01.12.2025, 11:22 ✶
Charlotte była inna. Nie była urodzoną flirciarą, która wykorzystywała długie, lepkie spojrzenia rzucane spod woali ciężkich, ciemnych rzęs. Uważała - nawet po zejściu na Nokturn - że flirt i dotyk nie powinien być jedną z dróg, którą obierało się by dotrzeć do celu. Co nie oznaczało, że nie posyłała uśmiechów i spojrzeń ludziom, od których czegoś chciała. Różnica była jednak zasadnicza: Lotte była charyzmatyczna i nie potrzebowała muskać ustami ucha osoby, którą obrała za cel. Wystarczył uśmiech, odrobina zrozumienia, a także cała gama innych emocji, wśród których poruszała się jak zawodowa tancerka. I chociaż stroniła do tej pory od bali i innych tego typu zabaw, to w knajpach zdarzało się, że ludzie do niej podchodzili i pytali, czy mogą postawić jej drinka. Była głośna, emanowała pewnością siebie i stylem, który krzyczał baw się tak, jakby jutra miało nie być.
- Twoja matka wyszorowałaby ci język mydłem, gdyby usłyszała, jakich słów używasz - powiedziała swobodnym tonem, obdarzając Vi uśmiechem. Przyganiał kocioł garnkowi a sam smolił - gdyby jej matka usłyszała, co mówi ukochana Charlie, to nie tylko by wyszorowała jej jęzor, ale także wrzuciłaby ją do jakiejś kadzi z oczyszczającymi eliksirami. Matka Charlotte traktowała Nokturn jako coś brudnego, coś co przylepia się do ubrań i ciała, i po czasie wżera się w skórę, nie pozwalając się zmyć. Charlotte z kolei uważała to za szansę - nie coś, co ją oblepi i nie pozwoli uciec. Pytanie tylko, która z Mulciberów miała rację. - Wiem, Vi.
Czy Vienne kiedykolwiek miała chłopaka? Sięgała pamięcią do przeszłości, ale nie potrafiła sobie przypomnieć. Z reguły była sama, ludzie się wokół niej nie kręcili, nie chcieli jej poznać. Uważała ich za głupców: jej kuzynka miała naprawdę dużo zalet i ogrom rzeczy do zaoferowania, ale podejrzewała, że przez to, że była inna ludzie oceniali ją źle. Czy gdyby dorobić Vienne duże cycki i przykleić uśmiech na twarz, to zakręciliby się wokół niej adoratorzy? Pewnie tak, faceci byli cholernie płytcy i durni.
- Moja matka uważa, że z książkami mi nie po drodze, ale rozumiem cię - wtrąciła się, gdy Vienne łapała oddech, by móc kontynuować rozmowę. - Seks jest fajny, ale co później? Nudzi się szybko, jak w głowie jest pustka.
Wzruszyła ramionami, zaciągając się papierosem. Tamten chłopak był nieważny, jego istnienie było nieważne. Miała rację: po co zaprzątać sobie głowę takimi ludźmi, skoro świat miał o wiele więcej do zaoferowania?
- Nie denerwuj mnie nawet - jakby na potwierdzenie jej słów, lico Charlotte się nachmurzyło, a wspomniane wkurwienie ujawniło się na twarzy. Jego żywot był krótszy niż istnienie motyla, bo trwał zaledwie kilka sekund, jednak był bardzo wyraźny: Lottie nie lubiła rozmawiać o swojej matce. Nie potrafiła o niej myśleć bez poczucia zawodu, niesprawiedliwości i gniewu. - Kurde, Vi, nie wiem z kim miałabym porozmawiać. Może z ojcem? Brakuje mi go czasem, wprowadzał do tego chaosu porządek.
Do tej pory o tym nie myślała, ale to nie był w sumie taki głupi pomysł. Może by jej doradził, co miała robić dalej. Jakie kroki powinna podjąć, na kogo uważać... I pewnie pociągnęłaby temat dalej, gdyby na czarne włosy Vienne nie spadł srebrno-szary płatek. Charlotte zmarszczyła brwi, wyciągając dłoń w kierunku włosów kuzynki.
- Czekaj, masz coś... - najpierw myślała, że to popiół z jej papierosa. Ale był za duży. Płatek rozsypał się między jej palcami, gdy nimi poruszyła. - Co to za gówno?
Podobne płatki zaczęły spływać z nieba, osadzając się powoli i ostrzegawczo na ich włosach, skórze i ubraniu.
- Twoja matka wyszorowałaby ci język mydłem, gdyby usłyszała, jakich słów używasz - powiedziała swobodnym tonem, obdarzając Vi uśmiechem. Przyganiał kocioł garnkowi a sam smolił - gdyby jej matka usłyszała, co mówi ukochana Charlie, to nie tylko by wyszorowała jej jęzor, ale także wrzuciłaby ją do jakiejś kadzi z oczyszczającymi eliksirami. Matka Charlotte traktowała Nokturn jako coś brudnego, coś co przylepia się do ubrań i ciała, i po czasie wżera się w skórę, nie pozwalając się zmyć. Charlotte z kolei uważała to za szansę - nie coś, co ją oblepi i nie pozwoli uciec. Pytanie tylko, która z Mulciberów miała rację. - Wiem, Vi.
Czy Vienne kiedykolwiek miała chłopaka? Sięgała pamięcią do przeszłości, ale nie potrafiła sobie przypomnieć. Z reguły była sama, ludzie się wokół niej nie kręcili, nie chcieli jej poznać. Uważała ich za głupców: jej kuzynka miała naprawdę dużo zalet i ogrom rzeczy do zaoferowania, ale podejrzewała, że przez to, że była inna ludzie oceniali ją źle. Czy gdyby dorobić Vienne duże cycki i przykleić uśmiech na twarz, to zakręciliby się wokół niej adoratorzy? Pewnie tak, faceci byli cholernie płytcy i durni.
- Moja matka uważa, że z książkami mi nie po drodze, ale rozumiem cię - wtrąciła się, gdy Vienne łapała oddech, by móc kontynuować rozmowę. - Seks jest fajny, ale co później? Nudzi się szybko, jak w głowie jest pustka.
Wzruszyła ramionami, zaciągając się papierosem. Tamten chłopak był nieważny, jego istnienie było nieważne. Miała rację: po co zaprzątać sobie głowę takimi ludźmi, skoro świat miał o wiele więcej do zaoferowania?
- Nie denerwuj mnie nawet - jakby na potwierdzenie jej słów, lico Charlotte się nachmurzyło, a wspomniane wkurwienie ujawniło się na twarzy. Jego żywot był krótszy niż istnienie motyla, bo trwał zaledwie kilka sekund, jednak był bardzo wyraźny: Lottie nie lubiła rozmawiać o swojej matce. Nie potrafiła o niej myśleć bez poczucia zawodu, niesprawiedliwości i gniewu. - Kurde, Vi, nie wiem z kim miałabym porozmawiać. Może z ojcem? Brakuje mi go czasem, wprowadzał do tego chaosu porządek.
Do tej pory o tym nie myślała, ale to nie był w sumie taki głupi pomysł. Może by jej doradził, co miała robić dalej. Jakie kroki powinna podjąć, na kogo uważać... I pewnie pociągnęłaby temat dalej, gdyby na czarne włosy Vienne nie spadł srebrno-szary płatek. Charlotte zmarszczyła brwi, wyciągając dłoń w kierunku włosów kuzynki.
- Czekaj, masz coś... - najpierw myślała, że to popiół z jej papierosa. Ale był za duży. Płatek rozsypał się między jej palcami, gdy nimi poruszyła. - Co to za gówno?
Podobne płatki zaczęły spływać z nieba, osadzając się powoli i ostrzegawczo na ich włosach, skórze i ubraniu.