25.02.2023, 23:45 ✶
William oceniał teraz zapewne Victorię przez pryzmat tego jak powinien się zachować, a nie tego, jak było w rzeczywistości. Tak, była w szoku, ale to nie była żadna rozpacz. Lestrange nie była obrazem człowieka, któremu świat osunął się spod stóp, kto właśnie miał wpadać w rozpacz, kogo teraz trzeba było pocieszać czy składać na dłonie kondolencje, nic takiego. Był szok. Było niezrozumienie. Minie czas, nim to sobie poukłada, przyzwyczai się do nowej sytuacji… Jej emocje więc nie wylewały się na zewnątrz jak to być może William oczekiwał. Nie to, że była ich pozbawiona, skąd, ale do swojego narzeczonego żywiła… przyzwyczajenie – że jest. I to właściwie tyle. Jej drogi kuzyn martwił się więc niepotrzebnie jakąś stresującą czy trudną interakcją.
Nie oponowała, kiedy William sięgnął po torebeczkę z sygnetem, pozwoliła mu ją wziąć bez oporu, gapiąc się na ciało, którego w życiu by nie rozpoznała z niezrozumieniem. Bo jedyne, co jej się teraz kołatało po głowie to proste „Coś ty tam najlepszego robił?”. Oraz, to było drugie „I co ja mam powiedzieć twojej mamie…?”
Uniosła za to głowę i spojrzenie, kiedy jej kuzyn przerwał panującą między nimi ciszę i zapatrzyła się na niego z takim jakby lekkim… niezrozumieniem nim dotarł do niej sens słów.
- Tak, był długi. Piękne zwieńczenie, nie ma co… - wymamrotała, nabrała powietrze w płuca i wypuściła je cicho po czym odruchowo i bezwiednie wplątała palce we włosy.
- Nie mam pojęcia czy lubią czy nie – odpowiedziała mu szczerze, bo naprawdę nie wiedziała. To chyba nie była żadna uniwersalna prawda. - Jeśli nagle nie oddał komuś sygnetu, to to on – powiedziała już bez jąkania się, bo jakoś złapała równowagę w tej sytuacji. Przynajmniej na tyle, żeby nie zachowywać się jak ktoś, kto właśnie dowiedział się, że zawaliło się jego życie. Bo nie zawaliło. - Poczekam na ciebie – kiwnęła do niego głową i zamierzała znowu usiąść na krześle, które zajmowała jeszcze chwilę temu, kiedy William dokonywał oględzin tych nieszczęsnych ciał. - Nawet go nie lubiłam… - dodała szeptem. W kostnicy było jednak na tyle cicho, że jej kuzyn pewnie mógł to usłyszeć. Gdyby nie nerwy i emocje tego dnia… to pewnie by się powstrzymała przed taką uwagą.
Ale było jak było.
Nie oponowała, kiedy William sięgnął po torebeczkę z sygnetem, pozwoliła mu ją wziąć bez oporu, gapiąc się na ciało, którego w życiu by nie rozpoznała z niezrozumieniem. Bo jedyne, co jej się teraz kołatało po głowie to proste „Coś ty tam najlepszego robił?”. Oraz, to było drugie „I co ja mam powiedzieć twojej mamie…?”
Uniosła za to głowę i spojrzenie, kiedy jej kuzyn przerwał panującą między nimi ciszę i zapatrzyła się na niego z takim jakby lekkim… niezrozumieniem nim dotarł do niej sens słów.
- Tak, był długi. Piękne zwieńczenie, nie ma co… - wymamrotała, nabrała powietrze w płuca i wypuściła je cicho po czym odruchowo i bezwiednie wplątała palce we włosy.
- Nie mam pojęcia czy lubią czy nie – odpowiedziała mu szczerze, bo naprawdę nie wiedziała. To chyba nie była żadna uniwersalna prawda. - Jeśli nagle nie oddał komuś sygnetu, to to on – powiedziała już bez jąkania się, bo jakoś złapała równowagę w tej sytuacji. Przynajmniej na tyle, żeby nie zachowywać się jak ktoś, kto właśnie dowiedział się, że zawaliło się jego życie. Bo nie zawaliło. - Poczekam na ciebie – kiwnęła do niego głową i zamierzała znowu usiąść na krześle, które zajmowała jeszcze chwilę temu, kiedy William dokonywał oględzin tych nieszczęsnych ciał. - Nawet go nie lubiłam… - dodała szeptem. W kostnicy było jednak na tyle cicho, że jej kuzyn pewnie mógł to usłyszeć. Gdyby nie nerwy i emocje tego dnia… to pewnie by się powstrzymała przed taką uwagą.
Ale było jak było.
Koniec sesji