30.11.2025, 20:21 ✶
Kiedy prychnęła, uniosłem lekko brew, jakby jej oburzenie było czymś… Uroczym? Nie, to złe słowo, raczej znajomym, właściwym, Geraldine miała w sobie tę stałość, której mało kto dziś przestrzegał - jeśli coś mówiła, to to robiła, nie wahała się tego podkreślać, a ja to doceniałem, nawet jeśli nie powiedziałem tego głośno. Kiedyś pewnie uznałbym to jej parsknięcie za kpinę, ale teraz… Teraz to było po prostu zaskakujące, w tej pozytywnej, lekkiej wersji.
- Wiem. - Odpowiedziałem lakonicznie, rozszerzając wargi, żeby odpowiedzieć na jej kolejną uwagę, ale kiedy wybuchła śmiechem, tak niekontrolowanym, tylko uniosłem brwi. Tak, znałem ten ton - ten, który oznaczał „nie rób ze mnie idiotki, Fenwick.” Jej prychanie, śmiech, ta pewna siebie nuta w głosie, kiedy podkreślała, że nie wystawia ludzi, tylko utwierdziła mnie w dziwnym, niewypowiedzianym przekonaniu, że… Dobrze, że tu przyszedłem, to był dobry dzień, również na to, co mogliśmy ustalić. Nie przyznałbym tego głośno, więc jedynie uniosłem brew, udając, że nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia.
A przecież wiedziałem, że to nie była kobieta, która często pozwalała sobie na taki odruch, i nie była to reakcja, której się spodziewałem. Patrzyła na mnie z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania, jakby próbowała dopasować mnie - tego dzisiejszego - do obrazu, który miała w głowie jeszcze z Rumunii.
- Oczywiście. - Odpowiedziałem poważnie, no, teatralnie poważnie, bo jej „bujaj w obłokach, ale nie przy mnie” było prawie fizycznie wyczuwalne. - Kaszdego lanka, od dzielenia s wami łazienki w Exmool, budzę się z myślą „oby Gelaldine dziś spojszała na mnie pszychylnym okiem”. - Rzuciłem jej krótkie, wyraźnie kpiące spojrzenie, ale żartobliwe w sposób, który już nie miał w sobie chłodu - ta dynamika naprawdę się zmieniła, oboje to wiedzieliśmy.
Psy ocierały się o moje nogi, jakby próbowały mnie sprowadzić z powrotem na poziom psa domowego, a nie człowieka, który właśnie ma negocjować współpracę, parę razy szturchnęły mnie pyskiem, nie miałem nic przeciwko. „Rozanielony” - to słowo tak mnie zaskoczyło, że musiałem odwrócić na chwilę głowę, niby po to, by skontrolować otoczenie, ale naprawdę po to, by nie parsknąć śmiechem. Rozanielony, ja, cóż, dzisiejszy dzień widocznie łamał kilka reguł.
- Masz talent do wybielania najbalsiej oblaśliwych okleśleń. - Mruknąłem. Chociaż duchu przyznałem - miała rację - sam czułem, że coś się zmieniło w mojej mimice, w postawie, w oddechu, jakby ktoś zdjął mi z barków worek pełen kamieni. Psy dalej krążyły wokół moich nóg jak banda rozemocjonowanych satelitów, a ja - wbrew zdrowemu rozsądkowi, reputacji i własnej tradycji - pozwalałem im na to.
Nie musiałem dodawać, że w moim słowniku „dobry dzień” to coś na pograniczu legendy i żartu, ostatnie lata były raczej marszem w ciemności, z krótkimi, ostrymi przebłyskami światła, ale dziś… Tak, dziś było inaczej. Odnotowałem, że nie wierzyła w ani jedno moje słowo, trzymała ręce jak ktoś, kto zaraz zacznie zadawać pytania z rozpisanej listy, ale jeszcze powstrzymuje się z grzeczności - zresztą, gdybym kogoś takiego jak ja zobaczył w takim stanie, też uznałbym, że coś tu mocno nie gra, ktoś mnie podmienił, wypiłem coś bardzo nielegalnego.
- Moja twasz kłamie. - Powiedziałem, zerkając na nią z boku. - Ma to we klwi. - Rzuciłem, co było oczywiście kłamstwem, dzisiaj zdradzała mnie bezczelnie, to był rzadki stan, ale medycznie podobno niegroźny. Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć więcej - nie dlatego, że chciałem cokolwiek ukrywać, tylko dlatego, że ta rozmowa nie była o mnie. Ona zapraszała mnie do współpracy zawodowej, nie do dzielenia się prywatnymi rewelacjami. Część mnie wiedziała jednak, że prędzej czy później będzie chciała wiedzieć - tak po ludzku, nie po służbowemu, widziała mnie w Rumunii w takim stanie, że nie dziwiło mnie, że teraz patrzyła na mnie jak na kogoś, kto wrócił z martwych.
- Śmielś to pszesada. - Odparłem spokojnie, chociaż faktycznie wyglądałem wtedy tak, jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł. - Ale tak, telas jest lepiej, zdecydowanie. - Przytaknąłem, jeszcze zanim weszliśmy do środka. Nie musiałem jej mówić, że powrót do Anglii poszedł mi lepiej, niż się spodziewałem, ostatnie godziny były jak wyrwanie oddechu na powierzchni po długim duszeniu się pod wodą. Jej pytanie - to delikatne, bardzo kontrolowane „zastanawiam się, co spowodowało ten dobry dzień” - spowodowało tylko, że spojrzałem na nią, wzruszając ramionami.
- Dobra, zanim wejdziemy. - Zatrzymałem się przy progu, a psy otarły mi się o nogi, jakby chciały nas popchnąć dalej. Spojrzałem na Geraldine krótko, bez tych wszystkich wygłupionych uśmieszków, które trzymały się mnie dziś jak rzep, przesunąłem dłonią po karku. - Tak się… Złoszyło, sze zalas po powlocie miałem losmowę. - Powiedziałem spokojnie, ale słowo „rozmowa” miało ciężar, którego nie próbowałem ukrywać. - O tym, co konkletnie zjebałem. - Kątem oka zobaczyłem, jak psy zerkają raz na mnie, raz na nią, jakby wyczuwały zmianę tonu. - Tlochę mnie to tlafiło, jak cegła. - Dodałem sucho, a potem wróciłem do tego lżejszego półuśmiechu. - Ale tlochę tesz…Naplostowało. - Wzruszyłem jednym ramieniem, jakby to było coś banalnego, choć ewidentnie nie było.
Miejsce było ogromne, jasne, pełne powietrza, przestrzeni i tego dziwnego chłodu wielkich domów, które dopiero zaczynają być zamieszkiwane - psy rozbiegły się, jeden wskoczył na kanapę, drugi zajął dywan, trzeci przywłaszczył sobie fotel jak swoją własność. Geraldine zapytała o coś do picia, a ja machinalnie kiwnąłem głową.
- Jeśli masz kawę, wezmę kawę. - Odparłem, zrzucając płaszcz na oparcie jednego z foteli i przeciągając się lekko, żeby rozprostować plecy. - Jak nie, to wodę. Nie jestem wybledny. - Usiadłem na krańcu kanapy, ale nie rozłożyłem się wygodnie. Byłem skupiony, choć lekki, jakby w środku nic nie ciążyło. - Ale nie fatyguj się, jeśli ci się nie chce. Piłem w hotelu lano. - Dodałem, zanim zdążyła ruszyć po szklankę.
- Wiem. - Odpowiedziałem lakonicznie, rozszerzając wargi, żeby odpowiedzieć na jej kolejną uwagę, ale kiedy wybuchła śmiechem, tak niekontrolowanym, tylko uniosłem brwi. Tak, znałem ten ton - ten, który oznaczał „nie rób ze mnie idiotki, Fenwick.” Jej prychanie, śmiech, ta pewna siebie nuta w głosie, kiedy podkreślała, że nie wystawia ludzi, tylko utwierdziła mnie w dziwnym, niewypowiedzianym przekonaniu, że… Dobrze, że tu przyszedłem, to był dobry dzień, również na to, co mogliśmy ustalić. Nie przyznałbym tego głośno, więc jedynie uniosłem brew, udając, że nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia.
A przecież wiedziałem, że to nie była kobieta, która często pozwalała sobie na taki odruch, i nie była to reakcja, której się spodziewałem. Patrzyła na mnie z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania, jakby próbowała dopasować mnie - tego dzisiejszego - do obrazu, który miała w głowie jeszcze z Rumunii.
- Oczywiście. - Odpowiedziałem poważnie, no, teatralnie poważnie, bo jej „bujaj w obłokach, ale nie przy mnie” było prawie fizycznie wyczuwalne. - Kaszdego lanka, od dzielenia s wami łazienki w Exmool, budzę się z myślą „oby Gelaldine dziś spojszała na mnie pszychylnym okiem”. - Rzuciłem jej krótkie, wyraźnie kpiące spojrzenie, ale żartobliwe w sposób, który już nie miał w sobie chłodu - ta dynamika naprawdę się zmieniła, oboje to wiedzieliśmy.
Psy ocierały się o moje nogi, jakby próbowały mnie sprowadzić z powrotem na poziom psa domowego, a nie człowieka, który właśnie ma negocjować współpracę, parę razy szturchnęły mnie pyskiem, nie miałem nic przeciwko. „Rozanielony” - to słowo tak mnie zaskoczyło, że musiałem odwrócić na chwilę głowę, niby po to, by skontrolować otoczenie, ale naprawdę po to, by nie parsknąć śmiechem. Rozanielony, ja, cóż, dzisiejszy dzień widocznie łamał kilka reguł.
- Masz talent do wybielania najbalsiej oblaśliwych okleśleń. - Mruknąłem. Chociaż duchu przyznałem - miała rację - sam czułem, że coś się zmieniło w mojej mimice, w postawie, w oddechu, jakby ktoś zdjął mi z barków worek pełen kamieni. Psy dalej krążyły wokół moich nóg jak banda rozemocjonowanych satelitów, a ja - wbrew zdrowemu rozsądkowi, reputacji i własnej tradycji - pozwalałem im na to.
Nie musiałem dodawać, że w moim słowniku „dobry dzień” to coś na pograniczu legendy i żartu, ostatnie lata były raczej marszem w ciemności, z krótkimi, ostrymi przebłyskami światła, ale dziś… Tak, dziś było inaczej. Odnotowałem, że nie wierzyła w ani jedno moje słowo, trzymała ręce jak ktoś, kto zaraz zacznie zadawać pytania z rozpisanej listy, ale jeszcze powstrzymuje się z grzeczności - zresztą, gdybym kogoś takiego jak ja zobaczył w takim stanie, też uznałbym, że coś tu mocno nie gra, ktoś mnie podmienił, wypiłem coś bardzo nielegalnego.
- Moja twasz kłamie. - Powiedziałem, zerkając na nią z boku. - Ma to we klwi. - Rzuciłem, co było oczywiście kłamstwem, dzisiaj zdradzała mnie bezczelnie, to był rzadki stan, ale medycznie podobno niegroźny. Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć więcej - nie dlatego, że chciałem cokolwiek ukrywać, tylko dlatego, że ta rozmowa nie była o mnie. Ona zapraszała mnie do współpracy zawodowej, nie do dzielenia się prywatnymi rewelacjami. Część mnie wiedziała jednak, że prędzej czy później będzie chciała wiedzieć - tak po ludzku, nie po służbowemu, widziała mnie w Rumunii w takim stanie, że nie dziwiło mnie, że teraz patrzyła na mnie jak na kogoś, kto wrócił z martwych.
- Śmielś to pszesada. - Odparłem spokojnie, chociaż faktycznie wyglądałem wtedy tak, jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł. - Ale tak, telas jest lepiej, zdecydowanie. - Przytaknąłem, jeszcze zanim weszliśmy do środka. Nie musiałem jej mówić, że powrót do Anglii poszedł mi lepiej, niż się spodziewałem, ostatnie godziny były jak wyrwanie oddechu na powierzchni po długim duszeniu się pod wodą. Jej pytanie - to delikatne, bardzo kontrolowane „zastanawiam się, co spowodowało ten dobry dzień” - spowodowało tylko, że spojrzałem na nią, wzruszając ramionami.
- Dobra, zanim wejdziemy. - Zatrzymałem się przy progu, a psy otarły mi się o nogi, jakby chciały nas popchnąć dalej. Spojrzałem na Geraldine krótko, bez tych wszystkich wygłupionych uśmieszków, które trzymały się mnie dziś jak rzep, przesunąłem dłonią po karku. - Tak się… Złoszyło, sze zalas po powlocie miałem losmowę. - Powiedziałem spokojnie, ale słowo „rozmowa” miało ciężar, którego nie próbowałem ukrywać. - O tym, co konkletnie zjebałem. - Kątem oka zobaczyłem, jak psy zerkają raz na mnie, raz na nią, jakby wyczuwały zmianę tonu. - Tlochę mnie to tlafiło, jak cegła. - Dodałem sucho, a potem wróciłem do tego lżejszego półuśmiechu. - Ale tlochę tesz…Naplostowało. - Wzruszyłem jednym ramieniem, jakby to było coś banalnego, choć ewidentnie nie było.
Miejsce było ogromne, jasne, pełne powietrza, przestrzeni i tego dziwnego chłodu wielkich domów, które dopiero zaczynają być zamieszkiwane - psy rozbiegły się, jeden wskoczył na kanapę, drugi zajął dywan, trzeci przywłaszczył sobie fotel jak swoją własność. Geraldine zapytała o coś do picia, a ja machinalnie kiwnąłem głową.
- Jeśli masz kawę, wezmę kawę. - Odparłem, zrzucając płaszcz na oparcie jednego z foteli i przeciągając się lekko, żeby rozprostować plecy. - Jak nie, to wodę. Nie jestem wybledny. - Usiadłem na krańcu kanapy, ale nie rozłożyłem się wygodnie. Byłem skupiony, choć lekki, jakby w środku nic nie ciążyło. - Ale nie fatyguj się, jeśli ci się nie chce. Piłem w hotelu lano. - Dodałem, zanim zdążyła ruszyć po szklankę.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)