01.12.2025, 20:49 ✶
Nie mówił o tym nigdy. Nawet sam przed sobą udawał, że to bzdura. Mrzonka, którą powinni mieć ludzie, a nie ktoś taki jak on. A jednak, gdzieś na samym dnie, pod warstwami szorstkości, gniewu i nieufności, od zawsze istniało to jedno, idiotyczne marzenie. Nie pieniądze. Nie siła. Nie pełnia księżyca, która nie zostawia blizn. Dom. Prawdziwy. Spokojny. Taki, w którym nikt nie krzyczał, nikt nie znikał, nikt nie zapominał, że ma obok drugiego człowieka. Taki, gdzie drzwi zamykały się po to, żeby chronić, a nie więzić. Wiedział dokładnie, jak powinien wyglądać. Prosty, nie za duży, gdzieś daleko od miejsc, które znał aż za dobrze. Bez krwi. Bez zapachu strachu. Z ciepłem, które nie pochodziło od ognia, a od obecności. W jego najbardziej ukrytej części serca. Tej, której nie dotykał nawet przypadkiem, w tym domu była też ona. Faye. Jakby to było oczywiste. Jakby dom bez niej nie miał prawa istnieć. To było jego najskrytsze marzenie, prezent doskonały. Jedyny, którego nie wypowie na głos i nie odbierze, nawet gdyby mu go ktoś podsunął pod same drzwi. Bo nie był dla takich jak on. Nie powinien nawet o nim marzyć. I może dlatego marzył. Po cichu, uparcie, z tą zawziętością kogoś, kto nigdy nie dostał tego, czego najbardziej potrzebował. Spokojny dom. Taki, w którym Faye mogłaby się uśmiechać bez powodu. A on mógłby uwierzyć, że nie wszystko jest stracone.