26.02.2023, 00:26 ✶
Tymczasem Perseus wciąż stał w tym samym miejscu i obserwował z okna kolorową falę demonstrujących, jaka przetaczała się przez ulicę pod budynkiem. Skandowane hasła, w których wybrzmiewały takie wartości, jak szacunek i równość, nie wzbudziły na Blacku żadnego wrażenia; wychowano go bowiem w przekonaniu, że ludzie dzielili się na dwie kategorie - tych uprzywilejowanych, którzy dowodzić swej wartości nie muszą, gdyż o powagę nazwiska zatroskali się przodkowie (do których to zacnego grona należał Perseus) oraz tych, którzy na szacunek musieli sobie zapracować. Wzmianka o równości wywoływała natomiast u niego tylko pusty śmiech. Równość! Jedyną rzeczą, w jakiej ludzie byli sobie równi, była śmierć. Choć i nad tym można było polemizować - kamień filozofów lub biegłość w nekromancji mogły zmienić naturalny bieg rzeczy. Oczywiście, jako lekarz - i to nie byle jaki lekarz, bo magipsychiatra - miał obowiązek odnosić się do swych pacjentów należycie, lecz nawet uprzejmość względem przedstawicieli niższej klasy nie przekreślała tego, że Perseus Black był lepszy.
A przynajmniej w to chciał wierzyć.
Straciłby zainteresowanie maszerującymi, gdyby nie to, że z drugiej strony ulicy zaczęła nadciągać w ich kierunku uczestnicy kontrmarszu, choć trudno było nazwać tę wulgarną, rozkrzyczaną masę marszem; te wszak były z reguły pokojowe. Z wielkim zażenowaniem musiał przyznać, że w tej sytuacji brudna krew wykazała się większą klasą. I choć to niemożliwe, aby ukochany brał udział w tym cyrku, odruchowo wychylił się mocniej poza ramę okna i wytężył wzrok. Pragnął dostrzec go w tłumie, a jednocześnie z całych sił się zapierał. Kiedy widział Elliotta po raz ostatni, a miało to miejsce na jego weselu, zdawał się być szczęśliwy w objęciach swej małżonki, znacznie szczęśliwszy, niż był z nim.
— Nie wygląda to dobrze — z zamyślenia wyrwał go głos wdowy, która wydawała się zaskoczona pojawieniem się kontrmanifestacji równie co funkcjonariusze Brygady Uderzeniowej, którzy desperacko próbowali skierować oba zgromadzenia w osobne uliczki. Na próżno. Wkrótce liderzy starli się ze sobą - z mieszkania na piętrze nie był w stanie usłyszeć o czym rozmawiają, zaś gwizdy i krzyki tłumu nie sprzyjały rozumieniu wypowiadanych zdań - na początku słownie, jednak zaraz w ruch poszły różdżki. Z góry widział każdy szczegół zajścia; mniej szczęścia mieli stojący z tyłu obu marszów czarodzieje, którzy zaczęli się niecierpliwić i przepychać. Kiedy zaś rzucone zostały pierwsze zaklęcia (nie zauważył, z której strony, ale dałby sobie rękę oddać, że to chyba ktoś trzeci, jakiś mąciwoda ukryty w sąsiednim budynku), dostrzec mógł jak charłaków i ich sympatyków ogarnia panika. Nie wszystkich, rzecz jasna. W części zebranych obudzili się bohaterowie, rzucający się do boju. W zaledwie kilkanaście sekund na ulicy zapanował chaos. Ktoś wyczarował kulę ognia, która trafiła przez otwarte drzwi balkonowe do mieszkania po drugiej stronie ulicy, wzniecając przy tym pożar. Inne zaklęcie trafiło w gzyms budynku, w którym znajdował się Perseus i wdowa po doktorze Owenie. Gruz posypał się w dół; nie zdziwiłby się, gdyby spadł komuś na głowę. Zanim to się jednak stało, zdążył pochwycić czarownicę i runąć z nią na podłogę. W miejscu, w którym przed chwilą stali, leżały rozsypane kawałki wybitej szyby oraz rozbita doniczka.
— Nic pani nie jest? — zapytał, pomagając kobiecie się podnieść, a zaraz ponownie - z nieco większą dozą ostrożności, czując jak kawałki szkła trzaskały pod jego butami - wyjrzał przez okno. Tym razem wizję przysłaniał mu dym unoszący się nad głowami maszerujących. Widział w nim świetliste przebłyski rzucanych zaklęć, podobne do błyskawic rozdzierających chmury i słyszał też paniczną kakofonię. Ma Merlina, a co jeśli jednak jest tam Elliott...? I chociaż logika podpowiadała mu, że na pewno go tam nie ma, coś nakazywało mu wstąpić w chaos.
— Muszę... muszę tam zejść... — oświadczył słabym głosem. — Niech pani trzyma się z dala od okien.
Zanim wdowa zdążyła zaprotestować, chwycił za swoją różdżkę i wybiegł z mieszkania.
A przynajmniej w to chciał wierzyć.
Straciłby zainteresowanie maszerującymi, gdyby nie to, że z drugiej strony ulicy zaczęła nadciągać w ich kierunku uczestnicy kontrmarszu, choć trudno było nazwać tę wulgarną, rozkrzyczaną masę marszem; te wszak były z reguły pokojowe. Z wielkim zażenowaniem musiał przyznać, że w tej sytuacji brudna krew wykazała się większą klasą. I choć to niemożliwe, aby ukochany brał udział w tym cyrku, odruchowo wychylił się mocniej poza ramę okna i wytężył wzrok. Pragnął dostrzec go w tłumie, a jednocześnie z całych sił się zapierał. Kiedy widział Elliotta po raz ostatni, a miało to miejsce na jego weselu, zdawał się być szczęśliwy w objęciach swej małżonki, znacznie szczęśliwszy, niż był z nim.
— Nie wygląda to dobrze — z zamyślenia wyrwał go głos wdowy, która wydawała się zaskoczona pojawieniem się kontrmanifestacji równie co funkcjonariusze Brygady Uderzeniowej, którzy desperacko próbowali skierować oba zgromadzenia w osobne uliczki. Na próżno. Wkrótce liderzy starli się ze sobą - z mieszkania na piętrze nie był w stanie usłyszeć o czym rozmawiają, zaś gwizdy i krzyki tłumu nie sprzyjały rozumieniu wypowiadanych zdań - na początku słownie, jednak zaraz w ruch poszły różdżki. Z góry widział każdy szczegół zajścia; mniej szczęścia mieli stojący z tyłu obu marszów czarodzieje, którzy zaczęli się niecierpliwić i przepychać. Kiedy zaś rzucone zostały pierwsze zaklęcia (nie zauważył, z której strony, ale dałby sobie rękę oddać, że to chyba ktoś trzeci, jakiś mąciwoda ukryty w sąsiednim budynku), dostrzec mógł jak charłaków i ich sympatyków ogarnia panika. Nie wszystkich, rzecz jasna. W części zebranych obudzili się bohaterowie, rzucający się do boju. W zaledwie kilkanaście sekund na ulicy zapanował chaos. Ktoś wyczarował kulę ognia, która trafiła przez otwarte drzwi balkonowe do mieszkania po drugiej stronie ulicy, wzniecając przy tym pożar. Inne zaklęcie trafiło w gzyms budynku, w którym znajdował się Perseus i wdowa po doktorze Owenie. Gruz posypał się w dół; nie zdziwiłby się, gdyby spadł komuś na głowę. Zanim to się jednak stało, zdążył pochwycić czarownicę i runąć z nią na podłogę. W miejscu, w którym przed chwilą stali, leżały rozsypane kawałki wybitej szyby oraz rozbita doniczka.
— Nic pani nie jest? — zapytał, pomagając kobiecie się podnieść, a zaraz ponownie - z nieco większą dozą ostrożności, czując jak kawałki szkła trzaskały pod jego butami - wyjrzał przez okno. Tym razem wizję przysłaniał mu dym unoszący się nad głowami maszerujących. Widział w nim świetliste przebłyski rzucanych zaklęć, podobne do błyskawic rozdzierających chmury i słyszał też paniczną kakofonię. Ma Merlina, a co jeśli jednak jest tam Elliott...? I chociaż logika podpowiadała mu, że na pewno go tam nie ma, coś nakazywało mu wstąpić w chaos.
— Muszę... muszę tam zejść... — oświadczył słabym głosem. — Niech pani trzyma się z dala od okien.
Zanim wdowa zdążyła zaprotestować, chwycił za swoją różdżkę i wybiegł z mieszkania.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory