30.11.2025, 00:09 ✶
W kowenie przynajmniej było jako tako czuć wspólnotę wszystkich czarodziejów i czarownic, skomentował bezgłośnie Cameron, rozglądając się czujnie po Ulicy Pokątnej. Nie wyglądało to najlepiej. Sabatom czy nawet mniejszym imprezom masowym zazwyczaj towarzyszyła wesoła atmosfera, a przez magiczną dzielnicę przebijał się całe tłumy ludzi, ale teraz... Cóż, tegoroczne Lammas toto nie było. Czy każde święto będzie teraz tak wyglądało? Samhain? Yule? Imbolc? A może nawet Ostara symbolizująca nadejście wiosny?
Chłopak mimowolnie ścisnął mocniej rękę Heather, wodząc wzrokiem między rozstawionymi wokół nich kramami i straganami. Jeszcze parę minut temu w siedzibie duchownych, czuł, że wszystkich zgromadził tam jakiś wspólny cel, podczas gdy tutaj... Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że nikt nie chciał tu teraz być. Lady sprzedawców wydawały się wybrakowane lub wręcz ogołocone, a gości było na tyle niewielu, że można by pomyśleć, że zaraz miał zapaść wieczór, bo większość miasta schowała się już w swoich domach.
— Czarnoksiężnicy chyba jednak osiągnęli swój cel — mruknął ponuro do Rudej. — Atmosfera wydaje się być mocno... grobowa.
Było to nieco dziwne, biorąc pod uwagę, że święto duchów miało dopiero nadejść, jednak niewątpliwie nie był to dobry znak. Lokalna społeczność na pewno podupadła na duchu po fali pożarów i najwidoczniej oficjalne komunikaty Ministerstwa Magii nikogo nie napawały zbyt dużą wiarą w najbliższą przyszłość. A może to po prostu kwestia braku oficjalnego sabatu?, zachodził w głowę Cameron, zatrzymując się przy jednym ze stoisk na którym uchowała się większa ilość towaru. Mabon zazwyczaj spędzało się z rodziną, więc kto wie, może faktycznie wszyscy siedzieli teraz w domach, tylko...
— O ja pierdole — wyrwało mu się, gdy zobaczył wywieszki z cenami. — C-czy... Czy ty to widzisz?
Szarpnął delikatnie ręką Heather, wskazując jej na serię wyjątkowo mało gustownych beretów z antenką i czapek zimowych. Nieopodal można było zauważyć także kolekcje kolorowych peleryn, kożuchów i swetrów nawiązujących do jesiennych i zimowych klimatów. I nie byłoby w tym w sumie nic dziwnego, gdyby nie kwota jaką sprzedawcy żądali za te produkty. Przecież to zdzierstwo w biały dzień, pomyślał, rozglądając się na boki.
Co to było? Jakaś podpucha? Przecież chyba nikt o zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na kupno w takiej cenie. Zaraz jednak przyszło opamiętanie: przecież widział już takie sytuacje w ostatnich dniach. Wprawdzie w przypadku składników rzemieślniczych zamawianych przez szpital jeszcze nikt nie posunął się do takiego absurdu, ale podwyżki cen już się pojawiły. Zapewne przez opóźnienia związane z zaburzeniem dostaw po Spalonej Nocy.
— Rosierowie chyba postanowili rozszerzyć swoją strefę sprzedażową poza swoją pracownię — zażartował słabo, przyglądając się uważnie tym wszystkim ciuchom.
Chłopak mimowolnie ścisnął mocniej rękę Heather, wodząc wzrokiem między rozstawionymi wokół nich kramami i straganami. Jeszcze parę minut temu w siedzibie duchownych, czuł, że wszystkich zgromadził tam jakiś wspólny cel, podczas gdy tutaj... Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że nikt nie chciał tu teraz być. Lady sprzedawców wydawały się wybrakowane lub wręcz ogołocone, a gości było na tyle niewielu, że można by pomyśleć, że zaraz miał zapaść wieczór, bo większość miasta schowała się już w swoich domach.
— Czarnoksiężnicy chyba jednak osiągnęli swój cel — mruknął ponuro do Rudej. — Atmosfera wydaje się być mocno... grobowa.
Było to nieco dziwne, biorąc pod uwagę, że święto duchów miało dopiero nadejść, jednak niewątpliwie nie był to dobry znak. Lokalna społeczność na pewno podupadła na duchu po fali pożarów i najwidoczniej oficjalne komunikaty Ministerstwa Magii nikogo nie napawały zbyt dużą wiarą w najbliższą przyszłość. A może to po prostu kwestia braku oficjalnego sabatu?, zachodził w głowę Cameron, zatrzymując się przy jednym ze stoisk na którym uchowała się większa ilość towaru. Mabon zazwyczaj spędzało się z rodziną, więc kto wie, może faktycznie wszyscy siedzieli teraz w domach, tylko...
— O ja pierdole — wyrwało mu się, gdy zobaczył wywieszki z cenami. — C-czy... Czy ty to widzisz?
Szarpnął delikatnie ręką Heather, wskazując jej na serię wyjątkowo mało gustownych beretów z antenką i czapek zimowych. Nieopodal można było zauważyć także kolekcje kolorowych peleryn, kożuchów i swetrów nawiązujących do jesiennych i zimowych klimatów. I nie byłoby w tym w sumie nic dziwnego, gdyby nie kwota jaką sprzedawcy żądali za te produkty. Przecież to zdzierstwo w biały dzień, pomyślał, rozglądając się na boki.
Co to było? Jakaś podpucha? Przecież chyba nikt o zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na kupno w takiej cenie. Zaraz jednak przyszło opamiętanie: przecież widział już takie sytuacje w ostatnich dniach. Wprawdzie w przypadku składników rzemieślniczych zamawianych przez szpital jeszcze nikt nie posunął się do takiego absurdu, ale podwyżki cen już się pojawiły. Zapewne przez opóźnienia związane z zaburzeniem dostaw po Spalonej Nocy.
— Rosierowie chyba postanowili rozszerzyć swoją strefę sprzedażową poza swoją pracownię — zażartował słabo, przyglądając się uważnie tym wszystkim ciuchom.