• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy

[08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
01.12.2025, 14:35  ✶  
To, co powiedziała, trafiło we mnie w sposób, którego nie próbowałem już odsuwać. Przez lata myślałem, że nie wolno mi słuchać takich słów, brać ich za dobrą monetę, powinienem odbijać wszystko, co brzmiało zbyt prawdziwie - teraz już nie próbowałem, nie miała żadnych obaw, ja też nie. Mogliśmy w końcu mówić do siebie tak, jak powinniśmy byli zawsze. A kiedy rzuciła tę swoją słodką groźbę, tę makabryczną deklarację, że nie dopuści żadnej ręki do zawodów, zrobiłem coś w rodzaju półśmiechu. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, nie drwiąco, nie lekko, po prostu z tą cholerną świadomością, że mówiła całkowicie właściwie, miałem wszelkie podstawy, by wierzyć w jej deklaracje. Wiedziałem to - znałem ten błysk w jej oczach, tę zawziętość, która wcześniej kłóciła się z moją zawziętością, a teraz idealnie ją uzupełniała. Przy niej to nie było chorobliwe, nigdy nie, było właściwe, naturalne, instynktowne, jak oddychanie.
- Losszalpałabyś je samym spojszeniem, zanim zdąszłyby podnieść palec. - Odchrząknąłem, bo to uczucie w klatce piersiowej było zbyt intensywne i zbyt znajome jednocześnie. Nie znosiłem czułych rzeczy, bo rozrywały mnie od środka, ale od niej nigdy nie były słabością. Od niej były… Prawem. Patrzyłem na nią i ta noc, ta mgła, te przeklęte obce ręce i całe to nokturnowe szlamowisko traciło znaczenie. Szliśmy ramię w ramię, w ciemności, w tym ciężkim powietrzu Nokturnu, i nie miałem wątpliwości, że jeśli ktokolwiek spróbowałby nas rozdzielić, musiałby najpierw przejść przez nią. A przeze mnie potem. Niezależnie od tego, czy trzeba by było rzucać zaklęcie, czy podnosić nóż. Ona miała swoją wersję lojalności - cichą, ale ostrą - a ja swoją, gwałtowną, bezwarunkową. Razem tworzyliśmy coś, czego nie dało się nauczyć ani odtworzyć. Jej dłonie, jej głos, jej obecność - dokładnie to, co mówiła w mieszkaniu o przeszłych walkach i przyszłych bitwach - było bardzo proste - „idziemy razem albo świat idzie w cholerę.”
A kiedy rzuciła, że będę musiał się ze mną męczyć do końca życia, uniosłem lekko brew, uśmiechając się szerzej, niż Nokturn lubił widzieć. Parsknąłem, zerknąłem w dół na te jej pantofelki, potem na jej twarz, i wypuściłem z siebie krótkie, głębokie westchnięcie, które tylko brzmiało jak udawane zmęczenie.
- Męczyś? Sun, kochanie, ja cię niosłem w tych pantofelkach pszes pół miasta, pamiętasz?
Przez sekundę miałem przed oczami tamten wieczór - płonące miasto za naszymi plecami, gorąco odbijające się od mokrej kostki, krzyk ludzi, trzask pożaru, ja niosący teoretycznie obcą kobietę, chociaż wszystko waliło się nam nad głowami. Nie miało to sensu, a jednocześnie było jedyną rzeczą, która mogła mieć sens.
- Laszej tego jusz nie pszebijemy. A wtedy nawet nie naszekałem. Jestem ucieleśnieniem cielpliwości… - Co było największym kłamstwem, bo jeśli cierpliwość miała twarz, to na pewno nie moją - byłem jej zaprzeczeniem w czystej, nieoszlifowanej formie, ale cóż, naprawdę się wtedy starałem. A potem, wtedy na placu, dotknęła moich ust, zamykając mi je tamtym szybkim, zdecydowanym pocałunkiem i poczułem się jak największy farciarz na tamtej spalonej ziemi, nawet jeśli obiła mi już wcześniej obite żebra, zostawiła odciski palców na barkach i nigdy nie dała tamtego nieszczęsnego, obiecanego lizaka.
To była różnica między nami dawniej i nami teraz, teraz nic nie było zakazane, nic nie było zbyt ciężkie, zbyt ostre, zbyt szczere. Wszystko mogło zostać wypowiedziane, bo wszystko należało do nas. Nigdy nie byliśmy ludźmi, którzy chowają się za kimkolwiek. Każde z nas walczyło samo, ale razem… Razem byliśmy czymś innym - czymś nie do ruszenia, tamta noc była dowodem. Oboje mieliśmy za sobą lata złych decyzji, niefortunnych więzi, iluzji, które rozsypywały się przy pierwszym podmuchu. A jednak wtedy i teraz potrafiliśmy nareszcie sięgnąć po to, co było właściwe.
Miejsce, w którym stanęliśmy, pachniało jak koniec i początek jednocześnie, jakby ściany pamiętały tysiące cudzych sekretów, a podłoga domagała się kolejnych. Nigdy nie myślałem, że trafię gdziekolwiek z kimś takim jak ona, z kimś, kto znał moje światła i moje ciemności, z kimś, kto potrafił spojrzeć na to całe nokturnowe gówno jak na naturalną scenerię do czegoś, co miało zmienić nasze życia. Normalni ludzie nie braliby tu ślubu, normalni ludzie w ogóle nie powinni tu wchodzić, chyba że mieli w ręku broń albo dług do spłacenia. My byliśmy czymś pomiędzy - za czyści dla Nokturnu, za brudni dla kowenu, to miejsce było pomostem, dokładnie takim, jakiego potrzebowaliśmy.
Z kąta wypełzła ona - Magdalene Vane, jak wąż albo pająk, który postanowił przyjąć ludzką formę tylko na chwilę, bo tak było wygodniej do prowadzenia biznesu. Vane wysunęła się z cienia tak, jakby od lat czekała, aż ktoś zrobi tę głupotę i poprosi ją o coś więcej niż klątwę na sąsiadkę. Przeczytała nas w sekundę, wciągając przy tym  powietrze tak, jakby mogła poczuć naszą przeszłość w samym zapachu. Przynajmniej nie czuła smrodu naszego strachu - to z pewnością - nie było go. Moja dziewczyna, moja narzeczona, moja przyszła żona - kobieta, która potrafiła wejść tu jak do własnego domu,  Prue z pewnością wiedziała, że nie wolno na Nokturnie dawać po sobie poznać lęku, ale była tak niesamowicie spokojna, jakbyśmy stali nie w norze wiedźmy od rytuałów, ale przed ołtarzem w jakiejś eleganckiej sali. Nokturn nigdy nie był uprzejmy, ale był uczciwy w sposób, który rozumiałem - płacisz, dostajesz, nie płacisz - spierdalasz albo zdychasz, więc nie było powodu do lęku, ale nie każdy by to wiedział, niektórzy by panikowali, ona nie. Ona była opanowana, nawet wtedy, gdy Vane zaczęła opisywać wszystko - moje błędy, jej rany, te wszystkie niedokończone sprawy z ludźmi, których dawno powinno nie być. Nie zaprzeczyłem, nie musiałem, mówiła prawdę, a my byliśmy tutaj po to, żeby już niczego nie zamiatać pod dywan. Magdalene wpatrywała się w nas z tym swoim przenikliwym spojrzeniem, które czułem pod żebrami, jakby przenikało mi przez skórę, mięśnie i dotykało miejsc, o których nie mówiłem nawet pijany.
Kiedy Prue odpowiedziała krótkim „więź”, nie drgnąłem nawet o milimetr, to było najbardziej oczywiste słowo tej nocy, bo tak, byłem z tych, którzy znikali. Z tych, którzy uciekali, jeśli ktoś próbował ich zatrzymać. Ale z nią… Z nią pierwszy raz w życiu czułem, że mogę się zatrzymać - że chcę. Całe ostatnie tygodnie były jak powrót do własnej skóry po latach bycia kimś, kto jedynie udawał, że żyje. Ona oddychała obok mnie i ja oddychałem razem z nią - głośniej, mocniej, prawdziwiej, a teraz mieliśmy to przypieczętować.
Magdalene uśmiechnęła się, bez radości, bez złośliwości, jak ktoś, kto spodziewał się dokładnie takiej odpowiedzi.
Pewne rzeczy przychodziły z głośnym trzaskiem, jak miażdżona dłoń w spotkaniu z barowym kuflem ze szkła, a pewne - jak to, co zrobiliśmy później tej nocy - były ciche, ostateczne, bez wahania. Najpierw sakiewka - Vane czekała niecierpliwie, z dłonią wyciągniętą jak lichwiarka, której palce same liczyły pieniądze, zanim jeszcze je dotknęły - ciężka, wypchana, pełna. Wyjąłem ją z wewnętrznej kieszeni płaszcza i położyłem na otwartej dłoni kobiety, tuż obok tej, którą dała jej Prue. Ani nie przeliczałem zawartości, ani nie oglądałem się na to, ile z tego już nie zobaczę. Nie mieliśmy zobaczyć niczego, ani knuta, ale to się nie liczyło - już nie miało znaczenia. Gdy nasze złoto zniknęło u Vane, nawet się nie skrzywiłem, to nie była transakcja, to było złożenie daru -  czegoś, co miało ustąpić miejsca czemuś większemu. Zaklinaczka nie powiedziała ani słowa, jedynie skinęła głową, jak ktoś, kto potrafił ocenić wartość rzeczy nie po wadze metalu, tylko po wadze intencji. Złoto miało znaczyć tyle, ile znaczyła decyzja, a nasze znaczyły wszystko.
Rytuał zaczął się od ciszy - ciężkiej, lepkiej, takiej, która nie była pustką, tylko obecnością. Taką, która sprawiała, że skóra na karku zaczynała drżeć, bo miało się wrażenie, że ktoś jeszcze stoi tuż za plecami, nawet jeśli nikogo tam nie było.
- Nulla vox intrat, nulla vox exit. - Mruknęła. - Żeby nie uciekło nic, co nie powinno. - Głos staruchy przeciął przestrzeń, odbił się echem od ścian, gdy machnęła różdżką, i od tej chwili nic z zewnątrz nie mogło już się przebić. Wszystko za drzwiami - Nokturn, pijacy, zaklęcia, koty, krzyki i kłótnie - zniknęło. Dźwięk świata został odcięty, pomieszczenie zostało wygłuszone jednym, prostym, zdecydowanym zaklęciem, które miało odizolować świat tutaj od świata na zewnątrz - zostaliśmy tylko my, cienie świec i rytm oddechu, zbyt głośny w tej nienaturalnej ciszy.
Czarownica stanęła przed nami, lekko pochylona, z różdżką drgającą w dłoni, jej oczy nie mrugały, jakby patrzyły przez nas - na wszystko, czym byliśmy, na to, co w nas jeszcze gniło. Magdalene Vane patrzyła na nas z tym swoim spojrzeniem, które mogło przeciąć człowieka na pół.
- Żeby coś związać, trzeba coś rozwiązać. Powiedziała to miękko, powtarzając swoją wcześniejszą myśl, jakby tłumaczyła dziecku, że ogień parzy. - Żeby coś mogło się narodzić, trzeba coś uśmiercić. - Zbliżyła się, aż poczułem mdląco słodki zapach jej szaty. - Będzie bolało.
W pierwszej chwili chciałem parsknąć - życie bolało, coś takiego to z pewnością było nic. Nie było to zakazane, ale nie było też bezbolesne, to na pewno, ale jak bardzo nieprzyjemne mogło być? Rytuał nie był czarnomagiczny, to nie było nic, co próbowałoby nas skrzywić, zmusić, zbrudzić. Był starą magią - tą, która kazała płacić uczciwie za to, co chce się dostać. Najpierw posprzątać resztki przeszłości, potem splatać przyszłość, boląca prawda zamiast tanich wzruszeń.
Vane zaczęła kreślić różdżką na podłodze znak - pentagram, ale nie taki, jaki dzieciaki rysują sobie na pergaminie, żeby poczuć się mrocznie. To był stary symbol - stary jak pierwsze takie rytuały, które miały coś naprawiać, zanim nauczyły się niszczyć. Krąg zamknął się bezszelestnie pod naszymi stopami, a w jego punktach jednocześnie zapłonęły czarne świece. Ich ogień był dziwny - nie rzucał światła, tylko pogłębiał cień, płomień nie był zwykły, miał kolor atramentu, z lekką poświatą fioletu. Czułem jego ciepło, ale czułem też coś jeszcze, jakby magiczna nić owijała mi się wokół nadgarstków, delikatnie, ale stanowczo. Poczułem pieczenie, jakby ktoś wypalał na nich niewidzialne znaki, to nie była czarna magia - znałem jej smak - to było coś pierwotniejszego, jak rytuały sprzed wieków, kiedy magia była jeszcze dzika i nie miała etykiety. Krew wystąpiła na powierzchnię skóry, cienka linia po obu moich dłoniach. Ogień tańczył leniwie, płomienie poruszały się nie w górę, lecz w bok, jakby chciały do siebie nawzajem dosięgnąć. Powietrze przesyciło się ciężkim aromatem mirry i czegoś metalicznego, co przypominało zapach rozgrzanego żelaza albo starego srebra. Złote kielichy, przywołane ruchem dłoni, zawisły przed Vane w powietrzu, ruch później wewnątrz połyskiwała ciemna ciecz, gęsta jak krew, ale nie była nią - jeszcze. Nie dotknęła ich, najpierw miało zostać zdjęte to, co zbierało się na nas od lat, co ciążyło, cuchnęło, pętało niewidzialnymi nićmi - to było jasne.
Magdalene zaczęła kreślić ruchy w powietrzu, coraz szybciej, coraz precyzyjniej, niskie, gardłowe dźwięki łacińskich formuł posypały się z jej ust, słumione, ledwo słyszalne. Zaczęła mówić, najpierw językiem, który rozpoznawałem, potem takim, który rozumiałem tylko przez intuicję, w końcu językiem wielu rytuałów - łaciną.
- Et quod ligatum fuit iniuste… Solvatur.
„A co niesłusznie związane… Niech będzie rozwiązane.”
- Et quod fractum est… Reveletur.
„A co złamane… Niech będzie ujawnione.”
- Et quod tacitum erat… Loquatur.
„A co milczało… Niech przemówi.”
Z każdą sylabą coś ciemnego zaczęło się zbierać nad naszymi głowami, jak mgła, ale cięższa, gęstsza.
Poczułem to, najpierw jak nagłe szarpnięcie w środku, jakby ktoś złapał mnie za kręgosłup od wewnątrz i pociągnął. Potem pieczenie pod żebrami. A później…
Kurwa.
To było jak wydobywanie starego śrutu, który wrósł przez lata w kość, czułem, jakby ktoś otworzył ranę, która dawno się zabliźniła, i wsadził do środka palce, nie fizycznie - gorzej - w miejscu, którego nikt nie powinien dotykać. Ten przetarty, beszta­ny przez los kawałek mnie, który kiedyś pomylił panikę z potrzebą i oddał obietnicę nie tej osobie, co powinien. Vane nie musiała tego mówić, wiedziała, rozpoznawała zapach przeszłości lepiej niż zapach kadzidła.
- Kulwa... - Wymsknęło mi się półgłosem. - To boli balsiej nisz wygląda.
Magdalene spojrzała na mnie kątem oka.
- Dolebit, sed purgat. Ból oczyszcza, panie Fenwick. - Powiedziała tonem, w którym było coś z ironii, uniosła brew. - Kto jak kto, pan powinien to wiedzieć. - Magdalene podeszła bliżej i spojrzała na nas niczym ktoś, kto miał rozsupłać nie jedną, lecz dwie poplątane dusze. Dwie przeszłości rozrywane jednocześnie, dwie blizny otwierane po to, żeby wreszcie się zagoiły, i coś jeszcze - świadomość, że robiła to z nią obok mnie, razem. Ja, który uciekłem kiedyś w ramiona niewłaściwej osoby. Ona, którą życie przygniotło cudzym mitem miłości, której nigdy nie dostała.
I wtedy zobaczyłem ją - nie tę kobietę przede mną. Pierwszą. Prudence z korytarzy Hogwartu, z włosami trochę za długimi, trochę za bardzo zasłaniającymi twarz, z oczami, które wtedy były ostrzejsze, mniej zmęczone światem. Dokładnie tę, którą pamiętałem - moją dawną koleżankę, rywalkę, dziewczynę, na którą leciałem jak debil i z której jednocześnie szydziłem.
To nie była wizja - to było jak nałożenie kliszy na rzeczywistość. Obraz prześwietlony światłem, jakby moje oczy nie mogły się zdecydować, którą wersję jej uznać za rzeczywistą. Dwie wersje nałożone na siebie, przesuwające się po twarzy tej jednej, prawdziwej - jedna migotała, druga gasła, zmienialiśmy się nawzajem, tylko jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Obraz zamigotał, a potem zmienił się.
Zobaczyłem ją w wersji, której nigdy nie widziałem, nigdy nie mogłem zobaczyć - kobieta dwudziestokilkuletnia, o gładszej skórze, z drobnymi zmianami w spojrzeniu. Włosy krótsze, inaczej ścięte - bardziej praktyczne, mniej teatralne, ale wciąż cholernie piękne. Starsza niż tamta, młodsza niż ta prawdziwa. Kobieta z czasu, kiedy była zaręczona z kimś, kogo nie powinna była wybrać. Miała w sobie coś bardziej sztywnego, nie tę prostotę z tej chwili, tylko czyjąś przeszłość, która nie była moja. To była Prue z okresu, który minąłem. Prue, której nie dotknąłem ani jednym słowem. Prue, której nie widziałem, bo wtedy byłem daleko - zbyt zajęty ucieczką od samego siebie, od własnego nazwiska, od własnej historii. Była cholernie prawdziwa, tak prawdziwa, że aż mnie zabolało - ten rodzaj bólu, w którym człowiek nagle widzi wszystko, co mogło się wydarzyć, a się nie wydarzyło.
Nie wiedziałem, że ona w tej samej chwili widziała mnie. Nie trzydziestotrzyletniego, nie tego teraz, nie obitego doświadczeniem. Osiemnaście lat, falowane włosy, rozczochrane jak zawsze, potargane wiatrem i własnymi palcami, gęste piegi rozsypane po nosie i twarzy, spojrzenie buntownika, który myśli, że zna świat. Taki, jakim byłem, zanim nauczyłem się miotać zaklęciami i klnąć w kreolskim - bez blizn zdobytych po wyjeździe, bez zmęczenia wyrysowanego w wyrazie twarzy, ze światem, który był jeszcze prosty, choć nigdy nie był. Chłopak, który udawał, że nic nie czuje, bo świat był za wielki, a on za głupi, żeby powiedzieć prawdę. Takiego mnie już nie było, ale w tej chwili wróciłem, jakby ktoś cofnął czas.
Ten drugi był inny. Włosy krótsze niż teraz, wciąż falujące, ale przycięte tak, jakby ktoś, kto nie zna się na strzyżeniu, zrobił to sam nad umywalką w tanim mieszkaniu, bo dokładnie tak było. Zarost istniał, owszem, lecz był to cień, nie pełna broda. Taki, który nadawał twarzy powagi, ale nie ciężkości. Skóra na szyi gładka, jeszcze nie poparzona, była nienaruszona, nie miałem jeszcze tych oparzeń, które później nosiłem jak personalne epitafium. Klątwa, która zostawiła później ślad, w tych wizjach dopiero czaiła się gdzieś daleko w przyszłości. Twarz… Młoda, ale nie chłopięca. Rysy ostrzejsze w tym lisim sensie, nos ten sam, lecz bez lekkiej asymetrii, którą zyskałem później po jednym z pojedynków. Pod oczami nie było jeszcze tych głębokich cieni, które miałem teraz, tylko delikatne linie świadczące o bezsenności. Ramiona szersze niż w szkolnych czasach, ciało wytrenowane - nie na siłowni, tylko w terenie, w grotach, ruinach, w miejscach, gdzie człowiek musiał być szybki, albo nie wracał wcale. Byłem lżejszy niż teraz, ale bardziej elastyczny, jak stal, która dopiero się wykuwa, ale jest już twarda na tyle, by nie dać się złamać. Ubrania ciemne - jak zawsze - ale jeszcze nie tak ciężkie, jak te, które nosiłem teraz, lżejsze materiały, bojówki z milionem kieszeni, koszula niedopięta pod szyją, wilgotna od upału obcych krajów. Wyglądałem jak człowiek, który już coś widział, ale jeszcze nie widział wszystkiego.
To trwało pół uderzenia serca, ale wystarczyło, żeby poczuć, jak coś naprawdę umiera. Chciałem coś powiedzieć, ale wtedy… Poczułem rwący ból pod żebrami, aż ugięły mi się nogi, język palił mnie gorzej niż wtedy po pierwszym łyku rumuńskiej gorzały. Głos zamarł, zaklęty w gardle. Łacina Vane zrobiła się głęboka, zbyt niska jak na jej wiek, potem przeszła w coś, co brzmiało jak bełkot. Wszystko zaczęło się nakładać, sklejać, rozdzierać, potem pękło.
Wróciłem, ona wróciła.
Zostaliśmy już tylko my - ci właściwi.
- Zostało zdjęte. - Powiedziała Magdalene takim tonem, jakby informowała nas o pogodzie, a nie o tym, że przed chwilą wyrwała z naszych dusz więzy, które trzymały się nas latami.
- Rozsupłane. Rozprute. To, co cuchniało, odeszło. To, co miało umrzeć, umarło. Trup został pochowany. - To mówiąc, uśmiechnęła się lekko, ale nie miło, bardziej drapieżnie, całkowicie pewna tego, co mówiła i w jaki sposób chciała to sformułować.
Czułem echo bólu jeszcze w kościach, jakby ktoś zgniótł mnie od środka i dopiero przed chwilą pozwolił wyprostować kręgosłup, oddychałem płytko, krąg wokół nas pulsował bladym światłem, świece drżały, a ich płomienie wydawały się odchylać w stronę naszych dłoni, jakby czekały. Złote kielichy uniosły się, ich wewnętrzne powierzchnie odbijały światło jak dwie studnie bez dna.
- Teraz zwiążemy nowe. Nie papier, nie obietnicę. Życie przy życiu. Krew przy krwi. Ból za ból. Tak działa stara magia, musi wgryźć się w to, co żywe. - Vane uniosła dłoń, żeby nasze spojrzenia skupiły się tylko na niej. - Kropla w kielichu obudzi to, co ma zostać obudzone. - Wzięła nóż ze stołu - krótki, srebrny, cienki i zakrzywiony, stworzony do precyzji, ale nie w zabijaniu, nie w krzywdzie - i podała mi go rękojeścią do przodu.
- Lewą dłoń, Rookwood.
Serce przestało mi bić na pół sekundy, bo nie użyła mojego nazwiska przypadkiem, przed chwilą nazwała mnie Fenwickiem, spojrzałem na nią ostrzej, ale w jej oczach nie było ani drwiny, ani ciekawości.
Z pewnością wiedziała, co działo się w mojej głowie, gdy otworzyłem usta.
- Fen—
Ręka Magdalene uniosła się szybko, ostro, uciszająco.
- Nie. Tak cię nazywają, ale nie tak się urodziłeś. Przedstaw się jako ten, kto ma składać przysięgę. Nie jako ten, kogo sobie stworzyłeś, by przetrwać, pamiętaj, skąd wyszedłeś, żebyś wiedział, dokąd idziesz. - Głos miała spokojny, lecz zimny, bez litości. - Tak, wiem, kim jesteś, wiem, co siedzi we wszystkich, którzy przestępują moje progi. Cudze sekrety nie stanowią dla mnie waluty, nie mają wartości, nie zaprzątają mi głowy ani nie opuszczają ust. - Schyliła głowę odrobinę. - A teraz przestań kłamać, chłopcze. Rytuał wymaga prawdy.
Słowo „chłopcze” uderzyło we mnie mocniej, niż powinno, jakby coś, co było ściągane z nas przed chwilą, zostawiło szczelinę, do której łatwo było trafić. Nie walczyłem, nie teraz, pochyliłem głowę minimalnie, a wtedy zrobiłem to, co musiałem.
- Pozwól. - Powiedziałem cicho, obracając dłoń, którą trzymałem splątaną palcami z ręką Prudence i puszczając ją po to, aby ująć jej wierzch od dołu, wnętrzem do góry. Ręka Prue była drobna, chłodna, w porównaniu do mojej, ale kiedy chwyciłem ją w swoją, miała w sobie siłę. Nóż był lekki, zbyt lekki, biorąc pod uwagę to, co miał zrobić. Delikatnie przeciąłem jej skórę - nie głęboko, ale wystarczająco, strużka krwi wypłynęła, ciemna, gęsta, błyszcząca w blasku kołyszących się płomieni. Ogień świec uniósł się nagle, jakby ktoś dmuchnął przez cały krąg, pentagram zamigotał lekko, a powietrze zgęstniało tak bardzo, że można je było kroić ostrzem tak samo dokładnie jak skórę. Kropla oderwała się od jej skóry i spadła prosto do pierwszego kielicha, zasyczała, jakby złoto było rozgrzane od wewnątrz, płyn w kielichu pociemniał, moment później pojaśniał. Podałem jej nóż, delikatnie, ale bez wahania.
Wzięła moją dłoń, odwróciła ją wnętrzem ku górze i przecięła tę samą linię życia, tuż pod palcami. Ból był szybki i ostry, jak iskra, która wskutek tarcia zapala ogień. Kropla upadła do drugiego kielicha tak samo,  Płyn w obu naczyniach zmienił kolor, ciemne tony mieszały się z jasnymi, tworząc coś żywego, pulsującego.
- Do dna. - Poleciła Vane, bez cienia zawahania. Podniosłem kielich, metal był chłodny, ale płyn w środku - odwrotnie.
Był gorzki jak żal.
A potem słodki jak przysięga.
Ciepły jak krew.
Zimny jak noc, jak mgła spowijająca Nokturn.
Kielichy uniosły się powoli, jakby ktoś podniósł je niewidzialną dłonią, nie zatrzęsły się ani odrobinę, oderwały się od naszych dłoni, łagodnie, płynnie, tak, jak odlatywało coś, co znało swoje miejsce w rytuale i wraca tam, skąd zostało przywołane.
Zaklinaczka skinęła głową - krótko, ostro, z tą dziwną mieszaniną aprobaty i czegoś, co mogło być staroangielskim „no, wreszcie”.
- Powtarzaj po mnie. - Powiedziała.
Kiedy otworzyłem usta, spodziewałem się swojego normalnego głosu, tego chropowatego, z lekko zachrypniętą krawędzią, obciążonego nocą i życiem, ale to, co wyszło, było czyste.
Brzmiałem tak, jakbym nigdy nie kłamał.
Jakbym nigdy nie uciekał.
Jakbym nigdy nie musiał być nikim innym.
- In nomine vitae et voluntatis… Ego Aloysius Benjamin Rookwood oddaję ci siebie od pierwszego imienia, od pierwszego oddechu, od pierwszej krwi zapisanej w księgach mojego rodu. Per nomen quod ortum est in tenebris et luce, składam ci to, co zostało mi nadane, zanim stałem się kimś innym. Aeternum tibi trado et alterum meum nomen… Oddaję ci także Benjy’ego Fenwicka, tego, którego wybrałem, którego stworzyłem, którego nosiłem, i wszystkie moje drogi, maski, cienie i odbicia. Prudence Madison Bletchley, przyjmij mnie całego, niepodzielonego, starego i nowego, tego, którym byłem, tego, którym jestem, i tego, którym się stanę przy tobie. Na świadomą drogę, na los obrany, in nocte, in luce, in dolore, in fortitudine, w życiu, w śmierci, w powrotach i odejściach, łącząc mój oddech z twoim, moją krew z twoją, moje słowo z twoim, tak długo, jak długo magia będzie znała moje imię. Custos animae meae eris, strażniczko mojego życia, minionego i przyszłego, tej duszy, którą noszę, i tej, którą oddaję w twoje ręce. Przyrzekam ci, Prudence Madison Bletchley, że to, co łączę z tobą teraz, pozostanie związane na wieczność, in vita et ultra, tak długo, jak długo będę istnieć, w magii, w pamięci, w świecie lub poza nim. Hoc iuro. Hoc statuo. Hoc tibi dico, in aeternum. - Słowa płynęły ze mnie, jakby nie przechodziły przez gardło, tylko znajdowały się we mnie od zawsze i dopiero teraz dostały pozwolenie, by ujrzeć światło. Magia niosła je jak echo w komnacie - głębokie, dźwięczne, niepodważalne. Gardło paliło od mocy inkantacji, jakby każde z tych zdań wypalało nową warstwę w mojej piersi, ale głos pozostał stabilny, nieskazitelnie czysty, a kiedy wypowiedziałem ostatnie „in aeternum”, wszystkie świece zapłonęły gwałtownie, w górę, jak długie, jasne języki ognia, które chciały dotknąć sufitu.
Pentagram zadrżał.
Powietrze zgęstniało.
A rytuał uznał moją przysięgę.
W chwili, gdy mój głos ucichł, jej spojrzenie oderwało się ode mnie i przecięło powietrze wprost w Prudence, jakby wskazywała drogę ostrzem.
- Teraz ty. - Jej ton nie był prośbą. - Powtarzaj po mnie. Dokładnie. Bez wahania.
Świece wokół niej przygasły odrobinę, jakby rytuał przesunął się w kolejną fazę, pentagram zapulsował pod naszymi stopami, ledwo wyczuwalnie, jakby dostosowywał się do kogoś, kto miał właśnie wypowiedzieć własną część.
A gdy Prue wypowiedziała ostatnie zdanie, ostatnią deklarację, ostatnie słowo, które miało zamknąć jej część, światło świec nie wystrzeliło jak przy mnie - nie.
Zebrało się.
Skupiło.
Skondensowało wokół niej.
Vane skinęła głową, najgłębiej tej nocy, w jej oczach pojawił się cień czegoś w rodzaju szacunku, dopiero wtedy pentagram drgnął.
Jakby uznał słowa.
Jakby przyjął je w pełni.
A potem zgasł.
Magdalene zbliżyła się, wyglądając na starszą o kolejne lata, jej twarz jakby przesiąkła tym, co z nas wyciągnęła, a głos był suchy, pozbawiony resztek ciepła, jakby zużyła całą energię, którą miała na tę noc.
- Macie to, po co przyszliście. - powiedziała jednostajnie, jakby wypowiadała formułę, która obowiązuje od wieków. - Więź. Nie dokument. Przyrzeczenie, które nie wygaśnie, póki jedno z was oddycha. To się utrzyma, dopóki jedno z was nie zapomni imienia drugiego. A to, dzieci, nie przychodzi łatwo. - Na ułamek sekundy coś w jej oczach złagodniało, jakby w nich odbiło się światło czegoś, czego kiedyś sama doświadczyła, lub czego nigdy nie dostała. - Amor non frangitur. Miłości nie da się złamać. Można ją tylko przeżyć. - Po tych słowach odwróciła się i zgasiła wszystkie świece jednym ruchem, szybkim, precyzyjnym. Ciemność spłynęła po ścianach jak gęsty, czarny welon. Przygaszenie nie było zimne, nie było też groźne - raczej uroczyste, jak zamknięcie księgi po ostatnim zdaniu. A potem, równie płynnie, kandelabr przy drzwiach rozjarzył się na nowo, ostrym, ciepłym blaskiem, który przeciął mrok. Vane machnęła różdżką w stronę biurka  zawalonego księgami, pergaminami, pudełkami, amuletami i złomem, który wyglądał jakby pamiętał kilka epok.
- Jeśli macie sobie coś dać… - Zatrzymała spojrzenie na nas, jakby doskonale wiedziała, co mamy w kieszeni. - To teraz. Błyskotki to nie część rytuału, ale ludzie lubią symbole. Śmiało.
Vane odwróciła się od nas bez słowa, tak jakby właśnie zakończyła najbardziej skomplikowaną część nocy i teraz zostało jej już tylko odfajkować rutynę. Jej ciężkie szaty zaszeleściły o podłogę, gdy podeszła do biurka zawalonego wszystkim, co można było nazwać magicznym rupieciem. Zsunęła kilka ksiąg, trzasnęła jedną szufladą, drugą otworzyła zaklęciem i zaczęła grzebać w papierach z miną księgowej, która została zmuszona do pracy po godzinach.
- No, dobrze. Magia magią, ale Ministerstwo lubi papier. - Mruknęła, bardziej do siebie niż do nas, jakby wcale nie było „dobrze”. Zgarnęła z blatu kilka pergaminów, odsunęła księgę oprawioną w coś, co wyglądało jak wysuszona skóra, i sięgnęła po mały, niepozorny rulon. - Nie pytajcie mnie, po co im te rejestry. Tyle lat, a dalej nie potrafią przyjąć do wiadomości, że rzeczy ważne nie potrzebują atramentu. - Skrzywiła się z taką odrazą, jakby mówiła o pluskwach.
Ułożyła pergamin na blacie - ministerialny, oczywiście, sztywny, opatrzony runą rejestracyjną i znakiem wodnym, jakby mogło ją to w ogóle obchodzić - wygładziła jego kant,  po czym sięgnęła po małe, czarne pudełeczko, rzuciła je na stół z cichym stuknięciem. Spojrzała na nas kątem oka, wyraźnie zirytowana całym konceptem papierologii, jak ktoś, kto od setek lat zajmował się magią i musiał raz na jakiś czas przypomnieć sobie, że biurokracja istnieje i nie umrze tak łatwo jak ludzie. Wzdychnęła ciężko - o rany, jak ciężko - tak, jakby robiła nam ogromną łaskę, a wystawienie dokumentu było szczytem jej cierpliwości tej nocy.
- Jedno nakłucie. Bez teatralnych gestów. Jeśli zakrwawicie mi dokument, każę wam powtarzać wszystko od nowa. - Powiedziała tonem księgowej, która tłumaczy klientowi, gdzie ma wpisać numer NIP. - Panie pierwsze. - Podała igłę Prudence, bez uprzedzenia. A gdy Prue dźgnęła opuszek palca, kropla krwi spłynęła na pergamin… I w sekundę rozlała się po nim, układając się w czytelne, eleganckie „Prudence Madison Fenwick.” Magdalene uniosła brew, wyraźnie rozbawiona.
- Zmieni się po wyschnięciu. Magia lubi być szybsza niż proces biurokratyczny.
Po kolejnej sekundzie ciemniejące czerwone włókna zaczęły prześlizgiwać się, skręcać, kręcić, aż… Zamieniły się w atrament. Czysty, ciemny, ministerialny. Rzeczywiście widniało tam „Prudence Madison Bletchley.”
- Ministerstwo nie lubi krwi. - Wyjaśniła beznamiętnie Vane. - A ja nie lubię atramentu. Kompromis jest syfiasty, ale działa.
Potem podała igłę mnie - dziabnięcie było szybkie i bardziej irytujące niż bolesne, kropla krwi spadła na pergamin i zmieniła się w ten sam granatowy podpis „Benjy Fenwick.”
- Ministerstwo powie, że jesteście małżeństwem. Magia powie, że jesteście jednością. A ja powiem, że skończyłam. Gratulacje. Wyjście macie tam. - Wskazała różdżką drzwi, które otworzyły się posłusznie. Zwinęła pergamin z wprawą księgowej, która robi to po raz tysięczny, i… Wręczyła go Prudence, no, oczywiście, że Prudence - bez zdziwienia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8224), Prudence Fenwick (5315)




Wiadomości w tym wątku
[08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 29.11.2025, 22:55
RE: [08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 29.11.2025, 23:59
RE: [08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 30.11.2025, 00:28
RE: [08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 30.11.2025, 03:28
RE: [08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 30.11.2025, 18:35
RE: [08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 30.11.2025, 23:08
RE: [08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 01.12.2025, 01:06
RE: [08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 01.12.2025, 14:35
RE: [08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 01.12.2025, 21:35

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa