26.02.2023, 14:35 ✶
Tolerowała – to dobre słowo. Bo rzeczywiście Victoria tolerowała Gryfonów. Z większością nie dyskutowała, choć było kilka takich perełek. Rzecz po prostu w tym, że miała lepsze rzeczy do roboty niż „gnębienie” Gryfonów, naśmiewanie się przy byle okazji i szukanie na nich haków, by zgłosić ich zachowanie ciału pedagogicznemu. Jakoś ją to nie jarało po prostu. Wolała się zająć swoimi sprawami.
- Hm… Całkiem możliwe. To brzmiałoby jak spory skandal do tuszowania – przyznała rację Cynthii, bo jakoś w tamtej chwili o tym nie pomyślała. Cóż… Co dwie głowy to nie jedna jak to mówią. Ale biorąc pod uwagę, że się o tym w domu nie mówiło, to bardzo nie sądziła, by to była czarownica czystej krwi – o wtedy też byłby skandal, a czystokrwiści by tego tak nie puścili płazem z pewnością.
- Prawda. Chcesz jutro poćwiczyć? – rzecz jasna chodziło jej o eliksiry. Taka tam propozycja. Lestrange uczyła się zawsze na zapas, do przodu, bo była głodna wiedzy. A skoro obie nudziły się na lekcjach… to kto im zabroni poćwiczyć? A czy było to faktycznie połączeniem Slytherinu z Ravenclawem? Victoria tak nie uważała. Salazar Slytherin cenił ambicję – a to z pewnością była ambicja. Nie można było mówić o pomyłce Tiary Przydziału.
- Nie jestem pewna. Za to słowo pochodzi bodajże z niemieckiego. Wydaje mi się też, że lubią zamieszkiwać miejsca, gdzie jest dużo młodzieży, więc tutaj w Wielkiej Brytanii to najlepsze, gdzie Irytek mógł trafić – w końcu nie było innego miejsca z dzieciakami w tym wieku i to jeszcze czarodziejami, bo mugole nie byli przez nie (całe szczęście…) zbyt często nawiedzani.
Jakoś porzuciła rozmyślania o eliksirach, Irytku i wszystkim innym, kiedy ten dziwny odgłos narastał i narastał, zbliżał się i zbliżał z kibelka. Cynthia się cofnęła, Victoria stała tam gdzie stała i po chwili faktycznie duch wyskoczył z sedesu, oblewając wodą najbliższe otoczenie. Zlustrowała też wzrokiem, zza swoich grubych okularów, dwie Ślizgonki.
- Ktoś mnie wołał? Czy może też chcecie spuścić mi na głowę kiepsko ocenione wypracowanie z transmutacji?! Jestem duchem to można we mnie rzucać, bo nie poczuję, tak?! – i odwróciła się, przelatując przez kilka kabin, zawodząc wściekle.
Victoria właśnie sobie przypomniała, dlaczego tutaj nie przychodziła: to okropne wycie.
- Eee… Nie, Marto, nie, spokojnie. Na pewno nie będziemy w ciebie rzucać ani spuszczać wypracowań – choćby dlatego, że ani Cynthia ani Victoria nie dostawały za nie kiepskich ocen.
- To co chcecie? – Marta zgrabnie zawróciła i zatrzymała się przy kabinie, z której kiibelka wyleciała.
- Pogadać. Mamy do ciebie kilka pytań. Z ciekawości – Victoria, kiedy duch był tak blisko nich, zagapiła się na jej mundurek, chcąc zapamiętać szczegóły. Wyglądał jak ten bardziej współczesny. No i… te okulary też wiele mówiły. To nie mogło być 100 lat, jak mówił tamten Puchon.
- Hm… Całkiem możliwe. To brzmiałoby jak spory skandal do tuszowania – przyznała rację Cynthii, bo jakoś w tamtej chwili o tym nie pomyślała. Cóż… Co dwie głowy to nie jedna jak to mówią. Ale biorąc pod uwagę, że się o tym w domu nie mówiło, to bardzo nie sądziła, by to była czarownica czystej krwi – o wtedy też byłby skandal, a czystokrwiści by tego tak nie puścili płazem z pewnością.
- Prawda. Chcesz jutro poćwiczyć? – rzecz jasna chodziło jej o eliksiry. Taka tam propozycja. Lestrange uczyła się zawsze na zapas, do przodu, bo była głodna wiedzy. A skoro obie nudziły się na lekcjach… to kto im zabroni poćwiczyć? A czy było to faktycznie połączeniem Slytherinu z Ravenclawem? Victoria tak nie uważała. Salazar Slytherin cenił ambicję – a to z pewnością była ambicja. Nie można było mówić o pomyłce Tiary Przydziału.
- Nie jestem pewna. Za to słowo pochodzi bodajże z niemieckiego. Wydaje mi się też, że lubią zamieszkiwać miejsca, gdzie jest dużo młodzieży, więc tutaj w Wielkiej Brytanii to najlepsze, gdzie Irytek mógł trafić – w końcu nie było innego miejsca z dzieciakami w tym wieku i to jeszcze czarodziejami, bo mugole nie byli przez nie (całe szczęście…) zbyt często nawiedzani.
Jakoś porzuciła rozmyślania o eliksirach, Irytku i wszystkim innym, kiedy ten dziwny odgłos narastał i narastał, zbliżał się i zbliżał z kibelka. Cynthia się cofnęła, Victoria stała tam gdzie stała i po chwili faktycznie duch wyskoczył z sedesu, oblewając wodą najbliższe otoczenie. Zlustrowała też wzrokiem, zza swoich grubych okularów, dwie Ślizgonki.
- Ktoś mnie wołał? Czy może też chcecie spuścić mi na głowę kiepsko ocenione wypracowanie z transmutacji?! Jestem duchem to można we mnie rzucać, bo nie poczuję, tak?! – i odwróciła się, przelatując przez kilka kabin, zawodząc wściekle.
Victoria właśnie sobie przypomniała, dlaczego tutaj nie przychodziła: to okropne wycie.
- Eee… Nie, Marto, nie, spokojnie. Na pewno nie będziemy w ciebie rzucać ani spuszczać wypracowań – choćby dlatego, że ani Cynthia ani Victoria nie dostawały za nie kiepskich ocen.
- To co chcecie? – Marta zgrabnie zawróciła i zatrzymała się przy kabinie, z której kiibelka wyleciała.
- Pogadać. Mamy do ciebie kilka pytań. Z ciekawości – Victoria, kiedy duch był tak blisko nich, zagapiła się na jej mundurek, chcąc zapamiętać szczegóły. Wyglądał jak ten bardziej współczesny. No i… te okulary też wiele mówiły. To nie mogło być 100 lat, jak mówił tamten Puchon.