01.12.2025, 16:57 ✶
To, że nie chciała zwracać na siebie uwagi, było zabawne, bo robiła to od momentu, w którym tu weszła, nawet jeśli nie patrzyła na mnie ani przez sekundę, musiałem powstrzymać kącik ust przed uniesieniem się. Zauważyłem, kiedy zorientowała się, że nie ma zapałek - ten mikroskurcz brwi, ten cichy, niewypowiedziany komentarz „Merlinie, dlaczego akurat teraz”, jej perfekcja dostała rysę - maleńką, ale ja widziałem ją wyraźniej niż własne odbicie. Oczywiście, że miałem zapałki. Oczywiście, że mogłem jej ich nie dać, ale znałem ją, znałem ją, aż za dobrze. Wiedziałem, że nigdy o nie nie poprosi. To jej „mogłam”, które oznaczało „nie chciałam ci dawać tej satysfakcji”. Oderwałem wzrok od nożyka i spojrzałem na nią przez chwilę dłużej, niż powinienem - oglądała pudełko je w dłoniach, jakby to było coś bardziej skomplikowanego niż zwykłe zapałki, jak gdyby znowu miała dwanaście lat i dziwnie poważnie tłumaczyła mi, że „mugole też mają magię, tylko inaczej”, a ja słuchałem tylko dlatego, że mówiła to ona.
Oparłem łokcie o stół, pochylając się nieznacznie.
- Och, spokojnie, Bletchley. - Mruknąłem, odrywając wiórek drewna. - Nie próbuję cię usidlić pudełkiem zapałek, jeszcze nie wpadłem na plan, jak to wykorzystać w makiaweliczny sposób. - Uniosłem brwi, parskając krótko, oczy mi błysnęły, kiedy spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek.
Nie patrzyła na mnie, oczywiście, zajmowała się płomieniami, jakby każdy z nich miał jej udzielić odpowiedzi na pytania, których nawet nie zadawała. Nie podnosiła głowy, nie patrzyła w moją stronę, bardzo skrupulatnie zajmowała się wszystkim, byle tylko nie zbliżyć się choćby na centymetr do mojego blatu. Właściwie nawet się nie dziwiłem - ja też bym sobie nie ufał, gdybym był nią. Przez sekundę chciałem dodać coś jeszcze, coś bardziej bezczelnego, może coś o tym, jak kiedyś przychodziła po pomoc bez zastanowienia. Jak kiedyś traktowała mnie inaczej. Jak kiedyś byłem kimś, kogo dopuszczała bliżej. Najchętniej bym jej powiedział „kiedy, kiedykolwiek, ostatnio chciałaś czegoś ode mnie bez skrętu żołądka?”, ale zamiast tego siedziałem cicho, patrząc na to, jak wyciąga z siebie resztki emocji i zamyka je w tym tonie, którym zwykle zwracała się do osób, które lubiła najmniej. A ja, niestety, nie należałem już do osób, które lubiła.
Kiedyś, dawno temu, mogła prosić mnie o wszystko i świat się nie kończył. Kiedyś, zanim oboje staliśmy się ludźmi, przed którymi trzeba było trzymać gardę - to były stare czasy, tak stare, że czasem myślałem, że może sobie je wymyśliłem.
Zaskakujące. „Dzięki”, od Prudence Bletchley, dobry żart. Przechyliłem głowę i spojrzałem na nią uważnie. Oho. Trafiliśmy w rejony wspomnień, których oboje udawaliśmy, że nie mamy. Nie popatrzyła na mnie ani razu, mówiąc wszystkie słowa, ale widziałem, jak zmarszczyła się nieznacznie, ale na tyle, bym wiedział, że to coś ją dotknęło. Te czasy, kiedy przychodziła do mnie bez wahania, kiedy byłem pierwszą osobą, której mówiła, że zgubiła rękawiczki, że ktoś ją zaczepił na korytarzu, albo coś ją gryzie.
- Nie ma za co. - Odpowiedziałem wolniej, niż powinienem. - Przecież wiesz, że zawsze… - Zacisnąłem zęby, prawie dałem się złapać na bycie szczerym, ze wszystkich głupot - to akurat byłby szczyt idiotyzmu. - Dałem ci je, bo… Dałem. Nie doszukuj się w tym rytuału krwi. - Wróciłem do dłubania w drewnie, jedną ręką, drugą opierałem o blat, ale palce drgnęły - drobny, niezauważalny tik, którego nikt poza nią by nie wyłapał. Westchnąłem cicho, pod nosem, wyjątkowo nie teatralnie. Odchrząknąłem i spojrzałem z powrotem na sęk drewna. - Lepiej, żebyś ich nie zgubiła. - Dodałem chłodniej. - Bo drugi raz ci nie dam.
Kłamstwo. Oczywiście, że bym dał.
Oparłem łokcie o stół, pochylając się nieznacznie.
- Och, spokojnie, Bletchley. - Mruknąłem, odrywając wiórek drewna. - Nie próbuję cię usidlić pudełkiem zapałek, jeszcze nie wpadłem na plan, jak to wykorzystać w makiaweliczny sposób. - Uniosłem brwi, parskając krótko, oczy mi błysnęły, kiedy spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek.
Nie patrzyła na mnie, oczywiście, zajmowała się płomieniami, jakby każdy z nich miał jej udzielić odpowiedzi na pytania, których nawet nie zadawała. Nie podnosiła głowy, nie patrzyła w moją stronę, bardzo skrupulatnie zajmowała się wszystkim, byle tylko nie zbliżyć się choćby na centymetr do mojego blatu. Właściwie nawet się nie dziwiłem - ja też bym sobie nie ufał, gdybym był nią. Przez sekundę chciałem dodać coś jeszcze, coś bardziej bezczelnego, może coś o tym, jak kiedyś przychodziła po pomoc bez zastanowienia. Jak kiedyś traktowała mnie inaczej. Jak kiedyś byłem kimś, kogo dopuszczała bliżej. Najchętniej bym jej powiedział „kiedy, kiedykolwiek, ostatnio chciałaś czegoś ode mnie bez skrętu żołądka?”, ale zamiast tego siedziałem cicho, patrząc na to, jak wyciąga z siebie resztki emocji i zamyka je w tym tonie, którym zwykle zwracała się do osób, które lubiła najmniej. A ja, niestety, nie należałem już do osób, które lubiła.
Kiedyś, dawno temu, mogła prosić mnie o wszystko i świat się nie kończył. Kiedyś, zanim oboje staliśmy się ludźmi, przed którymi trzeba było trzymać gardę - to były stare czasy, tak stare, że czasem myślałem, że może sobie je wymyśliłem.
Zaskakujące. „Dzięki”, od Prudence Bletchley, dobry żart. Przechyliłem głowę i spojrzałem na nią uważnie. Oho. Trafiliśmy w rejony wspomnień, których oboje udawaliśmy, że nie mamy. Nie popatrzyła na mnie ani razu, mówiąc wszystkie słowa, ale widziałem, jak zmarszczyła się nieznacznie, ale na tyle, bym wiedział, że to coś ją dotknęło. Te czasy, kiedy przychodziła do mnie bez wahania, kiedy byłem pierwszą osobą, której mówiła, że zgubiła rękawiczki, że ktoś ją zaczepił na korytarzu, albo coś ją gryzie.
- Nie ma za co. - Odpowiedziałem wolniej, niż powinienem. - Przecież wiesz, że zawsze… - Zacisnąłem zęby, prawie dałem się złapać na bycie szczerym, ze wszystkich głupot - to akurat byłby szczyt idiotyzmu. - Dałem ci je, bo… Dałem. Nie doszukuj się w tym rytuału krwi. - Wróciłem do dłubania w drewnie, jedną ręką, drugą opierałem o blat, ale palce drgnęły - drobny, niezauważalny tik, którego nikt poza nią by nie wyłapał. Westchnąłem cicho, pod nosem, wyjątkowo nie teatralnie. Odchrząknąłem i spojrzałem z powrotem na sęk drewna. - Lepiej, żebyś ich nie zgubiła. - Dodałem chłodniej. - Bo drugi raz ci nie dam.
Kłamstwo. Oczywiście, że bym dał.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)