostrzec, że coś jest nie tak. Najpierw ruszyłem głową, próbując wyczuć jej ruch obok, oddech, obecność - była tu, po mojej lewej stronie. Czułem ciepło jej ramienia, delikatny ruch włosów na moim przedramieniu, gdy obróciła głowę. A jednocześnie… Czułem uścisk dłoni w ręce. Zbyt mocny jak na jej drobne palce, zbyt ciężki, zbyt nieruchomy - coś we mnie w końcu kliknęło, opuściłem spojrzenie. Wypuściłem powietrze przez zęby.
- No, świetnie. - Mruknąłem, wcale nie odskakując. - Dlugi las dzisiaj stoję i tszymam nie tę lękę, co tszeba. - Syknąłem przez zęby, nie do końca z frustracją, raczej z politowaniem wobec sytuacji i losu.
Zapytanie, czy „mam swoją”, skwitowałem milczeniem przez sekundę, a potem świadomie podniosłem dłoń - tę, która wciąż była moja, żywa, posłuszna, dość sprawna jak na to, co dziś przeszła.
- Mam. Nadal pszymocowana do leszty mnie. Zaskakująco. - A potem dotknąłem palcami mojej zmasakrowanej ręki i prychnąłem sucho, bardziej do siebie niż do niej. - Obiecuję, nic mi nie odpadło. Jeszcze. - W półmroku skrzywiłem usta. - To tylko złamanie. Pogluchotanie. Mose lekkie zmiaszczenie. Episkey to załatwi. - Wiedziałem, że ją tym wkurzę, chciałem, jej uzdrowicielska wściekłość była jedną z moich ulubionych rzeczy.
- Tak, moja dodatkowa tesz jest ciepła. -Odpowiedziałem. - Co jest absolutnie popieldolone, bioląs pod uwagę, sze ta lęka nie ma kląszenia. - Przez chwilę byłem cicho.
„Możemy je zabrać? Nie wypada ich tak porzucić. Co myślisz?”
Westchnąłem, długim, przeciągłym oddechem człowieka, który właśnie widzi, jak jego noc poślubna zaczyna się od dwóch odciętych rąk, ale w gruncie rzeczy, nawet nie zamierza negować sensu tego, co mówi jego przyszła żona. Nachyliłem się do niej, naprawdę blisko, spojrzałem na nią tak, jakbyśmy oboje byli już po pięćdziesięciu takich akcjach. Pruey patrzyła na to wszystko z błyskiem w oczach, z tą dziwną ciekawością, którą zawsze miała wobec rzeczy, które normalnych ludzi przyprawiłyby o torsje. Jej oczy błyszczały jak cholera.
- Na Noktulnie nie ma „wypada”, kotku, jest tylko „czy to nam się pszyda”. - Wzruszyłem ramionami, nieświadomie machając ręką z ręką, co potem powtórzyłem już w pełni celowo. - A tobie się pszyda. Jak ktoś będzie je chciał odzyskaś… No, to świetnie. Będę miał komu zadaś kilka baldzo plostych pytań.
A kiedy zaczęła rozplątywać palce z tej martwej dłoni, przysunąłem się odruchowo, gotów zneutralizować i zdeptać to coś, jeśli tylko ruszy się w podejrzany sposób.
- Dobsze. Weś je, jeśli chcesz. Ale… Pluey? - Spojrzałem na nią w mroku, poważnie. - Dlugi las dzisiaj muszę zadaś ci to nieszczęsne pytanie na stojąco, zamiast klęknąś jak naleszy, ale… - Krótka pauza. - Dasz mi swoją lękę? Jedną i dlugą? Mogę wziąś pakiet? - Spojrzałem na nią poważnie, niewzruszenie, jakbym naprawdę podejmował decyzję o czymś ważniejszym niż dwie martwe dłonie. Może to nie był idealny moment, biorąc pod uwagę jedną i drugą odciętą dłoń między nami, ale tak działał Nokturn - jeśli życie dawało ci trupie rączki, brałeś je i i tak szedłeś do jubilera po obrączki.
Wyciągnąłem rękę - tę prawdziwą - i spojrzałem jej w oczy. Nie chciałem, by w razie czego martwa łapa rzuciła jej się do gardła na ulicy.
- Myślę, sze jeśli mają iść s nami, to ja je poniosę, ok? No, dawaj, kochanie. Jeśli te gówna mają komuś skoczyś do galdła, to najpielw mnie. Jestem większy. Mam szelszy obwód szyi. W domu będą całe twoje. -Uśmiechnąłem się do niej półgębkiem, z tą odrobiną humoru, która zawsze pojawiała się, gdy sytuacja była odrobinę zbyt poważna. A potem powoli, ostrożnie, przygotowałem się, żeby przejąć tę cholerną dłoń, jednocześnie zerkając w ciemność, bo wiedziałem, że martwe rzeczy nigdy nie są naprawdę same.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3970), Prudence Fenwick (3187)




Wiadomości w tym wątku
[8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 28.11.2025, 23:38
RE: [8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 29.11.2025, 00:23
RE: [8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.11.2025, 03:11
RE: [8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 29.11.2025, 10:26
RE: [8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.11.2025, 14:44
RE: [8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 29.11.2025, 18:09
RE: [8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.11.2025, 21:43
RE: [8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 29.11.2025, 23:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa