01.12.2025, 12:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2025, 13:02 przez Aaron Andrew Moody.)
Taniec z Geraldine, dużo myśli o Millie, Lorien, Morpheusie.
Aaron pozwolił sobie poddać się powolnemu, kołyszącemu rytmowi rozmowy przypominającej walca, którego tańczyli. Geraldine wdzięcznie dotrzymywała mu kroku, on nieco mniej wdzięcznie dotrzymywał kroku Geraldine... Towarzystwo było przyjemne, a gadka się kleiła, ale nie łudził się, że dowie się od dziewczyny czegoś istotnego o Millie. Sam ją tego przecież nauczył. Stała czujność, Mills. Nawet najbliższym nie zdradzała wiele na swój temat, pilnując, aby jej życie pozostało wyłącznie jej życiem. Większości to wystarczało, bo chociaż Millie bywała porywcza, często mówiąc zbyt dużo, zbyt popędliwie, niewielu zwykło brać to na poważnie. Na jej szczęście, a może na nieszczęście. Przyzwyczaiła wszystkich do tego, że brak jej dyscypliny i powściągliwości, w której Aaron upatrywał cnotę. Millie nazywała go przez to nieczułym. Nie uważał jednak, aby właściwym było zwalanie na innych swoich uczuć, nadmiernie głębokich przemyśleń, problemów. Nie dość, że radzenie sobie z nimi kształtowało charakter, oszczędzało jeszcze rozczarowania, które tak często było udziałem Millie, zawsze łatwo zniechęcającej się, gdy coś jej nie wychodziło. Bo ludzie, uważał Aaron, byli w gruncie rzeczy rozczarowujący. Niedbali. Czy Geraldine, z którą rozmawiało mu się tak miło, wiedziała cokolwiek o relacji Mills z ojcem? Czy zwróciła kiedykolwiek uwagę na to, jak błyszczą jej oczy, gotowe ciskać piorunami na samo wspomnienie rodzinnego domu? Nie. Inaczej nie rozmawiałaby z nim tak miło. Ale znów być może to była jego paranoja. Może nie widział tego nikt inny poza Aaronem. Może wmawiał to sobie, powodowany poczuciem winy.
Nie, skarcił się w myślach, przecież nie był niczemu winny.
Nie przejmował się, że jego pytania były niesubtelne. Jakiż rodzic bywa subtelny, gdy chodzi o dziecko? Zrzucić mógł to wszystko na karb nieobycia, towarzyskiej niezręczności, byleby otrzymać odpowiedzi, których potrzebował. Niewielu wyciągnęłoby na temat jego pytań inne wnioski, bo zwyczajnie... Nie były dla nich ważne. "Dlaczego myślisz, że cały świat musi kręcić się wokół ciebie?", pytał wiele razy Millie. Czy naprawdę nie rozumiała, że chce oszczędzić jej rozczarowania ludźmi, którzy może nie byli z natury źli, ale zwyczajnie samolubni, nastawieni na wykorzystanie? Niewielu wyciągało jakiekolwiek wnioski, przyglądając się temu, co dzieje się wokół, bo zwyczajnie nie było to dla nich ważne. Co mógł zrobić ojciec, który nie chciał, żeby jego naiwna córka dała się oszukać? Zwieść pozorem przyjaźni, fałszywej miłości, zostać zranioną przez świat, który potrafił tylko ranić? "Dla mnie ty zawsze będziesz najważniejsza", mówił Millie, ale ona nigdy mu nie wierzyła. Był jej ojcem, wiedział więc, jak ją przejrzeć.
Tylko dlaczego musiał wiedzieć to też Morpheus Longbottom?
Niedyskretnie obrócił głowę w jego stronę, nie ukrywając wcale, że obserwuje jego i Lorien, z którą delikatnie sunął po parkiecie. W przeciwieństwie do Morpheusa nie posiadał daru trzeciego oka, nie mógł więc przewidzieć kroków Geraldine tak jak jasnowidz przewidywał kroki Lorien. Ciekawe, czy gdyby był na jego miejscu, potrafiłby przewidzieć gorączkę Madeleine, gdy była chora. Przewidzieć jej potrzeby, gdy... Aaron musiał się bardzo mocno skupić, żeby nie zgubić rytmu, chociaż myślami był zupełnie gdzie indziej. Poczuł jak dementorek Lorien poruszył się w kieszeni jego marynarki, nie wytknął jednak główki spod ciężkiej klapy. Musiało uspać go leniwe kołysanie walca.
Aaron pozwolił sobie poddać się powolnemu, kołyszącemu rytmowi rozmowy przypominającej walca, którego tańczyli. Geraldine wdzięcznie dotrzymywała mu kroku, on nieco mniej wdzięcznie dotrzymywał kroku Geraldine... Towarzystwo było przyjemne, a gadka się kleiła, ale nie łudził się, że dowie się od dziewczyny czegoś istotnego o Millie. Sam ją tego przecież nauczył. Stała czujność, Mills. Nawet najbliższym nie zdradzała wiele na swój temat, pilnując, aby jej życie pozostało wyłącznie jej życiem. Większości to wystarczało, bo chociaż Millie bywała porywcza, często mówiąc zbyt dużo, zbyt popędliwie, niewielu zwykło brać to na poważnie. Na jej szczęście, a może na nieszczęście. Przyzwyczaiła wszystkich do tego, że brak jej dyscypliny i powściągliwości, w której Aaron upatrywał cnotę. Millie nazywała go przez to nieczułym. Nie uważał jednak, aby właściwym było zwalanie na innych swoich uczuć, nadmiernie głębokich przemyśleń, problemów. Nie dość, że radzenie sobie z nimi kształtowało charakter, oszczędzało jeszcze rozczarowania, które tak często było udziałem Millie, zawsze łatwo zniechęcającej się, gdy coś jej nie wychodziło. Bo ludzie, uważał Aaron, byli w gruncie rzeczy rozczarowujący. Niedbali. Czy Geraldine, z którą rozmawiało mu się tak miło, wiedziała cokolwiek o relacji Mills z ojcem? Czy zwróciła kiedykolwiek uwagę na to, jak błyszczą jej oczy, gotowe ciskać piorunami na samo wspomnienie rodzinnego domu? Nie. Inaczej nie rozmawiałaby z nim tak miło. Ale znów być może to była jego paranoja. Może nie widział tego nikt inny poza Aaronem. Może wmawiał to sobie, powodowany poczuciem winy.
Nie, skarcił się w myślach, przecież nie był niczemu winny.
Nie przejmował się, że jego pytania były niesubtelne. Jakiż rodzic bywa subtelny, gdy chodzi o dziecko? Zrzucić mógł to wszystko na karb nieobycia, towarzyskiej niezręczności, byleby otrzymać odpowiedzi, których potrzebował. Niewielu wyciągnęłoby na temat jego pytań inne wnioski, bo zwyczajnie... Nie były dla nich ważne. "Dlaczego myślisz, że cały świat musi kręcić się wokół ciebie?", pytał wiele razy Millie. Czy naprawdę nie rozumiała, że chce oszczędzić jej rozczarowania ludźmi, którzy może nie byli z natury źli, ale zwyczajnie samolubni, nastawieni na wykorzystanie? Niewielu wyciągało jakiekolwiek wnioski, przyglądając się temu, co dzieje się wokół, bo zwyczajnie nie było to dla nich ważne. Co mógł zrobić ojciec, który nie chciał, żeby jego naiwna córka dała się oszukać? Zwieść pozorem przyjaźni, fałszywej miłości, zostać zranioną przez świat, który potrafił tylko ranić? "Dla mnie ty zawsze będziesz najważniejsza", mówił Millie, ale ona nigdy mu nie wierzyła. Był jej ojcem, wiedział więc, jak ją przejrzeć.
Tylko dlaczego musiał wiedzieć to też Morpheus Longbottom?
Niedyskretnie obrócił głowę w jego stronę, nie ukrywając wcale, że obserwuje jego i Lorien, z którą delikatnie sunął po parkiecie. W przeciwieństwie do Morpheusa nie posiadał daru trzeciego oka, nie mógł więc przewidzieć kroków Geraldine tak jak jasnowidz przewidywał kroki Lorien. Ciekawe, czy gdyby był na jego miejscu, potrafiłby przewidzieć gorączkę Madeleine, gdy była chora. Przewidzieć jej potrzeby, gdy... Aaron musiał się bardzo mocno skupić, żeby nie zgubić rytmu, chociaż myślami był zupełnie gdzie indziej. Poczuł jak dementorek Lorien poruszył się w kieszeni jego marynarki, nie wytknął jednak główki spod ciężkiej klapy. Musiało uspać go leniwe kołysanie walca.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.