30.11.2025, 04:51 ✶
Psy od razu porzuciły moje nogi, widząc, że ich pani się rusza. Jeden z nich obejrzał się na mnie, jakby pytał, czy idę z nimi, czy może zostanę tu jeszcze pięć minut, żeby go miziać. Przesunąłem dłonią po jego łbie, z lekkim uśmiechem, po czym dołączyłem do gospodyni, przystając trochę bliżej niej. Wiatr nadal bawił się moimi włosami i płaszczem, ale to, że wyglądałem jak całkiem z tego zadowolony kretyn, było chyba bardziej widoczne niż wszystkie podmuchy i łopotania razem wzięte. Geraldine patrzyła na mnie intensywnie, nie sposób było tego przegapić, chociaż ktoś mniej spostrzegawczy mógłby uznać, że ma pretensję - ja widziałem w tym ciekawość, i to taką, która nie zamierzała puścić, dopóki nie poda się jej czegoś konkretnego. To było dziwne, nietypowe dla nas i relacji, jaką mieliśmy, ale w gruncie rzeczy - całkiem przyjemne.
- No, mówiłaś, ale i tak mogłaś mnie wystawiś. - Wzruszyłem ramionami, chociaż uśmiech, o którym wspomniała zaledwie chwilę później, jeszcze nie zniknął. - Na szczęście psy mają dla mnie więcej sympatii nisz większość ludzi, więc nie byłby to najgolszy scenaliusz. - To był żart, delikatny, nonszalancki, zaskakująco naturalny jak na mnie z tych ostatnich dni.
Ogarnęła mnie krótkotrwała pokusa, by odpowiedzieć w stylu „a co, nie wolno?”, ale powstrzymałem się. Zamiast tego, znowu lekko wzruszyłem ramionami. Przesunąłem dłonią po karku, strząsając resztki sierści psa, która przykleiła mi się tam w czasie tego całego entuzjastycznego powitania.
- Mose tak po plostu miło cię widzieś? - Rzuciłem półżartem, ale widziałem, że nie kupi takiego wymijania - znaliśmy się już wystarczająco, żeby wiedzieć, kiedy drugie próbuje uniknąć odpowiedzi, tym bardziej, gdy jeszcze jakiś czas temu odpowiedziałbym jej chłodnym spojrzeniem godnym kogoś, kto umie cisnąć nożem w punkt, którego nie widać. Parę dni wstecz potrafiliśmy spędzić cały dzień obok siebie, nie wymieniając więcej niż dwóch funkcjonalnych zdań, teraz atmosfera była tak bardzo inna, że aż mnie to bawiło. - W kaszdym lasie - kontynuowałem, mogłem uniknąć odpowiedzi, zbyć ją żartem, odbić piłeczkę, zrobić wszystko, co zwykle robiłem, żeby nikt się nie interesował moim stanem, ale nie dzisiaj, nie po tym wszystkim - skolo pytasz, czemu się cieszę… Nie masz się czego obawiaś. Nie zwaliowałem, nie jestem ujalany, najebany, po eliksilach i nie zamieszam się loskleiś na ślodku twojego nowiutkiego salonu. - Co, w sumie, było możliwą opcją, z jej perspektywy - jeszcze dwa dni temu wyglądałem jak wrak, który spędził zbyt wiele czasu na dnie jakiegoś psychicznego rowu i tylko marzył, by się w tym dołku zakopać do wiosny. - I nie pszesadzaj. Nie szczeszę się. - Choć w tym momencie właśnie to zrobiłem, jakby moje słowa były w najgorszym możliwym konflikcie z moją własną twarzą.
- Wychodzi na to, sze mam dobly dzień. - Dodałem, wzruszając ramionami w sposób, który był tak luźny, tak nienapięty, że sam byłem sobą trochę zdziwiony. - A doblych dni ostatnio nie miałem za wiele, więc… Koszystam. Wlacam, stoję na nogach, tlochę się poskładałem. Tyle. - Brzmiało to jak absolutnie nic nieznaczące zdanie. Przesunąłem dłonią po karku, czując mokre nosy psów ocierające się o moje spodnie.
Ruszyłem za nią, równo, swobodnie, ręce trzymając w kieszeniach płaszcza, wciąż czułem na twarzy to coś, ten uśmiech, którego nijak nie potrafiłem wygasić, choć teraz, kiedy Geraldine spoglądała na mnie tym swoim uważnym, analitycznym wzrokiem, dotarło do mnie, jak nienaturalnie musiało to wyglądać.
- Nie wiedziałem, sze to pszestępstwo. - Mruknąłem, zerkając na nią kątem oka, kiedy szliśmy w stronę domu, nie mogłem powstrzymać krótkiego, cichutkiego parsknięcia. Brzmiało to lekko, zaczepnie, ale bez tej ostrości, którą zwykle miałem na języku, nawet jeśli nie miewałem w zwyczaju przejmować się ludzkim gadaniem, o ile nie byli mi bliscy. Geraldine nie była już jednak „kimś innym”, była jedną z nielicznych osób, które widziały mnie w stanie, w jakim nikt nie powinien mnie widzieć, miała prawo pytać, i miała prawo oczekiwać tego, by odpowiedź nie była kłamstwem ani zbyciem, choć raczej żadne z nas tego nie planowało tego nowego stopnia czegoś na kształt zażyłości.
Weszliśmy po schodach, w kierunku drzwi, psy dreptały za nami, jakby uznały, że muszą być świadkami rozmowy biznesowej, bo może dostaną w niej jakiś udział.
- No, mówiłaś, ale i tak mogłaś mnie wystawiś. - Wzruszyłem ramionami, chociaż uśmiech, o którym wspomniała zaledwie chwilę później, jeszcze nie zniknął. - Na szczęście psy mają dla mnie więcej sympatii nisz większość ludzi, więc nie byłby to najgolszy scenaliusz. - To był żart, delikatny, nonszalancki, zaskakująco naturalny jak na mnie z tych ostatnich dni.
Ogarnęła mnie krótkotrwała pokusa, by odpowiedzieć w stylu „a co, nie wolno?”, ale powstrzymałem się. Zamiast tego, znowu lekko wzruszyłem ramionami. Przesunąłem dłonią po karku, strząsając resztki sierści psa, która przykleiła mi się tam w czasie tego całego entuzjastycznego powitania.
- Mose tak po plostu miło cię widzieś? - Rzuciłem półżartem, ale widziałem, że nie kupi takiego wymijania - znaliśmy się już wystarczająco, żeby wiedzieć, kiedy drugie próbuje uniknąć odpowiedzi, tym bardziej, gdy jeszcze jakiś czas temu odpowiedziałbym jej chłodnym spojrzeniem godnym kogoś, kto umie cisnąć nożem w punkt, którego nie widać. Parę dni wstecz potrafiliśmy spędzić cały dzień obok siebie, nie wymieniając więcej niż dwóch funkcjonalnych zdań, teraz atmosfera była tak bardzo inna, że aż mnie to bawiło. - W kaszdym lasie - kontynuowałem, mogłem uniknąć odpowiedzi, zbyć ją żartem, odbić piłeczkę, zrobić wszystko, co zwykle robiłem, żeby nikt się nie interesował moim stanem, ale nie dzisiaj, nie po tym wszystkim - skolo pytasz, czemu się cieszę… Nie masz się czego obawiaś. Nie zwaliowałem, nie jestem ujalany, najebany, po eliksilach i nie zamieszam się loskleiś na ślodku twojego nowiutkiego salonu. - Co, w sumie, było możliwą opcją, z jej perspektywy - jeszcze dwa dni temu wyglądałem jak wrak, który spędził zbyt wiele czasu na dnie jakiegoś psychicznego rowu i tylko marzył, by się w tym dołku zakopać do wiosny. - I nie pszesadzaj. Nie szczeszę się. - Choć w tym momencie właśnie to zrobiłem, jakby moje słowa były w najgorszym możliwym konflikcie z moją własną twarzą.
- Wychodzi na to, sze mam dobly dzień. - Dodałem, wzruszając ramionami w sposób, który był tak luźny, tak nienapięty, że sam byłem sobą trochę zdziwiony. - A doblych dni ostatnio nie miałem za wiele, więc… Koszystam. Wlacam, stoję na nogach, tlochę się poskładałem. Tyle. - Brzmiało to jak absolutnie nic nieznaczące zdanie. Przesunąłem dłonią po karku, czując mokre nosy psów ocierające się o moje spodnie.
Ruszyłem za nią, równo, swobodnie, ręce trzymając w kieszeniach płaszcza, wciąż czułem na twarzy to coś, ten uśmiech, którego nijak nie potrafiłem wygasić, choć teraz, kiedy Geraldine spoglądała na mnie tym swoim uważnym, analitycznym wzrokiem, dotarło do mnie, jak nienaturalnie musiało to wyglądać.
- Nie wiedziałem, sze to pszestępstwo. - Mruknąłem, zerkając na nią kątem oka, kiedy szliśmy w stronę domu, nie mogłem powstrzymać krótkiego, cichutkiego parsknięcia. Brzmiało to lekko, zaczepnie, ale bez tej ostrości, którą zwykle miałem na języku, nawet jeśli nie miewałem w zwyczaju przejmować się ludzkim gadaniem, o ile nie byli mi bliscy. Geraldine nie była już jednak „kimś innym”, była jedną z nielicznych osób, które widziały mnie w stanie, w jakim nikt nie powinien mnie widzieć, miała prawo pytać, i miała prawo oczekiwać tego, by odpowiedź nie była kłamstwem ani zbyciem, choć raczej żadne z nas tego nie planowało tego nowego stopnia czegoś na kształt zażyłości.
Weszliśmy po schodach, w kierunku drzwi, psy dreptały za nami, jakby uznały, że muszą być świadkami rozmowy biznesowej, bo może dostaną w niej jakiś udział.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)