01.12.2025, 15:26 ✶
Powinna była wyjść - naprawdę - miała te swoje rozsądne odruchy, ale nie - oczywiście, że została. Zamknęła drzwi i tym samym przypieczętowała fakt, że będziemy tu razem, w jednej sali, bez świadków. Świetnie, to zawsze szło mi na korzyść, a jednocześnie rujnowało mi dzień. To, jak stanęła pod drzwiami, jak uniosła podbródek - oczywiście, że to było dla mnie, ona miała zestaw spojrzeń specjalnie na mnie, ja miałem zestaw komentarzy tylko dla niej. Taka nasza choreografia, trochę ciosów, trochę uników, trochę rzeczy, których nigdy nie powiedzieliśmy na głos, no - przynajmniej ja.
Oczywiście, że tak - w jej oczach nigdy nie robiłem nic nowego, ani nic rozsądnego, ani nic, co zasługiwało na najmniejszy kredyt zaufania. Tylko że - i to było w tym wszystkim najbardziej popieprzone - ona wiedziała, że potrafiłem być lepszy niż to, w co grałem. Zbyt dobrze to wiedziała, za dobrze.
Zapałki. Oczywiście, że ich nie miała, oczywiście, że rzucała zaklęciami, których nie cierpiała używać, oczywiście, że próbowała udawać, że mnie nie ma, a jednocześnie patrzyła tak, jakby każde moje drgnięcie było dla niej osobnym rozdziałem do analizy.
Prudence Bletchley, proszę państwa - zawsze skrupulatna, zawsze nadmiernie poukładana, zawsze pięknie zirytowana moją obecnością. Westchnęła, oczywiście, Prue zawsze wzdychała, czasem robiła to tak sugestywnie, że nawet ja miewałem przez chwilę ochotę być człowiekiem i jej odpuścić.
Kiedy zaczęła ustawiać te swoje świece —l- jedną po drugiej, w równym szeregu, jakby przygotowywała się do jakiegoś cholernie eleganckiego rytuału - odłożyłem nożyk i oparłem się wygodniej. Nie komentowałem, jeszcze. Ściągnęła włosy, związała je, jakby szykowała się do operacji na otwartym sercu, potem wyrzuciła na blat tomiszcze tak ciężkie, że stół jęknął. Musiała wyciągnąć księgę wielkości pieprzonego nagrobka, gdy walnęła nią o blat, stół zadrżał, a ja przygryzłem policzek od środka, żeby nie zachichotać. To byłoby zbyt… Szczere. Zawsze miała skłonności do porządku… Co czyniło ją moim całkowitym przeciwieństwem, i żeby było zabawniej - dokładnie dlatego zawsze tak mnie do niej ciągnęło. Księga, świece, porządek idealny, układanie, przewracanie w dłoniach, dokładność aż do obsesji.
A ja?
Ja patrzyłem. Z moim patykiem i nożykiem wyglądałem przy niej jak ktoś, kto tu przyszedł tylko dlatego, że nie było już gdzie indziej robić głupot. Ona patrzyła w płomienie, ja patrzyłem na nią.
A potem - zanim zdążyłem uznać to za głupie - wsunąłem dłoń do kieszeni i wyjąłem pudełko zapałek. Spadły na jej torbę, miękko, ale wystarczająco zauważalnie, żeby wiedziała, że nie był to przypadek. W powietrzu zaczęły unosić się zapachy - mieszanka kwiatów, żywicy i czegoś ciepłego, domowego. Nie pasowało to do niej, albo do mnie, albo do tego miejsca, ale o dziwo… Jednocześnie pasowało.
- Masz. - Powiedziałem tylko - ani wyjaśnienia, ani dumy, ani tonu sugerującego, że zrobiłem coś miłego, jedno słowo, tak neutralne, jak się tylko dało, gdyby ktoś słuchał, pomyślałby, że rzucam jej jakiś śmieć. Oparłem się z powrotem, wróciłem do skrobania nożykiem o drewno, jakby nic się nie wydarzyło. Stuknąłem nim w blat, zanim znowu otworzyłem usta. - Mogłaś po prostu poprosić. - Mruknąłem, choć wiedziałem, że nigdy by tego nie zrobiła. Może zabrzmiało to jak zaczepka, o było zaczepką - oczywiście, że było. Znowu zacząłem dłubać nożykiem - odrobinkę zbyt intensywnie - żeby zagłuszyć to jedno, głupie, natrętne uczucie.
Że zrobiłem to odruchowo, zawsze robiłem to odruchowo, mimo całej chamstwa, całej gęby dupka, całej naszej wojny i niewojny… Ciągle byłem tym, który jej coś podawał, nawet najmniejszą, najprostszą rzecz, którą mogła sobie zapalić świat. I że najwyraźniej, do cholery, nigdy nie miałem przestać.
Oczywiście, że tak - w jej oczach nigdy nie robiłem nic nowego, ani nic rozsądnego, ani nic, co zasługiwało na najmniejszy kredyt zaufania. Tylko że - i to było w tym wszystkim najbardziej popieprzone - ona wiedziała, że potrafiłem być lepszy niż to, w co grałem. Zbyt dobrze to wiedziała, za dobrze.
Zapałki. Oczywiście, że ich nie miała, oczywiście, że rzucała zaklęciami, których nie cierpiała używać, oczywiście, że próbowała udawać, że mnie nie ma, a jednocześnie patrzyła tak, jakby każde moje drgnięcie było dla niej osobnym rozdziałem do analizy.
Prudence Bletchley, proszę państwa - zawsze skrupulatna, zawsze nadmiernie poukładana, zawsze pięknie zirytowana moją obecnością. Westchnęła, oczywiście, Prue zawsze wzdychała, czasem robiła to tak sugestywnie, że nawet ja miewałem przez chwilę ochotę być człowiekiem i jej odpuścić.
Kiedy zaczęła ustawiać te swoje świece —l- jedną po drugiej, w równym szeregu, jakby przygotowywała się do jakiegoś cholernie eleganckiego rytuału - odłożyłem nożyk i oparłem się wygodniej. Nie komentowałem, jeszcze. Ściągnęła włosy, związała je, jakby szykowała się do operacji na otwartym sercu, potem wyrzuciła na blat tomiszcze tak ciężkie, że stół jęknął. Musiała wyciągnąć księgę wielkości pieprzonego nagrobka, gdy walnęła nią o blat, stół zadrżał, a ja przygryzłem policzek od środka, żeby nie zachichotać. To byłoby zbyt… Szczere. Zawsze miała skłonności do porządku… Co czyniło ją moim całkowitym przeciwieństwem, i żeby było zabawniej - dokładnie dlatego zawsze tak mnie do niej ciągnęło. Księga, świece, porządek idealny, układanie, przewracanie w dłoniach, dokładność aż do obsesji.
A ja?
Ja patrzyłem. Z moim patykiem i nożykiem wyglądałem przy niej jak ktoś, kto tu przyszedł tylko dlatego, że nie było już gdzie indziej robić głupot. Ona patrzyła w płomienie, ja patrzyłem na nią.
A potem - zanim zdążyłem uznać to za głupie - wsunąłem dłoń do kieszeni i wyjąłem pudełko zapałek. Spadły na jej torbę, miękko, ale wystarczająco zauważalnie, żeby wiedziała, że nie był to przypadek. W powietrzu zaczęły unosić się zapachy - mieszanka kwiatów, żywicy i czegoś ciepłego, domowego. Nie pasowało to do niej, albo do mnie, albo do tego miejsca, ale o dziwo… Jednocześnie pasowało.
- Masz. - Powiedziałem tylko - ani wyjaśnienia, ani dumy, ani tonu sugerującego, że zrobiłem coś miłego, jedno słowo, tak neutralne, jak się tylko dało, gdyby ktoś słuchał, pomyślałby, że rzucam jej jakiś śmieć. Oparłem się z powrotem, wróciłem do skrobania nożykiem o drewno, jakby nic się nie wydarzyło. Stuknąłem nim w blat, zanim znowu otworzyłem usta. - Mogłaś po prostu poprosić. - Mruknąłem, choć wiedziałem, że nigdy by tego nie zrobiła. Może zabrzmiało to jak zaczepka, o było zaczepką - oczywiście, że było. Znowu zacząłem dłubać nożykiem - odrobinkę zbyt intensywnie - żeby zagłuszyć to jedno, głupie, natrętne uczucie.
Że zrobiłem to odruchowo, zawsze robiłem to odruchowo, mimo całej chamstwa, całej gęby dupka, całej naszej wojny i niewojny… Ciągle byłem tym, który jej coś podawał, nawet najmniejszą, najprostszą rzecz, którą mogła sobie zapalić świat. I że najwyraźniej, do cholery, nigdy nie miałem przestać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)